3. Nieprawda.

Mogwai –Take me somwhere nice

 

Pierwsze promienie słońca padały na jej twarz. Spokojnie drzemała, bo tylko tak mogła mieć kontrolę nad snami. Nie, nie chciała całkowicie zasnąć, by znów tego nie zobaczyć.

Otworzyła leniwie oczy i od razu je zmrużyła. Światło dnia było za ostre.Po chwili jednak spróbowała znowu, a potem jeszcze raz, aż w końcu światło przestało drażnić jej źrenice.

Podniosła się leniwie, jedną ręką próbując wymacać na stoliku paczkę papierosów.

Puk!Puk!

Nie odpowiedziała, a mimo to drzwi otworzyły się.

- Nie przypominam sobie, żebym mówiła proszę – rzuciła oschle, wyciągając papierosa.

- Nie mówiłaś też nie wchodzić – odpowiedział Alan siadając na brzegu jej łóżka.

Nie spojrzała na niego. Odpaliła papierosa i zaciągnęła się dymem.

- Wiesz, jest taki punkt regulaminu…

- Jakoś mi to zwisa – przerwała mu.

Irytowała ją jego obecność. Co on mógł wiedzieć o życiu? O niej? Papierosy, alkohol… To wszystko dodawało jej energii, żeby rano wstać. Żeby podnieść się i przejść przez dzień. Ale przecież on tego nie mógł zrozumieć.

- Posłuchaj, wiem, że bycie nowym w szkole nie jest łatwe…

- Ale wszystko się ułoży, tak? – zapytała spokojnie nie patrząc na niego.

Jej wzrok skierowany był ku jakiemuś nieokreślonemu punktowi, gdzieś na naprzeciwległej ścianie.

Alan przyglądał jej się w skupieniu. Wyglądała zupełnie tak, jakby była w jakimś transie. Chociaż nie, to nie był trans. Wyglądała raczej jakby była na granicy snu i rzeczywistości. Na granicy teraz i kiedyś. Na granicy tutaj i tam.

- Daruj sobie te wielkoduszne teksty w stylu pomożemy ci… Bo po prostu nie możesz. Ale jak widzisz radzę sobie jakoś, więc idź ratować kogoś innego. Może jeszcze zdążysz…

- Radzisz sobie? – zapytał z powątpiewaniem. – Palisz. Z tego co czuję w powietrzu lubisz sobie wypić… No i ten charakterystyczny zapach trawki…

- A co ci do tego? Chcesz dać mi szlaban? Zawiadomić McGonagall? Proszę bardzo. Nie będę cie zatrzymywać…

- Dlaczego? – był wyraźnie zaciekawiony.

Nie odpowiedziała. Bo i po co miała mu odpowiedzieć? I tak nigdy nie byłby w stanie jej pomóc. I tak nigdy nie byłby w stanie jej zrozumieć. Były sprawy, których nawet ona sama do końca nie rozumiała.

Podniosła się i rzuciła peta do szklanej popielniczki. Weszła do łazienki.

Zimny prysznic – tego potrzebowała by myśleć jasno, by móc się obronić przed wścibskimi pytaniami, przed ciekawością innych. Nie chciała wracać do przeszłości. Może nie potrafiła.

Siedział wpatrując się w zamknięte drzwi łazienki. Ale nie docierały do niego żadne dźwięki. Po prostu ich nie słyszał, nie rejestrował zajęty rozmyślaniem. Bo trzeba było przyznać, że Rose go zaciekawiła. Z jednej strony chamska, opryskliwa, nawet aspołeczna. Z drugiej tak spokojna, jak tafla Hogwarckiego jeziora bezwietrzną letnią nocą. Może nawet lekko zimna i pusta w tym swoim spokoju. Może nawet lekko straszna. Ale nie dlatego, że może zrobić komuś krzywdę. Raczej chodziło o jej nieludzko puste oczy. Jej nieludzko obcy głos. Jej nieludzko spokojną twarz.

A może po prostu mu się wydawało?

- Jeszcze tu jesteś? – zapytała, gdy wróciła do pokoju. Lekko drżała, zimne strumienie wody zrobiły swoje. – Pewnie liczyłeś na to, że wyjdę z łazienki nago, co?

- Przyznaję, przemknęło mi to przez głowę – uśmiechnął się łobuzersko. – Ale jestem tu z obowiązku. Mam przypilnować, żebyś poszła na lekcje.

 - Żartujesz sobie? – syknęła wrogo.

- Wierz mi, ja też wolałbym pospać sobie dziesięć minut dłużej, zamiast czekać na ciebie, ale najwyraźniej McGonagall ma swoje powody… – powiedział patrząc na nią znacząco.

- Nie potrzebuje niańki! – warknęła.

- Spokojnie, może za kilka dni, jak będziesz grzeczna, to Minevra zmieni zdanie. A tymczasem, chyba najwyższa pora na śniadanie! – powiedział wesoło.

Rose popatrzyła na niego z wrogością. Towarzystwo było ostatnią rzeczą, jakiej teraz pragnęła, zwłaszcza, jeśli miałoby być jej narzucone. Musiała być teraz czujna, aby się nie zdradzić, nie powiedzieć zbyt wiele. Bo oni wszyscy zawsze się wypytują.

Prychnęła pogardliwie pod nosem i ruszyła w stronę wyjścia. A on poszedł za nią.

Szła szybkim krokiem, nie oglądając się na boki. Nie interesowali ją inni. Nie chciała na nich patrzeć. Na te wszystkie fałszywe uśmiechy, fałszywie czułe gesty, fałszywe słowa, fałszywe uczucia…. Wszędzie widziała i czuła ten fałsz.

Nawet teraz, gdy ta szatynka mówi mu, że go kocha, całuje go, ale ma otwarte oczy i wodzi wzrokiem za innym. Stoi niedaleko nich. Chyba nawet są z tego samego domu. I nie, to nie Ślizgoni, bo oni przynajmniej się nie ukrywają. Są obłudni, ale szczerzy, bo nigdy nie mówią, że mają sumienie. Że wiedzą, co dobro, a co zło.

Poczuła, że ktoś złapał ją za ramię i skierował w stronę Wielkiej Sali.

- Najpierw śniadanie – powiedział uśmiechając się.

No tak. Przecież nie była sama. Ale zapomniała o tym na krótką chwilę.

Ruszyła za nim.

Szli niemal do końca sali, a wszyscy spoglądali na nią z zaciekawieniem. No bo przecież Rose Weasley wróciła do Hogwartu. A takiego wydarzenia nie można było nie zauważyć.

I właśnie tym była dla nich wszystkich – faktem, który musieli zaakceptować. Faktem mniej lub więcej znaczącym dla poszczególnych osób. Faktem, który wcale nie chciał oglądać światła dziennego.

Usiadła, a właściwie została posadzona między prefektami.

Spojrzała na stół. Było na nim mnóstwo pyszności, każdy mógł znaleźć coś dobrego dla siebie.

- Nie jesz? – zapytała troskliwie Mia.

Rudowłosa spojrzała na nią i pokiwała przecząco głową. Bo i nie miała ochoty jeść, może później? 

- McGonagall nie ruszają strajki głodowe – powiedział Chan. – Zjesz.

- Powiedziałam, że nie jestem głodna – powiedziała spokojnym, ale stanowczym tonem.

Nie mogła znieść, gdy ktoś próbował nią sterować. To jakby nie miała nad sowim życiem żadnej władzy, żadnej kontroli. A przecież miała, prawda?

- Zjesz. Koniec tematu – powiedział Chan.

- Pierdol się! – wrzasnęła Rose wstając.

Kilka osób z sąsiednich stołów popatrzyło na nią z zainteresowaniem.

Nikt nie będzie jej przecież rozkazywał. Już raz w swoim życiu dała komuś taką władzę nad sobą i było to najgorsze, co mogło ją spotkać.

Szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie, ruszyła w stronę wyjścia.

- Rose! Zaczekaj! – usłyszała za sobą. Nie byli to prefekci. Znała ten głos i wiedziała doskonale do kogo należał.

- Czego chcesz, Hugo? – zapytała ostrym tonem.

- Chciałem się tylko przywitać… Martwiłem się…

- Niepotrzebnie… – mruknęła już znacznie łagodniej.

W jej oczach można nawet było dojrzeć nawet coś na kształt troski z odrobiną smutku. Choć starała się nie patrzyć w oczy rozmówcy, jakby bała się, że mógłby coś w nich dojrzeć.

- Jak widać jestem cała i zdrowa. Przywitałeś się, więc teraz pozwól, że przeproszę, trochę mi się spieszy – odwróciła się na pięcie rzucając mu krótkie, przepraszające spojrzenie i zniknęła w tłumie wlekących się na lekcje uczniów.

Szła przed siebie, szybko, bezszelestnie, żeby nikt więcej jej nie zauważył. Bo nie chciała już nikogo ranić. Dla niej też to nie było łatwe. Ranić tych, którzy przecież tak wiele dla niej znaczą. Których tak bardzo kocha. Albo kochała. Hugo z całą pewnością należał do tych pierwszych. Jej rodzice? Raczej do ostatnich.

Ale wiedziała, że tak będzie lepiej dla wszystkich. Bo ona już tak naprawdę nie żyła. A po co pozwalać komuś przywiązywać się do kogoś, kogo i tak już prawie nie ma?

A ona znikała, powoli, każdego dnia. Każdego dnia umierała w niej jakaś cząstka, jakiś element, i nie potrafiła temu zaradzić.Pogrążała się coraz bardziej, bo chciała zapomnieć. I ta próba zapomnienia ciągnęła ją na dno i przyciskała do niego mocno, aby nie mogła się z niego podnieść.

Usiadła pod starym drzewem na samym skraju Zakazanego Lasu. Bo tylko tutaj nikt nie przychodził. Tylko tu mogła oczyścić swój umysł z wyrzutów sumienia. Nie mogła znieść tego, jak wielkim staje się ciężarem dla rodziny, ich przyjaciół. A jednak nie potrafiła tego zmienić.

 

Nienawidzę tego miejsca…

 

Chłodny wiatr owiewał jej twarz. Ciepłe łzy płynęły wolniutko po jej zaróżowionych od chłodu policzkach.

Nie mogła już tego wszystkiego znieść. Czasem tylko to jedno jej mogło przynieść ulgę. Płacz w samotności, ze świadomością że nikt jej nie zobaczy. Płacz, który miał wypłukać wszystkie pomyłki tego dnia, a przecież on dopiero co się zaczął!

- Ja rozumiem, że początek szkoły to tragedia, ale nie musisz od razu płakać. Nie warto – usłyszała obok siebie.

Kątem oka dostrzegła, jak ciemnoskóry chłopak siada obok niej i przygląda jej się uważnie.

To zdecydowanie nie był element jej planu. Nie miało tu być nikogo. Nikt nie miał widzieć jej łez.

Odwróciła twarz.

- Jesteś niemową? – zapytał nieznajomy nieco rozbawiony.

- Może po prostu nie chcę z tobą gadać? – zapytała obojętnym głosem.

Już nie płakała. Nie przy kimś.

- A jednak to robisz.

- Nie robię.

- Robisz.

- Wcale nie – powiedziała dobitnie, spoglądając na niego kątem oka.

Roześmiał się.

- Jesteś zabawna, wiesz?

- A ty dziwny.

Znów się zaśmiał, co spowodowało, że dziewczyna zmarszczyła brwi w geście irytacji i niezadowolenia.

- Może i ja jestem dziwny, ale ty chyba jesteś spóźniona na pierwszą lekcję. Właśnie się zaczęła.

Odwróciła energicznie głowę i spojrzała na niego świdrującym wzrokiem, jakby próbując zgadnąć, czy jej nie podpuszcza.

- Więc czemu ty nie jesteś na lekcji? – zapytała w końcu.

- Zaczynam od jutra. Dzisiaj czeka mnie jeszcze długa i nudna rozmowa ze starym Kocurem[przezwisko McGonagall, jedno z wielu wśród uczniów – przyp. Aut.]. Jeśli mi nie wierzysz, spójrz tam – wskazał na wieżę zegarową. – Masz pięć minut w plecy… No chyba, że nie wybierasz się na pierwszą lekcję, to…

Nie zdążył dokończyć.

Dziewczyna szybko rzuciła się w stronę szkoły. Przecież miała być niezauważalna, a swoim spóźnieniem wywoła sensację. A przecież tak bardzo nie chciała być w centrum uwagi!

 

 

Gary Jules –Mad world

 

Biegła ledwo łapiąc oddech, była już niedaleko. Główne wejście… Schody… Klasa eliksirów…

Wciąż pamiętała tę drogę. Kiedyś jej ulubione zajęcia.

Zapukała do starych drzwi, po czym popchnęła je. Weszła do klasy ściągając na siebie spojrzenia wszystkich uczniów.

Jedni patrzyli z obojętnością, inni z zażenowaniem, inni z ciekawością, a jeszcze inni – jak prefekci Ravenclawu – patrzyli z ulgą.

- Rose Weasley, jak mniemam? – zapytał starszy, szczupły mężczyzna o czarnych włosach. Mógł mieć około czterdziestu lat.

- Tak – odpowiedziała obojętnie.

- Ja jestem profesor  Michaił Rostow. Słyszałem o tobie parę rzeczy młoda damo i zastanawiam się, czy mamy dzisiaj jakieś święto? – rozejrzał się pytająco po klasie.

Rose spojrzała na niego z politowaniem.

- Zastanawia mnie to, bo z jakichś powodów pojawiłaś się na mojej lekcji, a to chyba niespotykane w twoim przypadku… No więc ponowię pytanie: mamy dzisiaj jakieś święto?

Patrzyła na niego rozdrażniona. Widocznie był jednym z tych wiecznie nadętych profesorów, którzy uważali, że wszystko wiedzą najlepiej i że mają prawo pastwić się nad uczniami tylko dlatego, że ci nie mogą się bronić.

- Weasley, odpowiedz na pytanie: Czy mamy dziś jakieś święto?

Widać nie zamierzał dać jej spokoju, dopóki nie nasyci się dostatecznie widokiem gnębionego ucznia.

- Jeśli pan już taki ciekawy to tak. Mamy dziś święto. Zdechłej Fretki.

Ten mężczyzna przedłużał niepotrzebnie tę chwilę, gdy wszyscy na nią patrzyli, a ona po prostu chciała usiąść w ławce, gdzieś z tyłu i móc od nowa stawać się niewidoczna dla świata.

Sama jednak zrujnowała swój plan, ale dopiero po fakcie zaczęła być tego świadoma. Powiedzieć coś tak… niewłaściwego w jej sytuacji było jak strzelenie sobie samobója w decydującym momencie meczu Quidditcha.

Po klasie przeszedł szmer oburzenia i podziwu. No tak, w końcu w jednej sali znajdowali się wiecznie poukładani Krukoni i Ślizgoni, kochający niepokornych i nieszablonowych ludzi. I nie trudno zgadnąć, kto był oburzony, a kto się cieszył jak dziecko. Było to bardziej oczywiste niż to, że Rostow nie odpuści Rose do końca roku. I Ślizgoni wcale nie przejmowali się tym, że mistrz eliksirów jest ich opiekunem.

- Ty mała, bezczelna…. Minus trzydzieści punktów dla Ravenclawu! – warknął profesor. – Siadaj!

Rose posłusznie wykonała polecenie. Ruszyła w poszukiwaniu wolnego miejsca.

Cieszyła się, choć czuła na sobie te wszystkie oburzone spojrzenia Krukonów, tym bardziej świdrujące, im bardziej jej mina była obojętna. To oczywiste, że mieli do niej żal. Właśnie znaleźli się na ostatnim miejscu w pucharze domów i już na starcie są trzydzieści punktów na minusie. A przecież Krukoni zawsze byli spokojnymi i pilnymi uczniami. Co prawda nie udało im się już od bardzo dawna zdobyć Pucharu Domów, ale to tylko przez wzgląd na to, że niemal zawsze mieli ostatnie miejsce w Pucharze Quidditcha. Zapewne to wedle zasady albo rozum, albo krzepa.

- Siadaj tutaj – powiedział jakiś przystojny, czarnowłosy Ślizgon robiąc jej miejsce w swojej ławce.

Usiadła. I tak było to jedyne wolne miejsce. Poza tym, co mogło być złego w siedzeniu w ostatniej ławce? Nikt cie nie widzi. Nikt nie zwraca na ciebie uwagi…

- Jestem Jason Scott – powiedział Ślizgon, z którym usiadła.

…poza osobą, z którą siedzisz.

- Rose… – mruknęła ledwie dosłyszalnie.

Zdecydowanie nie chciała budzić więcej sensacji chamskim zachowaniem. Więc odpowiedziała, by potem zamilknąć i nie słuchać już niczego i nikogo.

On i tak nic do niej już nie powiedział. Przyglądał jej się tylko ukradkiem, badawczo.

A ona tylko spoglądała na wszystko spod byka, jakby była obrażona na świat, za to, że nie jest taki, jaki chciałaby, aby był.

Albo raczej była obrażona na świat tylko dlatego, że nie mogła przecież obrazić się na siebie. Za co? Bo już sama nie wiedziała czego chce. Zostać tu, czy odejść? Zapomnieć, czy pamiętać? Dokąd iść? Jak żyć? Tyle pytań, a odpowiedzi coraz mniej, coraz niklejsze, coraz niedokładniejsze.

Z czasem jednak jej spojrzenie obojętniało. Coraz większym zainteresowaniem obdarzała parę siedzącą przed nią. Siedzieli obok siebie, tak blisko, że może i wystarczyłoby im jedno krzesło. On spoglądał czasem na blondynkę, czasem gładził jej włosy, czasem ich ręce stykały się na blacie stolika. I ona także uśmiechała się do niego ciepło. Nie jak do kogoś, z kim dopiero zaczyna się znajomość. Jak do kogoś najważniejszego. I nawet kiedy wskazywała mu palcem coś w jego notatkach, to wyglądało to,jakby szukała pretekstu, by jeszcze bardziej się do niego przybliżyć. A czasem, niby od niechcenia, gładziła jego lekko kręcone, ciemne włosy.

- Ładna parka, co? Kto by pomyślał, że Fitzpatrick zrobi się taki miękki… – usłyszała koło swojego ucha szept i poczuła na szyi ciepły oddech. Do jej nosa dotarła woń zmysłowych perfum.

-Długo są razem? – zapytała od niechcenia.

Sama nie wiedziała dlaczego ją to interesowało. Może widziała w nich coś więcej, niż zakochanych nastolatków. Może, gdzieś tam w środku, widziała kogoś innego. Może siebie? Może Grega? A może…

 

Stop! Nie chce teraz o tym myśleć.

 

- Zależy co masz na myśli mówiąc długo. Wiesz, zanim pojawiła się Newman, to najdłuższy związek Fitza[przezwisko Marka Fitzpatricka – przyp. Aut.] trwał… tydzień? Coś koło tego. Z Mią to go już chyba na poważnie wzięło. To już rok.

- Rok… – powtórzyła z zamyśloną miną.

Rok temu ona i Greg się skończyli. A Mia i Mark się zaczęli.

Czy skończą tak jak Rose i Greg? Osobno, gdzieś w otchłaniach życia, w obcych miejscach wśród obcych ludzi, bez połowy swojego serca,bez połowy swojej duszy… Dwoje dzieciaków, którzy nie wiedzieli nic o życiu, a próbowali zagrać w dorosłość.

I przegrali.

Ale nie, Mia i Mark tak nie skończą. Przecież oni nie żyją tak, jak żyli Rose i Greg. Wiecznie na granicy. Wiecznie byle jakoś. Wiecznie jutro spróbujemy się zmienić.

I zmienili się. Jeden dzień za późno. I nie do końca w to, w co chcieli się zmienić.

- Profesorze Rostow, pani dyrektor pana prosi… – wyrwało ją z zamyślenia. W drzwiach klasy stała czarnowłosa czarownica, ta sama, która kilka lat wcześniej była obecna przy jej ceremonii przydziału.

-Tak, już idę – odpowiedział mężczyzna ruszając w stronę drzwi. – Macie być cicho! Za parę minut jestem z powrotem!

Profesor zniknął za zamykającymi się drzwiami i – co nie było żadnym zaskoczeniem – w klasie zapanowały chaos i gwar.

Rose rozejrzała się wokoło. To wszystko co widziała….

Zepsuty świat z zepsutymi pseudoludźmi. Wszystko tu było zepsute. Zatracone gdzieś na zakrętach życia fundamentalne wartości. Zamazana moralność, przekreślone współczucie. Krążące bez celu młode istnienia szukające wytchnienia, szukające swojej oazy pośrodku pustyni pełnej niczego. Samotne dzieci we mgle na oślep szukające właściwego kierunku i nie mają nikogo, kto mógłby im wskazać właściwą drogę, dobry kierunek, albo chociaż trochę przerzedzić mgłę, by nie stanęli nagle nad urwiskiem.

Twarze, uśmiechy, szczęście. Jak wiele rzeczy zbudowanych było na niewłaściwych fundamentach, gnijących od środka? Jak wiele rzeczy było tylko ułudą, chorą Fatamorganą na pustyni życia?

Z zadumy wyrwało ją odgłos pięści uderzającej stół. Aż wzdrygnęła się słysząc ten dźwięk. Przeważnie nie oznaczał niczego dobrego.

Podniosła wzrok.

- Masz się nie spóźniać na lekcje, jasne? – powiedział Alan nachylając się do niej.

Wyglądał w tym momencie nie mniej groźnie, niż gangsterzy w tych wszystkich mugolskich filmach, kiedy próbują na kimś coś wymusić. Brakowało mu tylko armii uzbrojonych w pistolety, napakowanych goryli. Choć i bez nich wyglądał dostatecznie groźnie.

- Alan! – usłyszała karcący głos Mii, ale nie mogła oderwać oczu od oczu prefekta.

Był inny. Dziwny. Nieszablonowy. Rano wydawał się być takim… Wręcz frajerowatym. Chyba tylko po to, by teraz stać się tak przerażającym. Nie lubiła takich ludzi o dwóch twarzach. Nigdy nie wiedziała czego się po nich spodziewać, co im powiedzieć.

- Harris, mógłbyś z łaski swojej nie niszczyć mojej ławki? – zapytał Jason. Wyglądał na bardzo niezadowolonego obecnością Krukona.

- Dlaczego? – zapytała Rose nadal utrzymując wzrokową więź z prefektem.

Dopiero po chwili była z siebie coś wydusić, ale jej ton był pewny. Nie mogła przecież okazać strachu. Nigdy. Kiedy ludzie wiedzą, że się boisz mają nad tobą absolutną kontrolę, wiedzą, jak tobą manipulować.

- Nie zamierzam stracić przez ciebie odznaki prefekta.

Ton jego głosu… Znała go aż za dobrze.

- Alan… – zaczęła Mia.

Była zdziwiona jego zachowaniem. Znała go tyle lat, a nigdy nie widziała go takim… Takim bardziej przypominającym Scorpiusa Malfoya, kiedy czegoś chciał, niż Alana Harrisa.

Spojrzał na blondynkę i uśmiechnął się do niej sympatycznie, po czym odszedł.

Rose odprowadzała go wzrokiem, czując, że może ta jego maska milutkiego misia wcale nie jest tą prawdziwą. Tylko po co udawał? Nie, nie chciała wiedzieć. Miała już dość brudnych sprawek swoich i innych ludzi także.

- Ile razy ci już mówiłem, że nie chcę, żebyś się z nim kumplowała? – Rose usłyszała ciche pytanie Fitzpatricka skierowane do Mii.

- Jest moim przyjacielem.

- On nie jest taki wspaniały, jak uważasz.

- Jesteś o niego zazdrosny? – Mia odsunęła się nieco od niego.

- Nie. Ale wiesz kogo przed chwilą przypominał? Scorpiusa. I wcale mi się to nie podobało. Nie cierpię takich typów, zwłaszcza w twoim otoczeniu.

- Ty się z nim przyjaźnisz – zauważyła blondynka.

- Co nie zmienia faktu, że go nie znoszę. Scorpius to skurwiel. I nie chcę, abyś ty się kumplowała z takimi ludźmi. Harris udaje świętego, a…

- Mark! Skończmy. 

 

***

 

Michael Nyman– The heart asks pleasure first

 

W Wielkiej Sali panował gwar i hałas. Wszyscy śmiali się przy stołach i rozmawiali. Zwykła szara codzienność.Gdzieś słychać było śmiechy, gdzieś indziej płacz. Nikogo tonie dziwiło, nikogo to nie wzruszało.

Rudowłosa przymknęła oczy, jakby była bardzo zmęczona. Ten świat nie był dla niej. Nie chciała, żeby był jej. Chciała wierzyć, że gdzieś jest lepszy świat. Inny, niż ten, który zna. Tyle, że… Nie wiedziała, czy jeszcze potrafi w to wierzyć. Sama czuła się pusta. Bo już bardziej wolała być pusta, niż taka jak wszyscy ci,wokół niej. Zdawali się być tacy straszni, jakby chcieli nią zawładnąć i włączyć do swoich zobojętniałych szeregów. Czasem tak jej się wydawało, że życie to wieczna wojna, że pokój tak naprawdę nie istnieje. Że jest jak Utopia, której nigdy nie odnajdziemy, ale chcemy w nią wierzyć, by mieć siły do walki.

- Gdybyś się uśmiechnęła, świat by się nie zawalił – usłyszała koło ucha. Już dziś słyszała ten głos.

Odwróciła energicznie głowę i jej twarz znalazła się niebezpiecznie blisko twarzy ciemnoskórego chłopaka.

- Lepiej nie kusić losu – odpowiedziała.

Powoli odsuwała się od niego, jak zbiegły wiezień wycofujący się z pułapki. Ostrożnie, aby niczego nie uruchomić.

- Boisz się mnie? – zapytał rozbawiony.

- Chciałbyś – rzuciła i jak gdyby nigdy nic rozejrzała się postole.

Położyła na swoim talerzu dwie kanapki.

On zrobił to samo.

- Już zaczynałem się martwić, że moja legenda mnie przerosła.

- Legenda? Masz wysokie mniemanie o sobie… – zakpiła Rose.

Ale nie był to drwiący rodzaj kpiny. Raczej kpina sympatyczna. Kpina przyjazna. Sama Rose była zaskoczona swoją reakcją. Bo może zaczynała się tutaj czuć dobrze? Bo może to miejsce po prostu nie było Francją?

- Jesteś nowa – stwierdził przyglądając jej się badawczo.

- I co z tego?

- I musisz być Rose Weasley.

- Podwójne „i co z tego?”.

Zaśmiał się.

- Nic takiego. Zawsze jesteś taka… w stylu odpieprzcie się wreszcie ode mnie?

-Tak. I wiesz? Całkiem mi z tym dobrze – odpowiedziała wbijając wzrok w swój talerz, jakby jego zawartość była najbardziej interesującą rzeczą na świecie.

Spojrzał na nią badawczo.

- Nieprawda – powiedział i odszedł.

Odprowadziła go wzrokiem zaskoczona i zdziwiona.

Co on może o niej wiedzieć? Pewnie jak wszystkim, wydaje mu się, że widzi wszystko i rozumie wszystko.

A jednak zabrzmiał tak, jakby wiedział o czym mówi…

A może jej się po prostu wydawało?

- Nieprawda… – mruknęła do siebie.

Inie wiedziała czemu, ale dziwnie poczuła, że ten obcy ma rację. Wcale nie była szczęśliwa, ale czy musiał od razu psuć jej tą iluzję? Bo już tak czasem w życiu jest, że ludzie wolą karmić się kłamstwami, niż zmierzyć z prawdą, bo ta często bywa bolesna, trudna, nieznośna.

1 Komentarz

  1. HejCzytam twojego bloga i jetem pod wrażeniemNaprawdę dobrze piszesz ja dopiero zaczynamhttp://dramione-draco-and-hermione.blog.onet.pl/

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.