103. Ona

Melanie Laurent – Insomnie

Kurz tańczył wesoło w wąskim promieniu światła, przebijającego się przez szparę między kotarami. I gdyby nie dźwięk wściekłego wiatru szalejącego za oknami, mogłoby się zdawać, że był środek lata.

Mimo że za oknami panowała zima, w jej sercu pachniało wiosną, będąc tu, w tej sypialni w której nie zdążyli się tak naprawdę zadomowić, zanim wszystko się popsuło. Wszystko wciąż wyglądało tak samo, nawet pudła, których nie zdążyła jeszcze rozpakować, a przecież chowało się w nich życie, które mogli mieć, razem.

Wtuliła plecy mocniej w jego tors, tak spokojna w jego ramionach. Jego oddech delikatnie łaskotał jej szyję, niemal czuła jak uśmiechał się do jej ucha. I w tych ramionach, w nich zawsze czuła się jak w domu. Gdyby tylko tak mogli utknąć w tym momencie na zawsze, nigdy już nie żegnać się, po prostu istnieć w jego ramionach, tak po prostu.

– Powinnam iść do domu, Scorpius – wymruczała bez przekonania. I niemal zapomniała, że ma męża, że dziecko czeka na nią w domu. Chciała tu zostać i po prostu istnieć w tym momencie już na zawsze.

– Je te manque, mon amour* – wyszeptał.

Jej serce zatrzymała się nagle, krew stanęła w żyłach zmrożona. Poznałaby te głos wszędzie, nieważne ile lat spędziła próbując go zapomnieć. Próbowała się podnieść, ale on był silniejszy, trzymał ją w ramionach i nie zamierzał jej wypuścić.

– Nie cieszysz się na mój widok? – zapytał zawiedziony i gdyby go nie znała może i u wierzyłaby w szczerość jego zawodu.

– Puść mnie – wysyczała, walcząc z jego nazbyt silnymi ramionami, tak niebezpiecznymi, nawet jeśli chwilę wcześniej chciała spędzić w nich wieczność.

– Uwielbiam, kiedy grasz trudną do zdobycia… – wymruczał jej do ucha, po czym pocałował jej szyję.

Wzdrygnęła się z obrzydzeniem, wciąż bezskutecznie próbując się wyrwać z jego objęcia, ale on jedynie zaśmiał się cicho, niewzruszony, jego ramiona jak stalowe kajdany. Delikatnie przeciągnął nosem po jej karku, wdychając głośno jej zapach, zupełnie ignorując jej obrzydzenie.

– Tu es la mienne, ma belle rose**.

– Puść. Mnie – wycedziła przez zęby, nieustannie próbując się wyrwać z jego objęć, ale musiał przybrać na sile od ich ostatniego spotkania. Jej ciało drżało niespokojnie, wciąż pamiętając rany z przeszłości.

– Będę cie dzisiaj kochać, a potem…

– Nie! – wrzasnęła trzepiąc się, próbując drapać i gryźć gdzie tylko mogła sięgnąć, ale on jedynie śmiał się w głos. Ten śmiech, który wciąż czasem nawiedzał ją w koszmarach, teraz tak prawdziwy!

– Rose! Rose! ROSE! – potrząsał nią nerwowo.

– Nie dotykaj mnie! Nie dotykaj mnie! – wrzeszczała, nie zważywszy na nerwowy płacz dziecka i wściekłe prychanie kota.

– Rose! Otwórz oczy!

– Nie! Nie! Nie! – trzęsła nerwowo głową.

– ROSE! NA LITOŚĆ MERLINA OTWÓRZ OCZY!

Lysander wpatrywał się w nią z szeroko otwartymi oczami, dysząc ciężko.

– Merlinie… – wyszeptał, przyciągając ja do siebie i obejmując mocno. – Już w porządku, to był tylko sen.

Zaszlochała, wbijając drące palce w jego plecy, uporczywie się go trzymając, jakby całe zło miało wrócić w momencie, gdy tylko poluźniłaby uścisk. I niemal uwierzyła w jego spokój, gdyby nie jego serce, które waliło szybciej niż jej własne, przestraszone.

– Jesteś bezpieczna – powiedział poważnie, głaskając jej głowę. – To tylko sen. Jego tu nie ma… Rose, weźmiemy Ellme do łóżka – powiedział cicho. – Musisz mnie puścić, jest przestraszona. Podejdę tylko do kołyski i z powrotem, tylko cztery kroki.

Odsunęła się od niego, niepewnie, próbując uspokoić oddech, wciąż trzęsąc się. Ellme. W swojej desperacji nie dochodziły do niej nawet rozpaczliwe krzyki jej własnej córki, ale Lysander wcale nie miał jej za złe, jak obiecał w czterech krokach wrócił do łóżka z dzieckiem. Usiadł, opierając się o zagłówek, trzymając Ellme w prawym ramieniu, lewym obejmując Rose. Kołysał dziecko delikatnie, wciąż powtarzając, że wszystko jest dobrze.

Mruczek wpatrywał się z Rose intensywnie, sycząc i jeżąc się, okrążając łóżko dookoła, nie spuszczając z niej wzroku. W końcu wskoczył na kolana Lysandra, rzucając Rose mordercze spojrzenie, jeżąc się i prychając na nią nienawistnie.

– Mruczek! – syknął Lysander. – Zjeżdżaj stąd, wcale nie pomagasz.

Kot spojrzał na niego z obrażoną miną, ale posłusznie zeskoczył z łóżka, by wskoczyć do kołyski Ellme i tam usadowić się do snu, wciąż łypając ze złością na Rose.

– Jego tu nie ma, Rose – wyszeptał Lysander. – Delaitre nie mógłby znaleźć domu nawet gdyby naprawdę próbował, w co wątpię, biorąc pod uwagę, że jest poszukiwany. To był tylko sen.

Wtuliła się mocniej w jego tors, głaskając dłonią stopy Ellme. Nie zamierzała pytać skąd wiedział kto grał główna role w jej koszmarze, jego mina mówiła za siebie. Przestraszona Ellme i rozzłoszczony kot mówili za siebie. Musiała wrzeszczeć i miotać się niemiłosiernie. Zacisnęła powieki, ale łzy i tak popłynęły po jej policzkach. Chciała coś powiedzieć, przeprosić może? Ale jej usta drżały tak bardzo, że nie byłaby w stanie wypowiedzieć choćby słowa.

Lysander pocałował czubek jej głowy i przycisnął ją mocniej do siebie.

– Już jest w porządku, Rose.

 

 

***

Angus and Julia Stone – My word for it

Ciężkie westchnienie wydobyło się z jego ust, gdy odkładał kolejny pusty kieliszek na blat baru. Przetarł pięścią zmęczone oczy. Podniósł wzrok, kiwając barmanowi, by polał mu jeszcze raz. Zapewne  był właśnie nieodpowiedzialny. Co jeśli Elaine będzie go potrzebować?

W barze nie było muzyki. Niczego innego się nie spodziewał po tym miejscu. Ludzie nie przychodzili tu po rozrywki. Podłoga i stoły były brudne, szklanki także nie zachwycały czystością, a i obsługa nigdy nie słyszała o uprzejmości. Ale nikt nie narzekał na stan lokalu, wszyscy goście popijali powoli alkohol, próbując zapomnieć o rzeczywistości.

– Frank? – usłyszał za sobą.

– Jamie? – zdziwił się Longbottom. – Co tu robisz?

– W najgorszej melinie w Dolinie? Mógłbym zapytać o to samo – westchnął, rzucając się na stołek obok. – Jeszcze raz i dla mnie to samo – kiwnął barmanowi. – Najpierw pijemy, potem zwierzenia? – zapytał z wesoła miną.

– Podziwiam twoje optymistyczne podejście do zapijania problemów – Frank pokręcił głową.

– Zapijanie problemów i ja jesteśmy w długoterminowym, poważnym związku – odpowiedział lekko Jamie, wypijając niemal jednym susłem zawartość swojego kieliszka, gdy tylko naburmuszony barman przed nim go postawił.

Frank spojrzał na niego podejrzliwie. Jego twarz była oazą spokoju, i może byłby skłonny uwierzyć, że przyszedł tu jedynie dla rozrywki, ale przecież tu nikt nie przychodził dla rozrywki. I gdy blondyn nie ustawał bawić się palcami, a jego noga podnosiła się i opadała na podłogę szybciej niż pijane oczy Longbottoma mogły nadążyć, przychodziła mu do głowy tylko jedna myśl.

– Pokłóciłeś się z Evą?

– Aż tak widać? – odwrócił się do barmana. – Daj pan cała butelkę.

– Co zrobiłeś? – uśmiechnął się pod nosem. Był pewien, że to nic poważnego. Wszystkie kłótnie Evy i Jamiego kręciły się wokół wzajemnej niechęci przekazywania sobie nawzajem mniej przyjemnych informacji. Być może musiał na dłużej wyjechać w trasę? Albo przegrał coś ważnego w karty? Być może kupił Grace zabawkę, na którą kategorycznie nie zgodziła się Eva. Zapewne to ostatnie.

Ja? – oburzył się Jamie.

– Wszyscy wiemy, że Eva nie jest zdolna do błędów.

– Eeee??! – Jamie wskazał dłonią na samego siebie.

– W porównaniu z Albusem i tak podniosła standard – wyszczerzył się Frank.

– Akurat o to w przypadku Pottera nie trudno. Co dla mnie jest nie do pojęcia to to, że nadal się z nim kumplujesz – mruknął, z trudem ukrywając nutę wyrzutu w głosie.

– No nie? – zapytał napełniając ponownie ich kieliszki. Zapewne nie powinien. I nie powinien zachęcać Jamiego do zapijania problemów. Ale przecież on sam nie musiał być idealny. On też miał prawo, by popełniać błędy. I był zmęczony ciągłym robieniem tego, co słuszne. Choć raz chciał zrobić to, co łatwe. – Nie zawsze taki był. To znaczy, zazwyczaj jego miłostki nie trwały długo. I ludzie mogą mówić, że to James był niepoprawnym kobieciarzem, ale on przynajmniej nigdy nie udawał, że tak nie jest. Albus szybko zakochiwał się po uszy i równie szybko się odkochiwał. Eva… Eva była inna. I wydaje mi się, że zwyczajnie stchórzył, a potem nie mógł do końca zrozumieć dlaczego, wciąż szarpiąc się z konsekwencjami. Został z Mary tyle czasu, ale chyba tylko dlatego, żeby udowodnić całemu światu, że wcale nie zepsuł sobie życia, kiedy zostawił Evę. A Grace… Chyba wciąż mu się wydaje, że gdyby się nie urodziła, to może byliby z Evą szczęśliwi, zupełnie zapominając, że zostawił Evę zanim dowiedziała się o ciąży. Nie wiem, chyba mam nadzieje, że jeszcze się kiedyś opamięta. Wychowaliśmy się razem, był dla mnie jak brat… Ja… Jeszcze na początku siódmej klasy, kiedy wyobrażałem sobie przyszłość, Albus był jego nieodłączną częścią.

– Potter to kawał skurwysyna – powiedział z pogardą Jamie. – Nie może znieść myśli, że Eva jest szczęśliwa – zawartość kieliszka zniknęła w jego ustach.

Frank otworzył usta, by zaprzeczyć, ale szybko je zamknął i potrząsnął głową. Nie było sensu dochodzić się o szczegóły. Z resztą, Frank miał wiele dobrych wspomnień z Albusem, Jamie z drugiej strony poznał go od najgorszej strony. Czy mógł go winić za tak dogłębnie zakorzenioną nienawiść? On sam czasem go nienawidził. Jak teraz, kiedy to Al powinien był siedzieć z nim w tym zapomnianym przez Boga miejscu, zapijając smutki. Ale przecież nie mógłby z nim szczerze porozmawiać o Malfoyach, ani o Elaine. Wszystko, co by powiedział, zostałoby wyrwane z kontekstu, przeinaczone i obrócone przeciw niemu. A przecież kiedy mówił, że ma czasem dość Elaine wcale nie chciał usłyszeć, że powinien odejść. Chciał się po prostu wygadać.

– Więc o co się posprzeczaliście? Fundacja?

Jamie westchnął cicho, nalewając sobie kolejną porcję trunku, który niemal od razu wypił.

– Wiesz, nie wiem, kto cie uczył pić whiskey ale nie pije się wszystkiego naraz.

Jamie spojrzał znacząco na kieliszek Franka.

– Dziś w drodze wyjątku – wyjaśnił Lonbottom.

– Niech zgadnę, ty i Elaine też mieliście gorszy dzień?

– Gorzej. Miałem gorszy dzień z teściami.

Jamie spojrzał na niego zaskoczony.

– Masz na myśli, że Maria nagle ozdrowiała i postanowiła was odwiedzić? Z tego co mówiła Eva, podobno było z nią tragicznie.

– Maria jest nadal w Marsylli. Pokłóciłem się z Malfoyami i Zeusem.

– Z Malfoyami? Merlinie, świat się kończy! O co do cholery mogliście się pokłócić? Niech zgadnę! Chcą nazwać wasze dziecko Saggitarius? – zaśmiał się Jamie.

– Wcale bym się nie zdziwił – Frank uśmiechnął się pod nosem, ale szybko spoważniał. – Chcą żeby Elaine pojechała do Marsylii odwiedzić Marię.

Jamie spojrzał na niego zaskoczony, po czym wcisnął mu szklankę do ręki.

– Pij – zarządził, a Frank posłusznie opróżnił kieliszek.

– Jakby nie miała wystarczająco zmartwień! Bo wiesz, to mogą być ostatnie tygodnie Marii i tak bardzo chciałaby zobaczyć córkę – prychnął Frank. – Suka zostawiła ją, kiedy miała parę lat, jeszcze nawet nie chodziła do szkoły. Powiedzieli, że odbiorą ją za tydzień, by wrócić ponad dziesięć lat później i rościć sobie do niej jakieś prawa! Nawet chciała ją wydać za jakiegoś starego Śmierciożercę! Dla pieniędzy! Chce zobaczyć swoją córkę? Niech mnie nie rozmieszają, Maria wykreśliła swoją córkę dwadzieścia lat temu. Teraz jej się włączył matczyny instynkt, kiedy Śmierć stoi z kosą przy jej szpitalnym łóżku?

– Co Elaine na to?

– Nic. Wyraziłem się bardzo jasno, że nie życzę sobie, żeby ktokolwiek z nich choćby o tym jej wspominał. I tak już jest kłębkiem nerwów. Ona… nie będę ci ściemniał, macierzyństwo ją przeraża. Nie zrozum mnie źle, generalnie uwielbiam teściów, ale… Scorpius prawie się u nas nie pokazuje, unika Elaine, bo wie, że podejmuje głupie decyzje, a Elaine mówi prostu z mostu co myśli. Nawet głupi by zauważył że jego mały romans z Sesille nie skończy się dobrze. Astoria i Draco…  Wiem, że chcą dobrze, ale te cotygodniowe obiady to czasami zbyt dużo. Wiem, co powiesz, odwołajcie jeden raz. Phi, jakby to było takie proste! Raz próbowaliśmy, mieliśmy Malfoyów u siebie dzień w dzień, bo byli święcie przekonani, że Elaine ich potrzebuje. Nie zrozum mnie źle, cieszę się, że tak bardzo ją kochają, ale kiedy piąty dzień z rzędu przychodzisz z pracy i zamiast rozwalić się na kanapie z swoja żoną, siedzisz i zabawiasz teściów, to masz ochotę sobie strzelić Kedavrą – przetarł zmęczone oczy. – Gdybym chciał ich widzieć codziennie przeprowadzilibyśmy się do Wiltshire zamiast Londynu. A jeśli nie ma u nas Malfoyów, przychodzą moi rodzice albo Alice. Między nimi wszystkimi, a humorami Elaine normalnie zwariować idzie!

– Więc odstawiłeś Elaine do Evy i postanowiłeś się upić?

Frank spojrzał na niego ostro, ale jego wzrok szybko złagodniał. Jamie go nie oskarżał. Jamie go rozumiał.

– Sama chciała iść do Evy. Ja z założenia miałem mieć męski wieczór, ale zdecydowałam, że kiepski będzie ze mnie dziś towarzysz – przyznał. – Poza tym, James chciał iść do Dziurawego Kotła, a matka z całą pewnością nie dałaby mi się upić w spokoju… – westchnął polewając im obu więcej Ognistej. Zapewne nie powinien już pić, ale dziś chrzanił wszystko. – Więc, ty i Eva?

Jamie prychnął cicho kręcąc głową. Otworzył usta by coś powiedzieć, ale zamiast tego uniósł drżącą dłonią szklankę Ognistej. Spojrzał na Franka, krzywiąc się, i odłożył kieliszek  na blat, nietknięty.

– Ta dziewczyna… Merlinie, gdybym nie kochał jej tak bardzo… Czasem mam ochotę ją udusić…

– Eva… – wyszeptał Frank, schylając głowę.

– Tak, Eva, a o kim innym miałbym mówić? – zirytował się Jamie.

– Nie, ona tu jest – wysyczał Frank, rozglądając się nerwowo wokół.

– Co? – wydukał Jamie odwracając głowę.

– Sorry, ja się zwijam – wyszeptał Frank ześlizgując się ze stołka, częściowo chowając się za grubym czarodziejem w futrze, który siedział po jego drugiej stronie. – Jeśli Eva mnie zobaczy w takim stanie to mnie zabije. A potem Astoria. Potem Rose. Potem sama Elaine. Te baby, one są niebezpieczne, może powinienem był ci to powiedzieć zanim zakotwiczyłeś się z jedną z nich.

– Ale… jesteś pijany. Odprowadzę cię – Ellsworth spojrzał na niego ze zmartwieniem.

– Nagle czuję się znacznie trzeźwiejszy, dzięki! – rzucił krótko znikając w tłumie.

Jamie odwrócił się do baru, wypijając kieliszek Ognistej, który w zamierzeniu miał zostać pełny, i nalał sobie kolejną porcję. Przecież jej nie mogło tu być. A jednak zbliżała się niespokojnymi, małymi krokami przez tłum podejrzanych typów. I te parę kroków zajęło jej całe wieki, a jednocześnie zaledwie mrugniecie oka.

– Jamie, możemy porozmawiać? Na zewnątrz? – zapytała marszcząc brwi.

Blondyn odwrócił od niej głowę, wypijając zawartość swojego kieliszka z obojętną miną. Nie będzie dla niej miły. Nie będzie jej słuchał. Nie będzie się przed nią płaszczył, to on miał rację.

Skrzywił się, kląc cicho pod nosem swoją słabą wolę, podnosząc się z miejsca. Wskazał dłonią wyjście i potulnie za nią podążył, rzucając mordercze spojrzenia każdemu, kto na nią spojrzał.

Świeże, zimowe powietrze przeszyło dreszczem jego rozpalone od whiskey ciało. Ze złości nie zabrał ze sobą płaszcza, ale na trzeźwo, w złości, chłód przeszkadzał mu jakby mniej.

– Zamierzasz topić żale w Ognistej za każdym razem, kiedy się posprzeczamy? – zapytała cicho krzyżując ramiona na piersi.

– Nie, nie za każdym. Ale pomyślałem, że równie dobrze mogę zacząć ćwiczyć teraz. Kiedy ciebie już nie będzie, a Potter będzie miał Grace…

– Jamie, proszę…

– Nie, to ja ciebie proszę! Spoglądałaś ostatnio w lustro? Jesteś blada jak ściana, masz ciemne sińce pod oczami, mogłabyś spać całymi dniami, nie masz apetytu… Już to przerabiałem!

– Po prostu przeziębienie się trochę przeciąga.

– Przeziębienie? – prychnął, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Eleonora też tak mówiła. Kocham cię, ale nie zamierzam patrzeć jak umierasz, na własne życzenie! Ja… Nie mogę. Przepraszam, ale nie. Nie, jeśli ty wciąż się upierasz, że to nic takiego…

– Jamie, przesadzasz, to nic takiego – powiedziała próbując pogłaskać go po policzku ale ten cofnął się dwa kroki do tylu.

Odwrócił wzrok, nie chciał patrzeć, kiedy tak bardzo ranił ją swoją oziębłością. Ale czy miał inne wyjście, kiedy wszystkie prośby i groźby były śmiesznie nieskuteczne? Zrobiłby wszystko, by ją chronić, nawet jeśli ranił przy tym samego siebie.

– Byłaś za mała. Nie pamiętasz. Ale ja tak – jego głos załamał się nieco. – Jeśli nie chcesz o siebie zadbać to ja… Ja nie chcę widzieć – powiedział ozięble, ruszając przed siebie.

 

 

***

Christina Aguilera – Walk away

 

 

– Przepraszam za spóźnienie – powiedział całując ją krótko na przywitanie.

– Wyglądasz na zdenerwowanego, coś się stało?

– Nawet nie pytaj! Wszedłem na swoich rodziców. Myślę, że będę miał traumę do końca życia – mruknął siadając naprzeciwko niej. Pokręcił energicznie głową, próbując wyrzucić z pamięci te nieszczęsne kilka sekund.

– Masz na myśli wszedłeś na nich, kiedy oni…

– Tak, dokładnie to, nie ma potrzeby wypowiadać tego głośno, jest duże ryzyko, że zwymiotuję z obrzydzenia – skrzywił się.

– Powinieneś się cieszyć. Większość mężczyzn w wieku twojego ojca przestaje interesować się żonami. Znajdują sobie młodsze pocieszycielki. Jak mój ojciec na przykład – odpowiedziała smutno.

Scorpius spojrzał na nią poważnie. Ona nie rozczulałaby się nad swoją sytuacją. Ona powiedziałaby mu, że przecież musieli jakoś zając sobie czas teraz, kiedy wszystkie dzieci wyleciały z gniazda. I że najpewniej zajmowali sobie czas wszędzie, włączając stół z jadalni. I kanapę w salonie. I biurko w bibliotece.

Sesille nie była nią. Nie wiedział jak ma ją pocieszyć. gdyby to była ona, powiedziałby, taka kolej rzeczy i zaśmialiby się oboje wiedząc, że takie jest życie. Ale Sesille nie była nią.

– Chyba już bym wolał, żeby się rozwiedli – powiedział z obrzydzeniem.

Pokręciła głowa rozbawiona, ale spoważniała nagle.

– Scorpius, właściwie to chciałam cię o coś zapytać. Mój kuzyn chciał kupić apartament w Londynie. Zdaje się, że to najnowszy trend wśród czarodziejów, przenosić się do stolicy… Matthew jest dość… Cóż, ma wymagania, zwłaszcza, że zamierza przeprowadzić się tu z rodziną…

Wpatrywał się w nią intensywnie, mając nadzieję, że nie zauważy, ze wcale jej nie słuchał. Nie interesowały go prywatne sprawy jej kuzynostwa, nie znał ich i nie chciał poznać. Najlepiej trzymać się na dystans, wtedy, kiedy wszystko się posypie, jest o wiele łatwiej wyjść na ulice, wiedząc, że nie musi się martwić czy przypadkiem nie spotka jednego z jej miliona krewnych. Tak było lepiej.

– …wczoraj oglądał mieszkanie, które zdecydowanie było za małe, żeby pomieścić jego wielkie ego, wiec zapytał o penthouse piętro wyżej….

Jego serce zamarło. Penthouse. To jedno słowo przykuło jego uwagę, choć nie było możliwe, aby jego sekret się wydał.

– Zabawne jest to, że agent stwierdził, że penthouse należy do ciebie. A przecież mówiłeś, że sprzedałeś go dawno temu.

Scorpius otworzył usta i równie szybko je zamknął. Rozejrzał się wokół, po czym podniósł menu ze stolika i wbił w nie wzrok. Penthouse miał być jego sekretem i gdyby nie to, że jego umysł był nazbyt zajęty szukaniem wystarczająco dobrej wymówki, zapewne zacząłby planować w głowie wszystkie sposoby na zniszczenie administratora wieżowca. Wyraził się przecież jasno, chciał pozostać anonimowy.

– Miałem go sprzedać, ale… Pojawiły się pewne prawne komplikacje, które najpierw musiałbym rozwiązać. To skomplikowane – rzucił beznamiętnie.

Zmarszczyła brwi świdrując go wzrokiem.

– Jeśli go nie możesz sprzedać, dlaczego w nim nie mieszkasz? To trochę bez sensu, kiedy nie chcesz mieszkać z rodzicami, masz do dyspozycji piękny penthouse, a mieszkasz w jakiejś wynajmowanej kawalerce.

– Nie chcę tam mieszkać – powiedział bez zastanowienia. Przeklął w duchu, nie miała tego usłyszeć.

– Dlaczego?

– Bo jest za duży dla jednej osoby – powiedział.

Bo nie ma tam jej, pomyślał. A przecież to był ich dom. Więc jak mógłby mieszkać tam sam, wiedząc, że ona nigdy do niego nie dołączy? Że nigdy nie znajdzie jej zwiniętej w kłębek na fotelu w bibliotece, ani przy kominku w salonie? Że nie będzie mógł na nią patrzeć, kiedy bierze kąpiel. Że nie obudzi się zaplątany w jej ogniste włosy.

– Więc dlaczego go nie wynajmiesz?

– Jak już wspomniałem, pewne prawne komplikacje. Zamieszasz mnie dręczyć cały wieczór? – zapytał, tracąc cierpliwość. Czy naprawdę musiała być tak dociekliwa? Czy naprawdę chciała usłyszeć, że tak naprawdę bał się, że lokator mógłby zatrzeć ślad w powietrzu, który po sobie zostawiła? Po tym wszystkim, z czego dla niego zrezygnowała, naprawdę chciała usłyszeć, że wciąż miał nadzieję, że może kiedyś zamieszka tam z nią?

– Dręczyć? Scorpius, zadaję logiczne pytania, po tym jak złapałam cię na kłamstwie. Powiedziałeś, że sprzedałeś penthouse dawno temu. Po ce te kłamstwa?

Spojrzał na nią znad nieczytanego menu.

– Kiedy go kupiłem, wpisałem Rose jako współwłaścicielkę – skłamał bez mrugnięcia okiem, nawet jeśli wypowiedzenie jej imienia niemal wytrąciło go z opanowania. Może nawet nie zauważyła, jak na ułamek sekundy jego głos nabrał innego tonu. – Mój prawnik powiedział, że nie mogę go sprzedać, ani legalnie wynająć bez jej pozwolenia. Chyba, że oddałbym jej połowę zysków.

– Więc po co te kłamstwa?

– Bo nie chciałem, żeby ktokolwiek wiedział, nikt nie wie ergo ona nie wie, ergo ona nie może domagać się pieniędzy – powiedział szybko. – Jesteś gotowa by zamówić?

– Nie – spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Robię się naprawdę głodny.

– Myślałam, że ty i Rose rozstaliście się w pokoju?

– Nie rozstaliśmy się w pokoju, zawarliśmy pokój później. Ale nawet gdyby, ty i Gregory też rozeszliście się pokojowo. Myślisz, że gdyby był współwłaścicielem cennej nieruchomości, oddałby swoja część za darmo? Albo ty oddałabyś mu połowę bez mrugnięcia okiem wiedząc, że nie dołożył do niej ani grosza? Bądźmy szczerzy, taktowne rozstania to największa bzdura jaką w życiu słyszałem. Rozstania nigdy nie są tak taktowne, jak chcielibyśmy wierzyć. To tylko kłamstwa którymi się karmimy, łudząc się, że tak będzie łatwiej.

– Wiesz, co? Już nie jestem głodna. Na razie Scorpius – powiedziała podnosząc się z miejsca. Podniosła płaszcz z oparcia krzesła i zarzuciła go sobie na plecy w ruchu.

Scorpius wywrócił oczami i rzucił menu o stół.

– Sesille! – syknął podnosząc się z miejsca. Wyrównał się z nią energicznym krokiem. – Sesille! – złapał jej ramię tuż przy wejściu.

– Daj spokój, nie chce z tobą teraz rozmawiać – powiedziała cicho.

– A co ja takiego zrobiłem?

– Okłamałeś mnie Scorpius i jeszcze zachowujesz się jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Przyłapałam cię na kłamstwie, a ty nawet się nie speszyłeś. Może moja mama miała rację, może naprawdę jesteś rozpieszczonym chłopcem, który nigdy nie dorośnie.

– Masz rację, przepraszam – powiedział cicho. ­– Co mogę zrobić,żeby ci to wynagrodzić?

– Może choć raz powiesz prawdę? – prychnęła. – Ale to chyba za dużo by prosić, prawda? – rzuciła i wyszła na zewnątrz, zimowe powietrze jak rózgi na jej twarzy. Powinna była wziąć grubszy płaszcz.

– Sesille – złapał ją za ramię i odwrócił do siebie. I widząc ten grymas na jej twarzy, tak podobny do tego, który nosiła ona za każdym razem, gdy nawalił, niemal żałował, że nie potrafił być z nią szczery. Nachylił się i pocałował ją czule, może choć to nieco ulży jej cierpieniu.

Odsunęła się nieco, ale go nie odepchnęła. To musiał być dobry znak, ale nie odwazył się uśmiechnąć.

– Twoje słodkie pocałunki nic nie zmienią, Scorpius. Zrezygnowałam dla ciebie z dobrego życia. Narzeczonego, który mnie uwielbiał, świętego spokoju. Miałam dobre życie. Mam swoją nauczkę…

– Sesille, poczekaj, proszę… Powiem wszystko, co tylko zechcesz.

– Dlaczego skłamałeś w sprawie penthouse’u? – zapytała, ale jej mina mówiła za siebie, wcale nie oczekiwała odpowiedzi.

 

Labrinth – Jealous

 

– Dlatego. Dlatego, że nie chcę o niej rozmawiać – przyznał szczerze.

– Bo wciąż ją kochasz? – zapytała drżącym głosem.

Scorpius zmrużył oczy. Jeszcze nie zdążyła wybaczyć mu jednego kłamstwa, a już musiał ją karmić następnymi, ale czy miał jakiś wybór? Przecież nie mógł jej powiedzieć, że jego serce wciąż należało do niej. Nie po tym, kiedy tyle już dla niego poświęciła… Nie. To nie był prawdziwy powód. Przynajmniej przed samym sobą mógł zdobyć się na szczerość. Był samolubny i jej potrzebował. Nie. Nie potrzebował. Chciał.

– Skrzywdziłem ją – odpowiedział otwierając oczy. – Bardzo.

I znów był w małym mieszkaniu Dominique, pijany i wściekły. I znów widział jej słodkie uśmiechy, jej sugestywne spojrzenia, jej rządzę zemsty, którą pomylił z rządzą ciała.

– Ja… Wszyscy to wiedza, naprawdę ją skrzywdziłem. I żałuję i chciałbym cofnąć czas i może… porozmawiać z nią szczerze. Porozmawiać i postawić sprawy jasno, zamiast…

Wspomnienia bombardowały jego umysł. Tego przecież tak rozpaczliwie próbował unikać odkąd powiedziała mu o ciąży. Przecież wiedział, że to jego wina. Cała ta złość skierowana w złą stronę. Mógł przecież powiedzieć jej, że chce spędzić z nią resztę życia, poprosić, by to chociaż przemyślała, ale zawsze był tchórzem. Perspektywa urażonej dumy była nie do zniesienia.

– Ale stało się. Stchórzyłem. Moja podła natura wygrała i skrzywdziłem ją.

Zmrużył oczy, kiedy migały mu przed oczami te krótkie fragmenty, które już chyba na zawsze wyryły mu się w pamięć. Urywki sekundy momentu, w którym spieprzył sobie życie. Może to była jego kara. Może musiał pamiętać tylko krótkie urywki by dogodnie mogły go dręczyć w chwilach, jak ta.

– I tak, czuje się winny i mam wyrzuty sumienia – spojrzał na nią poważnie.

Zawsze, dodał w myślach.

– Ale to wszystko jest tak skomplikowane, bo Elaine się z nią przyjaźni. Mój ojciec się z nią przyjaźni. Dłużej, niż ja, by być szczerym. Żona mojego najlepszego kumpla się z nią przyjaźni. Moja babka ją praktycznie adoptowała. Eva się z nią przyjaźni. Grace kocha ją jak drugą matkę. Nawet moja mama… Wszyscy, których cokolwiek obchodzę są blisko związani z nią.

Ile razy tak naprawdę skrzywdził? Może już wtedy, na Olimpiadzie z Eliksirów, może to był omen na przyszłość. Kiedy tak łatwo uwierzył w słowo nieznanego nadawcy listu. Sposób, w jaki na niego wtedy patrzyła, niemal identyczny do tego z dnia, w którym powiedział jej prawdę. Może Mia miała racje te wszystkie lata temu, nie powinien był się z nią wiązać. Mógł mieć przy sobie jako przyjaciółkę, pieprząc te wszystkie przypadkowe dziewczyny, wyobrażając sobie, że to ona. Kogo próbował oszukać? Przecież wiedział, że nie potrafił się od niej trzymać z daleka.

– Więc oni też winią mnie za to, że nie przychodzi już do nas na święta. Ani na urodziny. Że ich kontakt niemal legł w gruzach, przez ze mnie. Więc nie chcę o niej rozmawiać, bo jest moim wyrzutem sumienia. Bo wiem, że uważają, że nie mam prawa i wiem, że mają rację. Koniec końców, wyszło jej to wszystko na dobre. Ma męża, który o nią dba, i dziecko. Jest teraz szczęśliwa, zapomniała już o mnie.

Merlinie! Tylko bogowie wiedzieli, jak bardzo modlił się w duchu, by to nie była prawda. Na początku próbował udawać przed samym sobą, że życzył jej jak najlepiej, ale wciąż łapał się na samolubnych życzeniach, by jej małżeństwo rozsypało się jak domek z kart, by mogła wrócić do niego. Wcale nie chciał, by była szczęśliwa. Wcale nie chciał, by o nim zapomniała. Wcale nie chciał, by ich rozstanie wyszło jej na dobre. Chciał by wpadła w jego ramiona jeszcze raz i już nigdy by jej nie wypuścił. I nawet sam przed sobą nie potrafił przyznać, jak bardzo doprowadzał go do szału fakt, że jej małżeństwo z Lysandrem zdawało się działać tak, jak powinno. I kiedy zobaczył ich na Pokątnej z dzieckiem, nienawidził Lysandra, siebie i Rose z zupełnie nową zawziętością. Może dlatego, że nigdy nie sądził, że tak to się skończy. Może miał nadzieję, że jeśli pozwoli jej spokojnie odejść, to wróci do niego, da im szansę. I ta krótka, beznamiętna notka o ich weselu niemal zabiła go od środka.

– Jeśli nie byleś z nią szczęśliwy, powinieneś był jej powiedzieć – powiedziała cicho Sesille. Scorpius wzdrygnął się nieco, niemal zapomniał, że z nią rozmawiał, zagubiony we wspomnieniach o niej. – Jeśli kiedyś będziesz nieszczęśliwy ze mną… Po prostu mi to powiedz.

Spojrzał na nią zaskoczony, otworzył usta, by coś powiedzieć, ale nie zdarzył, gdy zamknęła dystans między nimi i pocałowała krótko.

– Dziękuję, że powiedziałeś mi prawdę – dodała cicho.

Scorpius uśmiechnął się lekko, ale był pewien, że wyglądało to bardziej jak grymas. I czuł się jeszcze gorzej, kiedy dziękowała mu za prawdę, wiedząc, że choć technicznie rzecz biorąc nie skłamał, manipulowanie prawdą było nawet gorsze. Teraz, nie chciał o tym myśleć. Nie potrzebował dodatkowych wyrzutów sumienia. Powiedział prawdę. Prawdę wyjętą z kontekstu, ale wciąż prawdę.Teraz chciał zapomnieć.

Objął ją ramionami, przyciskając mocno do siebie, składając dziesiątki delikatnych pocałunków na jej szyi i policzkach, by skończyć na jej ustach i zatrzymać się tam na dłuższą chwilę.

– Naprawdę cię chcę – wyszeptał jej do ucha. Miał dość czekania i udowadniania, że myśli o niej poważnie. Potrzebował zapomnieć o niej, choć na chwilę i potrzebował do tego Sesille.

– Scorpius…

– Sesilee – wymruczał jej do ucha. – Doprowadzasz mnie do szału. Za każdym razem, kiedy na ciebie patrzę… To wymaga niemal całej samokontroli… Nie masz pojęcia, jak bardzo ciebie pragnę…

Spojrzała na niego niepewnie, ale może była nazbyt ostrożna? Może zasłużył na nagrodę za to szczere wyznanie? Sama była już zmęczona ciągłym zbywaniem go bez ustanku. Chciała po prostu utonąć w jego ramionach.

– Chodźmy do ciebie – wyszeptała.

Uśmiechnął pod nosem.

– Jak sobie życzysz – wymruczał.

 

********************

Dobra, nie popisałam się, jeżeli chodzi o czas jaki zajęło mi napisanie rozdziału, ale mieliśmy nawrót lata, który już definitywnie się skończył, zaczyna pizgać złem na ulicach, powoli wyciągam zimowe swetry, drzewa zaczynają się złocić i czerwienić.

Ale wiecie, nagłe wtargnięcie jesionio-zimy oznacza, że najpewniej będę spędzać znacznie więcej czasu w domu, plus mam 5 wesel w rodzinie w przyszłym roku, więc muszę zacisnąć pasa z wypadami i wyjściami, co oznacza siedzenie w domu i więcej czasu na pisanie, yeeeeey!

Xoxo

Hippie

***

 

* Z francuskiego: „tęsknię za tobą, kochanie”(przynajmniej według mojego researchu), żeby była jasność, nie mówię po francusku, więc jeżeli któraś z was tak, i popełniłam jakiś błąd, to nie krępujcie się mnie poprawić, wręcz byłoby to mile widziane :)

** Z fr.: „jesteś moja, moja piękna różo”(przynajmniej wg google translate)

EDIT: poprawiłam francuskie tłumaczenia zgodnie z sugestiami smile :)