102. Miłość to za mało.

***

Arctic Monkey – Cornerstone

– Merlinie! – zaśmiała się cicho. – Ty się denerwujesz – mruknęła z niedowierzaniem, odgarniając burzę ciemnych loków. Wzięła głęboki wdech, ciesząc się tą rzadką chwilą, kiedy okazywał przy niej słabość, kiedy pokazywał jej swoją prawdziwą twarz.

– Ja? – oburzył się poprawiając mankiety. – Zdaje ci się, jestem oazą spokoju – dodał, wbijając wzrok w wypolerowane guziki.

– Nie ma się czego wstydzić – odpowiedziała melodyjnym głosem. – Też bym się denerwowała, gdybym przedstawiała taki chodzący ideał jak ja swoim rodzicom – dodała, podchodząc bliżej. – Myślisz, że mnie polubią? – zapytała, delikatnie odsuwając jego dłoń od niesfornego mankietu. – Proszę – dodała cicho zapinając miniaturowe guziki.

Scorpius spojrzał na nią zaskoczony, unosząc zawadiacko brew. Zadziorny uśmiech powoli zaczął formować się w kącikach ust.

– I kto teraz się denerwuje? – zadrwił.

Wywróciła oczami i podeszła do lustra, otrzepując niewidzialny kurz z policzków, zapatrzona w swoje odbicie, jak zaklęta.

– Na pewno cię polubią. Poza Elaine. Elaine nie lubi nikogo – powiedział po chwili opierając się plecami o ścianę. Włożywszy dłonie do kieszeni spodni, przechylił głowę, przyglądając się jej z zaciekawieniem.

– Lubi ciebie – zauważyła.

– Nie był bym tego taki pewien – przyznał spuszczając wzrok, zapominając na chwilę, że wcale nie chciał, by widziała jego najciemniejszą stronę. Może wtedy zrozumiałaby w jakie bagno się wpakowała i zniknęła, tak jak Rose. Odchrząknął głośno, podnosząc wzrok. – Ostatnio nie lubi nikogo – dodał spoglądając w bok. Gdyby spojrzał jej w twarz mogłaby przecież zauważyć, jak zadrgała mu powieka, wypowiadając kolejne kłamstwo.

– I przyjaźni się z Rose – dodała, wciąż przyglądając się swojemu odbiciu, ale zauważył, jej tęczówki zastygły w jednym miejscu, gdzieś w martwym punkcie na lustrze.

Odwrócił wzrok i podrapał się po nosie. Nie planował dziś o niej rozmawiać. Nie planował już nigdy o niej rozmawiać. Jaki byłby tego sens? Nigdy nie spotkał dementora na żywo, czytał o nich jedynie w książkach, ale mógłby przysiąc, że dokładnie tak czułby się, gdyby były w pobliżu. Za każdym razem, kiedy jej imię padało gdzieś w rozmowach, lub jej twarz pojawiała się miedzy wierszami, wypełniał go dziwny chłód, który przeszywał ciało, każdą małą kość, każdą jedną komórkę. Wszystkie te cenne wspomnienia, które teraz jedynie wpędzały go w przygnębienie, rządziły w jego myślach przynosząc jedynie ból.

Lepiej jest nie rozmawiać. Nie wspominać. Nie rozważać.

– To też – odpowiedział cicho. – Ale wiesz, teraz jest nieco rozchwiana emocjonalnie. Nie może się doczekać porodu – dodał szybko. Przy odrobinie szczęścia, przy najmniejszej jego iskierce, może podłapie temat, może zapomni, że chciała rozmawiać o Rose.

– Oo… To urocze, kiedy przyszłe mamy nie mogą się doczekać, żeby zobaczyć swoje dzieci! – spojrzała na niego uśmiechając się szeroko. – Myślisz, że powinnam była jej kupić prezent? Za wcześnie?

– Prawdopodobnie powinienem cie ostrzec, Elaine nie jest typową ciężarną mamuśką – powiedział powoli, drapiąc się po karku. – Raczej.. Co chcę powiedzieć… Będzie lepiej, jak w ogóle nie wspomnisz o ciąży. I nawet kiedy zacznie narzekać nie podłapuj tematu, wtedy dopiero się rozkręca – dodał wywracając oczami.

– Jestem w dziewięćdziesięciu procentach pewna, że zmyślasz większość historii o Elaine – powiedziała odwracając się do niego. Założyła dłonie na biodra, przyglądając mu się podejrzliwie. – Ktoś mógłby pomyśleć, że jest jakąś Chimerą, albo coś, a przecież Frank Longbottom nie spotykałby się z taką zołzą. Jest jak mały słodki szczeniak. Pamiętam go ze szkoły, dżentelmen jakich mało! Biedna Lucy Bleight-Steward przepłakała w łazience chyba z trzy godziny podczas balu absolwentów, kiedy się dowiedziała, że ktoś go uwiązał, i to Elaine Greengrass!

– Jestem pewien, że gdyby wiedział jak będzie się zachowywać w ciąży, zastanowiłby się z trzy razy zanim wcisnął jej pierścionek na rękę – mruknął pod nosem Scorpius.

– Jesteś okropny!

– Jestem szczery! – zaśmiał się Scorpius. – Z resztą, za chwilę przekonasz się sama.

Uśmiechnęła się szeroko, przyglądając mu się uważnie.

– Scorpius? – zapytała słodko.

– Tak, Sesille?

– Dlaczego tak właściwie nie mieszkasz z rodzicami? – spojrzała na niego poważnie, opierając się dłonią o niewielki stolik, delikatnie stukając palcami w blat.

– Sesille, to nie jest rozmowa na pięć minut – odpowiedział zdawkowo, spoglądając za zegarek.

– Nie możesz unikać tego pytania w nieskończoność – zmarszczyła brwi, krzyżując ramiona na piersi.

– Wyzwanie przyjęte!

– Kiedyś cie uduszę!

– Szczerze wątpię – odpowiedział unosząc pewnie głowę.

– Myślisz, że nie byłabym do tego zdolna? – zapytała mrużąc oczy.

– Myślę, że jesteś zbyt niska, by dosięgnąć mojej szyi…

Sesille wzięła głęboki wdech i w niemal jednym kroku stanęła tuż przed nim, uporczywie próbując dosięgnąć jego karku. Scorpius zaśmiał się w głos, stając na palcach, spoglądając na nią pobłażliwie.

– To doprawdy urocze, ale naprawdę musimy już iść – powiedział, z trudem powstrzymując śmiech. – Mama jest bardzo surowa, jeśli chodzi o punktualność.

– Jestem prawie pewna, że ściemniasz – odsunęła się od niego dysząc ciężko.

– Ale nie jesteś w stu procentach pewna. Czy naprawdę chcesz ryzykować wkurzenie mojej mamy przy pierwszym spotkaniu? – zapytał, robiąc minę niewiniątka.

– Każdego dnia widzę coraz bardziej, dlaczego byłeś w Slytherinie – odpowiedziała kręcąc głową. – Ale nie myśl, że nie dopadnę cię później – dodała po czym podeszła do kominka i spojrzała na niego wyczekująco. – Idziesz czy nie?

***

Alice Kristiansen – Landslide

 

 

Płomienie wesoło trzaskały w kominku, wypełniając salon ciepłą, pomarańczową poświatą, podczas gdy na parapetach za oknami zalegała gruba warstwa białego puchu, kontrastując z panującą na zewnątrz ciemnością. Rose kołysała delikatnie plączące zawiniątko, przechadzając się nerwowo wzdłuż i wszerz salonu, zerkając co chwila na zegarek.

– No już Ellme, nie chcesz jeść, nie chcesz spać, w pieluszkach czysto, co jeszcze mogę ci dać? – mruknęła cicho, marszcząc czoło. Westchnęła cicho, obracając się na pięcie. Postawiła kilka nerwowych kroków w przód, po raz kolejny zerkając na tarczę zegara.

Wzdrygnęła się czując na ramionach parę ciepłych dłoni.

– Wezmę ją – powiedział cicho.

Westchnęła podając mu dziecko, przyglądając się dziewczynce ze zmartwieniem.

– Czasem wydaje mi się… Czasem myślę, że ona po prostu wie, już teraz, że będę chujową matką, a ty wspaniałym ojcem. Dlatego zawsze przy mnie płacze.

– Myślisz? – zaśmiał się, kiedy Ellme zaczęła się uspokajać. – Denerwujesz się i ona to czuje – dodał uśmiechając się do niemowlęcia, kołysając się lekko z nogi na nogę.

– A ty się nie denerwujesz? – zapytała zbita z tropu.

– Zaskakująco, nie – przyznał marszcząc brwi.

– Pewnie i tak nie przyjdą – rzuciła oschle siadając na kanapie. Oparła łokcie na kolanach splatając dłonie, by przypadkiem nie zauważyła, jak bardzo drżą. Każdy dźwięk na zewnątrz sprawiał, że serce podchodziło jej do gardła. A przecież nic nie obchodzili jej rodzice, przecież nie powinni.

Westchnęła cicho przecierając oczy pięściami. Oczekiwanie wysysało z niej energię. Może było za późno by cokolwiek naprawiać? Jeżeli nie potrafili znaleźć wspólnego języka przez dwadzieścia lat, dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Może jedynie torturowała się chichą nadzieją, która nigdy nie mogła się spełnić.

– Przyjdą – odpowiedział pewnie Lysander.

– Jesteś taki pewien? – spojrzała na niego krótko.

– Zaskakująco, tak.

– Podziwiam twój spokój – pokręciła głową.

– Co najgorszego się może stać? Tak szczerze – uśmiechnął się pod nosem.

– Mój ojciec zajebie cię Kedavrą?

– Po pierwsze, nie przeklinaj przy dziecku – powiedział, Rose jedynie wywróciła oczami. – Po drugie, najgorsze co może się stać, to się pokłócicie i wszystko zostanie tak jak było przez ostatnie parę miesięcy. Ale nie sądzę, że będą koniecznie chcieli się kłócić. Rozumiem, że im nie ufasz, ale postawiłaś im warunek niemal niemożliwy dla dumy Rona, przeprosić moich rodziców. Ale zrobili to. Chcą się z tobą spotkać i pogodzić.

– Wciąż nie mogę w to uwierzyć – mruknęła Rose. – Rzuciłam takim warunkiem bo byłam pewna, że go nie spełnią.

– Jestem pewien, że Hermiona zdawała sobie z tego sprawę – powiedział, przyglądając jej się uważnie. Otworzył usta, by coś dodać, ale szybko je zamknął potrząsając nieznacznie głową. – Zaparzyć ci rumianku? – zapytał odkładając Ellme do koszyka stojącego obok kanapy.

Pokręciła głową spoglądając na dziecko. Robiła to przecież dla niej. Wszystko ostatnimi miesiącami robiła dla niej. I wszystko zdawało się być tak jak powinno, życie nie było złe. I może, tylko może, chciała pogodzić się z matką wierząc, że Ellme też da jej kolejną szansę, kiedy nieuniknienie wszystko zepsuje.

Podskoczyła nerwowo, gdy dobiegło ją pukanie do drzwi. Serce niemal wyrwało jej się z piersi, słyszała jego dudnienie w uszach.

– Ja otworzę – wyszeptała zrywając się na nogi, ignorując zmartwione spojrzenie Lysandra.

Jej nogi zdawały się dziwnie wiotkie, gdy krok za krokiem stąpała w kierunku drzwi.

 

 

***

The National – About today

 

 

Wyskoczyła ciężko z kominka, kierując się prosto w stronę kanapy. Nie zwlekając ani chwili zsunęła buty z opuchniętych stóp i rzuciła się między ciepłe koce i poduszki z cichym westchnieniem.

Frank spojrzał na nią ze zmartwieniem, występując z płomieni kominka. Spuścił wzrok, drapiąc się po karku, by w końcu podejść bliżej i usiąść obok niej na kanapie.

– Zrobić ci herbaty? – zapytał niepewnie, ale ta jedynie pokręciła przecząco głową w odpowiedzi. – W porządku misiek? – zapytał Frank, głaskając jej ramię.

– Ugh – jęknęła. – Nawet nie pytaj! – westchnęła cicho opierając głowę na zagłówku. – Przepraszam. Wiem, że jestem nieznośna – dodała zrezygnowana przecierając oczy wierzchem dłoni.

Uśmiechnął się pod nosem, kręcąc nieznacznie głową. Czasem miał ochotę wybuchnąć, wrzeszczeć i rzucać talerzami o podłogę. Ostatnimi miesiącami była wciąż zmęczona i niezadowolona, ale przecież wiedział doskonale, że prawdziwy problem nie tkwił w jej brzuchu, a w jej głowie. I czasem męczyło go udawanie, że wcale nie zauważył stosu książek na temat wychowywania dzieci, które ukryła pod łóżkiem. Ani tego, że zapisała się na kurs gotowania dla młodych mam. Ani tego, jak ze zmartwieniem obserwowała w lustrze pojawiające się na jej ciele rozstępy.

– Przyznaję, że mam cię czasem ochotę udusić. Na przykład kiedy wybuchasz płaczem z błahego powodu w trakcie relacji z meczu Harpii z Holyhead… Auć! – skrzywił się dostając kuksańca w bok, ale szybko spoważniał. – Wiem, że się boisz – złapał ją za dłoń. – Ja też. Jestem przerażony. Nie będzie tak źle, zobaczysz.

– Naprawdę w to wierzysz? – mruknęła cicho spoglądając ponuro w bok.

– Fakty są takie… tak szczerze, spotkałaś kiedyś kogoś, kto w jakimś stopniu nie czuł się zepsuty przez rodziców?

– Co masz na myśli? – spojrzała na niego zaskoczona.

– Wszyscy mają do swoich rodziców jakieś ale. Bo byli nieobecni, bo nadopiekuńczy, bo wymagali za dużo, lub za mało. Bo byli za bogaci lub za biedni. Czasem po prostu byli za świetni i nie sposób było im dorównać. Fakty są takie, że na pewno w jakimś stopniu nawalimy – pogłaskał jej policzek uśmiechając się lekko. – Po prostu musimy dać z siebie wszystko i jeśli za dwadzieścia lat nasze dzieci nadal będą rozmawiać, to znaczy że może nie byliśmy najgorszymi z rodziców.

Prychnęła cicho wtulając się w jego tors. Wszystko zdawało się tak dziecinnie proste, kiedy opowiadał o rodzicielstwie. Wystarczy się trochę postarać i voile’a. A przecież w życiu nic nie było tak proste. Zwłaszcza rodzicielstwo. Gdyby to naprawdę było tak bardzo nieskomplikowane, jak było możliwe że ktoś tak obrzydliwie dobry jak Harry wychował Albusa? Dlaczego córka bohaterów wojennych, wzorów cnót, nawet z nimi nie rozmawia? Dlaczego Eva wyrosła na tak niereformowalnie wspaniałomyślną i cudowną, a Scorpius, który miał dom i kochającą matkę tak łatwo zaczął się staczać?

Miłość najwyraźniej to za mało, ale co innego miała do zaoferowania własnemu dziecku? Nie była ani Astorią, ani Evą. Więc na jak nikłe szanse na normalne relacje mogła tak naprawdę liczyć? I jaki był sens dalej udawać przed Frankiem, że wszystko było w porządku? Zbyt dobrze ja znał, przejrzał ją na wylot od samego początku, wyczekując aż wreszcie będzie gotowa, by o tym porozmawiać.

– Ja… Nie musi mnie kochać, po prostu nie chcę, żeby mnie nienawidził – wyszeptała.

– Wiem – objął ja ramionami i pocałował w czubek głowy. – Ale musisz przestać się tym zamartwiać… Nie będzie cie nienawidził – zsunął jedną dłoń i położył na jej zaokrąglonym brzuchu. – I tak szczerze… Myślę, że będzie cie kochał aż za bardzo. Bo ty będziesz go kochała za bardzo i rozpieścisz go do granic możliwości. Ja będę tym złym surowym tatą – wyszczerzył się, wiedząc, że nikt nigdy nie uwierzyłby, by był zdolny do surowości w jakiejkolwiek postaci. – Jestem pewien, że za dwadzieścia lat to ja cię trochę za to znienawidzę – zaśmiał się lekko. – Hej, nie będzie tak źle.

Uśmiechnęła się lekko, kiedy potargał dłonią jej włosy.

– Byłaś dzisiaj bardzo milcząca – zauważył. – Co myślisz o Sesille? Zdaje się być miła. Astoria chyba ją polubiła, Draco zresztą też.

Wywróciła oczami w irytacji odsuwając się od niego.

– Szkoda, że jeszcze nie zaczęli pić sobie z dziubków – prychnęła wbijając wygodnie plecy w oparcie kanapy.

Frank zaśmiał się głośno, przyglądając się jej z niedowierzaniem.

– Misiek – powiedział przeciągle.

– Co? Po prostu chcę, żeby był szczęśliwy.

– Może jest szczęśliwy z Sesille – zauważył Frank, nie kryjąc rozbawienia. Nie spodziewał się innej reakcji ze strony Elaine. Wiedział doskonale, że w jej mniemaniu nikt nie był wystarczająco dobry dla Scorpiusa.

– Proszę cię – prychnęła cicho. – Nie mów mi że nie zauważyłeś. Może nie jest dokładną kopią Rose, ale musisz przyznać, że jest w jej twarzy coś z Rose. Nawet sposób w jaki mówi. Może jest nieco łagodniejsza, nieco słodsza, ale wiesz tak jak ja, że po prostu znalazł sobie substytut Rose. Nie będzie szczęśliwy z Sesille. Zawsze będzie szukał w niej Rose, a ona naiwnie uwierzy, że Scorpiusowi naprawdę na niej zależy. Aż pewnego pięknego dnia Scorpius się pomyli, albo ona zda sobie sprawę, że wcale jej nie widzi, jedynie cień Rose, który kryje się w jej twarzy.

– Zamierzasz z nim porozmawiać? – zapytał przyglądając się jej ze zmartwieniem.

– A jaki byłby tego sens? Jestem już zmęczona ciągłymi próbami przemówienia mu do rozumu. I tak mnie nie posłucha. Tak jak Rose nie słuchała, kiedy próbowałam odwieźć ją od tego głupiego pomysłu ze ślubem.

– Ale Rose i Lysander zdają się szczęśliwi.

– Właśnie. Zdają się. Jeśli czegoś się nauczyłam z moim zbłąkanych lat, to to, że nie ważne jak przekonującymi kłamstwami się karmisz, prawda w końcu w tobie wybuchnie. Lysander nadal kocha Dominique a Rose nadal kocha Scorpiusa. Mogą zachowywać się jak szczęśliwa, kochająca się rodzinka, ale nie czarujmy się, to nie jest miłość. Co jeśli któreś z nich zakocha się w kimś innym? Wiem, że mają cały plan rozwodowy w pogotowiu, ale no nie wierzę, że to pójdzie tak gładko jak oni to sobie wyobrazili. Jeszcze gorzej, co jak któreś zakocha się w tym drugim? Rose jest podobna do Dominique, Lysander jest nieco podobny do Scorpiusa. To się źle skończy.

– Myślisz, że jeszcze kiedyś się zejdą? Rose i Scorpius…

– Nie wiem – westchnęła cicho. – Ale wiem jedno – dodała spoglądając na niego błagalnym wzrokiem. – Potrzebuję kąpieli z bąbelkami.

– Jesteś niereformowalna – zaśmiał się podnosząc się z miejsca.

– Jesteś najlepszym mężem na świecie!

– Wiem – uśmiechnął się zawadiacko. – Dlatego za mnie wyszłaś – wyszczerzył się.

 

 

***

Sleeping at last – Light

– Dobry wieczór, Rose – powiedział niepewnie Ron po chwili niezręcznej ciszy, przestępując z nogi na nogę, gdy Hermiona nerwowo trzymała się jego ramienia.

– Wejdźcie – odpowiedziała bez uśmiechu lub cienia jakichkolwiek emocji,  przesuwając się z przejścia. Może powinna była się przytulić? Ucałować policzki? Ale przecież nie rozmawiali od miesięcy, czy był sens udawać, że byli czymś więcej niż trojgiem spokrewnionych osób, które tak naprawdę się nie znają?

Weasleyowie wymienili zmartwione spojrzenia, ale bez słowa ruszyli w głąb korytarza. Hermiona otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale szybko je zamknęła. Nie przychodziła jej do głowy choćby jedna uprzejmość, która zabrzmiałaby mniej niezręcznie, niż cisza panująca miedzy nimi. Jaki był sens, by chwalić dom, kiedy powinna była urządzać go razem z Rose, która człapała za nimi smętnie, ze spuszczoną głową, nie śmiąc żywić zbyt wielkich nadziei, po chichu licząc w głowie sposoby,w jakie to spotkanie mogło zakończyć się katastrofą.

– Dobry wieczór – Lysander stanął przy drzwiach korytarza i gdyby nie jego spięte ramiona, mogłaby przysiąc że wcale się nie denerwował.

– Lysander – Hermiona uśmiechnęła się szeroko, po czym spojrzała niepewnie na Rona.

Ten kołysał się na pietach w przód i w tył, kręcąc nosem, ale po chwili wyciągnął przed siebie dłoń.

– Dobry wieczór, Lysander – powiedział bez uśmiechu.

Blondyn uścisnął mu dłoń, po czym podszedł do stojącego obok kanapy kosza.

– Myślę – powiedział spoglądając porozumiewawczo na Rose.  – Że powinniśmy zacząć od introdukcji. Rose?

Dziewczyna zawahała się, ale podeszła bliżej. Nie była pewna, czy strategia Lysandra na udane spotkanie miała jakiekolwiek szanse powodzenia. Ale czy nie musiała przynajmniej spróbować? Wyciągnęła dziecko z koszyka i odwróciła się w kierunku rodziców, modląc się w myślach, by znów nie zaczęła płakać w jej ramionach. Ellme przyglądała jej się z zainteresowaniem, wiercąc się i wierzgając nogami, ale wciąż pozostawała spokojna. I może te wszystkie opowieści o magicznych więziach miedzy matkami a dziećmi nie były do końca stekiem bzdur? A może to jedynie łud szczęścia i bliska obecność Lysandra sprawiała, że pozostawała spokojna?

– Ellme, poznaj swoich dziadków – powiedziała cicho Rose.

Hermiona bez zastanowienia podeszła bliżej chwytając dziewczynkę za dłoń, uśmiechając się szeroko.

– Jest piękna! – wydukała  spoglądając krótko na Rose.

– Możesz ją wziąć – powiedział Lysander krzyżując ramiona na piersi, przyglądając się z uśmiechem wzruszeniu Hermiony.

– Naprawdę? – zapytała drżącym głosem, a kiedy Rose pokiwała głową, wzięła niemowlę w ramiona. Jej oczy zaszkliły się niebezpiecznie. – Jest taka drobna – wyszeptała odwracając się do Rona. Ten spojrzał niepewnie na Rose, a ta na Lysandra.

– Możesz podejść bliżej, nie gryzie – powiedział wskazując dłonią na niemowlę. – Jeszcze – dodał.

– Jeszcze nawet nie wyrosły jej zęby – Rose pokręciła głową.

– Mówiłem o teściowej.

Rose spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami. Powoli odwróciła głowę, pewna, że twarz Rona właśnie nabierała odcienia purpury, ale ku jej zaskoczeniu jej ojciec niemal zdawał się nie dosłyszeć komentarza. Niemal, bo w kącikach jego ust czaiło się rozbawienie, które nieudolnie próbował zamaskować spuszczając głowę pod pretekstem przyjrzenia się Ellme.

– No co? Żart na rozluźnienie atmosfery – wyszczerzył się na zszokowaną minę Rose. – Wstawię czajnik na herbatę – dodał i z uśmiechem zniknął w kuchni.

Rose rozejrzała się nerwowo wokół, szukając jakiegoś punktu zaczepienia dla oczu, czegokolwiek co zainspirowałoby ją do jakiejkolwiek automatycznej uprzejmości, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Przestąpiła niezręcznie z nogi na nogę, ale Ron i Hermiona zdawali się wcale nie zauważać, jak krępujące było to spotkanie, zapatrzeni w niemowlę które wierciło się postękując cicho.

– Wygląda trochę jak bliźniaki, kiedy byli mali – powiedziała Hermiona spoglądając na Rose z uśmiechem.

– Luna też tak powiedziała. Mała za nią szaleje – mruknęła siadając na oparciu kanapy, modląc się w głowie, by jej głos nie zabrzmiał aż tak oskarżycielsko, jak zabrzmiał w jej własnych uszach.

Hermiona spojrzała na Rona, prowadząc bezgłośną rozmowę przy pomocy mrugnięć i uniesień brwi.

– Pomogę Lysandrowi z tą herbatą – powiedziała, wręczając Ronowi Ellme, i nie czekając na odpowiedź Rose zniknęła w kuchni.

Ron rozglądał się nerwowo wokół, szukając drogi ucieczki, ale w końcu spojrzał na Rose i westchnął głośno.Nie mógł dłużej odwlekać tej chwili.

– Ja… Chciałem z tobą porozmawiać sam na sam – mruknął cicho. – Mogę? – wskazał głową kanapę.

Rose kiwnęła niepewnie głową, jej serce niemal na stałe zadomowiło się w jej gardle. Przechodziły ją ciarki, jak wtedy kiedy miała osiem lat i razem z Potterami wywinęli kolejny głupio niebezpieczny żart.

Ron otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Ellme wybuchnęła płaczem w jego ramionach. Spojrzał spanikowany na Rose, odsuwając dziecko w jej stronę.

– Musisz ją pokołysać – powiedziała cicho.

Spojrzał na nią ciepło, uśmiechając się lekko, po czym spojrzał na małą. Być może uznał to za dobry znak? Przecież nie zamierzała mu powiedzieć, że Ellme wcale nie uspokoiłaby się w jej ramionach. Mogłoby się zdawać, że tylko Scamanderowie posiadali tą magiczną zdolność.

– Chciałem cię przeprosić – powiedział odrywając wzrok od plączącego dziecka. – Kiedy miałaś wypadek z O’Donnellem te wszystkie lata tamu… – urwał spuszczając wzrok. Westchnął głośno wiedząc, że nie mógł wiecznie chować się za swoją dumą. Nie mógł wciąż udawać, że nie ma potrzeby porozmawiać, nie, jeśli nie chciał aby to był pierwszy i ostatni raz, kiedy trzymał swoją wnuczkę w ramionach. – Obiecałem ci wtedy, że będę lepszym ojcem. Bardziej wyrozumiałym. I znów cię zawiodłem. Wiem, że to nie jest żadne usprawiedliwienie, ale… Najbardziej byłem zły na siebie, że nie potrafiłem cie ochronić…

– Ochronić? – przerwała mu marszcząc brwi. – Przed czym? Pieluchami? Lysandrem?

– Masz prawo być na mnie zła – przyznał cicho. – Ale, jeśli pozwolisz… Jeśli dasz mi szanse…

– A ty dasz szansę Lysandrowi? – skrzyżowała ramiona na piersi. Jej głos zaczynał drżeć niebezpiecznie. – Czy ci się to podoba, czy nie, jest moim mężem. Jest ojcem Ellme.

– Przyznaję, że przesadziłem w gniewie – spojrzał jej w oczy, wciąż bezskutecznie próbując uspokoić niemowlę. – Wiem, że dobrze się o was troszczy. Lepiej niż ja, by być całkowicie szczerym.

Rose spojrzała na niego zaskoczona.

– Może jednak ją weźmiesz, chyba jednak u mnie nie przestanie płakać – powiedział zrezygnowany, wyciągając niemowlę w jej stronę z błagalna miną.

Rose westchnęła cicho, biorąc dziecko w ramiona, modląc się w duchu, by Lysander i Hermiona szybko wrócili z kuchni. Nie chciała, aby Ron widział, że nie radzi sobie z dzieckiem, ale Ellme niemal od razu ucichła w jej ramionach, może przeczuwając, że ten jeden raz to ona musi wesprzeć i pocieszyć mamę.

– Ty też zawsze płakałaś u mnie w ramionach. Miona powtarzała, że to dlatego, że się denerwuję – uśmiechnął się do wspomnień. – Rose, nie oczekuję, że przyjmiesz nas z powrotem z otwartymi ramionami. Wyrzuciłem cię z domu, kiedy najbardziej nas potrzebowałaś. Cieszę się, że Luna i Rolf się tobą zajęli. Ale to powinniśmy być my. Może kiedyś,  z czasem…

– Herbata gotowa – oznajmił Lysander niosąc tace pełna filiżanek. Hermiona szła za nim, uśmiechając się lekko.

Rose odwróciła głowę i otarła łzę, która niespostrzeżenie popłynęła po jej policzku. Ellme zakwiliła cicho, potem głośniej.

– Wezmę ją – zaoferował Lysander, położywszy tacę z herbata na stole.  Podszedł do Rose i pogłaskał ją po ramieniu, po czym wziął od niej Ellme. – Chyba już czas na spanie, co? – zapytał, uśmiechając się szeroko. – Wybaczcie, ale Ellme już pada. Pójdę ją położyć.

– Tak szybko? – zapytała zawiedziona Hermiona.

– Możecie przyjść trochę wcześniej następnym razem – powiedziała Rose.

Ron i Hermiona wymienili uradowane spojrzenia, a Rose przeklęła w duchu. Powinna lepiej dobierać słowa. Nie była jeszcze pewna, czy będzie kolejny raz. Może to jedynie słodka cisza przed burzą?

– Mogę iść z tobą? – zapytał niepewnie Ron spoglądając na Lysandra.

Ten spojrzał na niego zaskoczony, spoglądając na równie zbitą z tropu Rose.

– Jasne – powiedział po chwili, ruszając w głąb korytarza. Ron udał się za nim, człapiąc powoli, oglądając się na Hermionę, ale gdy wreszcie zniknął w korytarzu, kobieta zajęła jego miejsce na kanapie obok Rose.

– Powinnam się martwić? – zapytała Rose, wskazując głową korytarz.

– Nie, nie, oczywiście, że nie. Tata chyba chce go przeprosić. W cztery oczy – wzięła głęboki wdech. – Ja też chciałabym przeprosić. Ja… Nie wiem od czego zacząć. Tata miał o wiele mniej do przepraszania – powiedziała niepewnie, ale kiedy Rose nie odpowiedziała odchrząknęła cicho. – Nie zawsze było między nami dobrze…

– Nigdy – poprawiła ją Rose. – Nigdy nie było między nami dobrze. Zawsze byłaś w pracy.

– Masz rację – powiedziała po chwili namysłu. Czy był sens dochodzić się o detale? Czy miało znaczenie, że były bardzo blisko, kiedy Rose miała zaledwie siedem lat? Zapewne tylko by ją rozzłościła, a przecież tak zależało jej by wszystko naprawić! – Wiem, że to w większości moja wina. Chciałam, żebyś była idealna. Ale ideały nie istnieją. Nie powinnam była od ciebie tyle oczekiwać… Nigdy nie miałam szansy naprawdę wykazać się w szkole. Zawsze były jakieś problemy z Harry’m, Voldemortem, wojna… Chciałam ci dać to, czego ja nie mogłam mieć.

– Ale ja nie byłam tobą. Nie chciałam nagród, najlepszej edukacji i pracy w Ministerstwie – powiedziała gorzko Rose. – Błagałam cię. Prosiłam, ale byłaś niewzruszona. Nie obchodziło cię jak bardzo byłam nieszczęśliwa. Więc dlaczego teraz? – zapytała z wyrzutem.

– Wiem, że byłam okropną matką – wyszeptała Hermiona, pociągając nosem. – Ja… Myślałam, że wychowywanie dzieci to bułka z masłem – zaśmiała się gorzko wycierając nos końcem rękawa. – Mama i Molly dawały wrażenie, jakby to było dziecinnie proste. Ale nie byłam Molly, nie chciałam zostać w domu. I nie byłam moją mamą, nie chciałam się zadowolić pracą na pół etatu. Nie, Rose, proszę, nie patrz tak na mnie, przysięgam, to nie wymówki, wysłuchaj mnie do końca… jest wiele kobiet, które godzą pracę z rodziną, ale ja… Zdawało mi się, że dzieci same wyrastają na ludzi. I kiedy zaczęły się twoje problemy, kiedy wróciłaś do Anglii… Powinnam była odstawić pracę na bok, ale w wciąż się łudziłam że mogę znaleźć jakiś kompromis między pracą, a tobą. I jestem pewna, że ktoś jak Molly na pewno by znalazł jakiś rozsądny kompromis, ale ja… Zawiodłam cię, rozumiem i przyjmuję na siebie winę… I kiedy powiedziałaś o ciąży… Tak bardzo cię przepraszam! Obiecałam ci szczerość, więc będę szczera. Nie byłam na ciebie zła, bo zrujnowałaś życie sobie. Byłam zła bo w jakiś pokraczny sposób w mojej głowie pokrzyżowałaś plan na życie mi. I wiem, to bez sensu i to nie było właściwie. I im dłużej nie rozmawiałyśmy tym ciężej było się odezwać. I teraz, kiedy babcia jest w szpitalu i myślałam o tym, jak bardzo będzie mi jej brakować… Pomyślałam, że gdybym to ja leżała w szpitalu stara i schorowana tobie wcale by mnie nie brakowało i to z mojej winy. Nie proszę, żebyś nagle zaczęła mnie kochać. Ale może… – zachlipała. – Tylko daj mi szansę – wyszeptała błagalnie. Wiem, że jest za późno, bym była dobrą matką, ale może… może przynajmniej będę mogła być dobrą babcią… – wyciągnęła dłoń, powoli, jakby chciała dotknąć Rose, ale nie chciała jej spłoszyć.

Podskoczyła nerwowo, gdy Kapitan Mruczek wskoczył jej na kolana i miauknął cicho, ocierając się o jej brzuch.

Rose patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami, przypominając sobie słowa Lysandra. Jeśli masz wątpliwości, zdaj się na Mruczka.

– Jak ty to sobie w ogóle wyobrażasz? – zapytała cicho łamliwym głosem. – Powiesz przepraszam, ucałujesz mnie w czółko i pstryk! Ot, tak będziemy normalną szczęśliwą rodziną? – po jej policzkach popłynęły łzy, ale nie dbała już o to, czy ktoś je zobaczy.

– Nie, oczywiście, że nie. Wiem, że może nigdy nie odzyskam twojego zaufania, ale… Może chociaż kiedyś przestaniesz mnie nienawidzić. – wyciągnęła przed siebie dłoń i położyła ją na splecionych, zaciśniętych dłoniach Rose. – Tylko daj mi jeszcze jedną szansę…

 

 

*****

xoxo

Hippie

6 Komentarze

    • Tak, tak, wszystko w porządku, poza małymi brakami weny, w sumie jest nie najgorzej :) Wiesz jak to jest musiałam sobie na nowo priorytety w życiu poukładać, ale myślę, że jestem na dobrej drodze :D

      xoxo
      Hippie

      • I obyś się tej drogi trzymała!
        Muszę się tego sama nauczyć. A nie się miotać przy każdym kryzysie.
        (to wciąż ja, ale podpis byłby jeszcze bardziej ironiczny niż zwykle)

        • Heh, sęk w tym, że to nie jest typ zadania, które wykonujesz i koniec, to jedno chyba towarzyszy nam przez całe życie :/ Ale wiesz, za wytrwałość podobno jest jakaś nagroda od Karmy :D

          Uszy do góry :)

          xoxo
          Hippie

  1. Rozdział wspaniały! Krotki , ale treściwy!
    Ile ja sie na niego naczekałam ! -.-
    Mam nadzieje , ze Rose nigdy do końca przynajmniej nie wybaczy rodzica. Ja bym nie potrafiła. Nie moge sie przyzwyczaić , ze Rose ma dziecko , to takie dziwne ? Cos innego to na pewno . A co z naszym chemiczkiem z Paryża ? Czekam na spoilery! Pozdrawiam gorąco!

    • Wiem, długo musiałyście czekać, ale była taka ładna pogoda(a u nas to rzadkość), i weny niestety też brakowało :/
      Heh, spoilerować wam nie będę, ale Chemiczek z Paryża jak to ujęłaś jeszcze na pewno się pojawi :) jak i kiedy wam nie powiem, będziecie musiały sobie poczekać :D

      xoxo
      Hippie

Odpowiedz na „AnonimAnuluj pisanie odpowiedzi

Wymagane pola są oznaczone *.