100. JUBILEUSZOWY: Accidental babies

 

***

Anthony Greninger – A heavy heart

 

 

– Serio? James ma być tą osobą mądrzejszą ode mnie, z którą chciałeś koniecznie pogadać? To czysta obelga – powiedział Lorcan, poprawiając mankiety koszuli.

– Wiesz, co miałem na myśli – Lysander wyszczerzył się wesoło. Irytacja Lorcana nie bawiła go tak bardzo, jak zwykle, ale potrzebował czymś zając umysł, nawet jeśli tylko na chwilę. – W kwestii dzieci nie mógłbyś mi za dużo poradzić, bo żadnych nie masz. Przynajmniej tak twierdzisz, choć ja nadal obstaję przy tym, że dzieciak Loli Salisbury jest podejrzanie podobny do ciebie. James natomiast jest odpowiedzialnym rodzicem.

Lorcan popatrzył na niego sceptycznie, po czym zerknął w stronę Jamesa. Moira wplatała mu różowe tasiemki we włosy, wraz ze swoją gumą do żucia, z aktywną asystą Grace. Dziewczynki najwyraźniej świetnie się bawiły, zwłaszcza, że żaden z dorosłych do tej pory ich nie przegonił od czupryny Jamesa, ale sam zainteresowany także zdawał się tego nie zauważać rozbawiony widokiem Adama, który bawił się różdżką ojca. Wymachiwał nią w różne strony, to zmieniając wazon w świeczkę, to sprawiając, że talerze zaczęły tańczyć w kredensie, tłukąc się głośno o siebie. James śmiał się głośno, ale podskoczył wystraszony słysząc wrzask Natalie za plecami. Odwrócił się energicznie do żony, która niemal biegiem rzuciła się w stronę kominka, przy którym cichutko siedział Sebastian, gaworząc wesoło, bawiąc się słoikiem z Fiuu.

– Hmpf – mruknął Lorcan unosząc brew, kiedy Natalie rozpoczęła swój monolog na temat odpowiedzialnego rodzicielstwa, stanie włosów Jamesa, stanie talerzy w kredensie i wszystkich możliwych niebezpieczeństw czyhających na Sebastiana, jeśli przypadkiem wszedłby do kominka wrzuciwszy do niego najpierw proszku Fiuu. – Jeśli tak twierdzisz  – rzucił bratu znaczące spojrzenie, po czym oddalił się w stronę Teddy’ego i Victoire.

Lysander rozejrzał się nerwowo wokół, bawiąc się zapalniczką. Zebrali się już niemal wszyscy. Brakowało jedynie Albusa i Dominique. Przygryzł wargę, zastanawiając się, czy ma jeszcze chwilę, by udać się na papierosa. Być może Albus i Dominique wcale nie byli zaproszeni? Tylko jakim cudem Molly zgodziłaby się przepuścić taka okazję, jaką jest walne zgromadzenie w jej domu, by pogodzić wnuki?

– Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zwymiotować – powiedziała Rose stając obok niego. Wypuściła głośno powietrze, rozglądając się wokół. Jej wzrok zatrzymał się na Ronie i Hermionie, którzy siedzieli w kącie z Harry’m, Ginny, Luna i Rolfem.

– Jak namówiłaś Molly, żeby nie zapraszała Albusa i Dominique? – zapytał obojętnie, a przynajmniej starał się tak zabrzmieć. Ostatnia rzeczą, jakiej potrzebował, byłaby konfrontacja z Dominique po ogłoszeniu radosnej nowiny, ale nie dowierzał, że jej tu zabraknie. Dla Molly nawet wnuk-seryjny morderca, wciąż byłby jej słodkim potomkiem.

– Potter pewnie się spóźni, jeśli w ogóle się pojawi. Wie, że Eva i Jamie zostali zaproszeni, a wiesz, to dla niego niemal jak obelga, że Eva jest traktowana jak członek rodziny. Zwłaszcza, że Harry jest głównym inicjatorem. A że ten dupek Ellsworth jest zaproszony, to wiesz, w ogóle przechodzi ludzkie pojęcie – odpowiedziała przyglądając się Evie i Jamiemu, którzy siedzieli na kanapie obok Roxanne, Franco i Freda z dziewczyną. – Ale jeśli nie przyjdzie, babcia zacznie go nachodzić i namawiać, żeby pogodził się z Evunią, co jeszcze bardziej go wkurwi. Więc zakładam, że jedynie się spóźni – spojrzała nerwowo w stronę kominka. – Dominique nie dostała zaproszenia, nawet nie wie, że coś się tu dziś dzieje. Z braku lepszych argumentów, powiedziałam babci prawdę. A to nie jest żaden sekret, że ty i Domi maci przeszłość. Mam nadzieję, że nie jesteś zły?

– Nie – spojrzał na nią nieco zaskoczony. – Nie jestem. Ale myślisz, że się nie wygadała?

– Nie, nie sądzę. Powiedziałam jej, że chcemy sami wszystkim powiedzieć. Jeżeli chodzi o takie sprawy jest wyrozumiała.

– Zastanawiałem się, dlaczego jest dla mnie tak nieziemsko miła. Zazwyczaj łypała na mnie spode łba, zapewne zastanawiając się, którą z jej biednych wnuczek upatrzyłem sobie tym razem – mruknął uśmiechając się pod nosem. Beztroska młodość powoli przechodziła do historii. Dawno, dawno temu marzył by założyć rodzinę z rudą Weasleyówną. Życie spełniło jego życzenie, nawet jeśli nie do końca tak, jak sobie wyobrażał. Zamiast Dominique stała obok niego Rose. Zamiast zaręczyn i hucznego wesela, nieplanowana ciąża. Nie do końca tak wyobrażał sobie przyszłość, ale teraz musiał skupić się na dziecku. Jego życie było stracone dawno temu. Być może już wtedy, kiedy pierwszy raz pocałował Dominique. Być może dla niego nie było już ratunku, ale to dziecko, to dziecko miało przed sobą cały świat. – Rose, powinniśmy zaczekać – spojrzał na nią poważnie.

– Z czym?

– Nie wydaje mi się, że to dobry pomysł. Tak wziąć twojego ojca z zaskoczenia. I to przy całej rodzinie – rzucił zmartwione spojrzenie w stronę rodziców. Śmiali się w głos, tak słodko nieświadomi wiszącej w powietrzu burzy. – Może powinniśmy ich zaprosić na kolację czy coś. Tylko my i oni. Mam dziwne przeczucie, że dziś nie jest dobry dzień na takie niusy.

Rose spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami, rzucając niepewne spojrzenie w stronę rozbawionych Scamanderów. Kiwnęła lekko głową, na znak, że się zgadza.

– Powiem mamie, żeby zaprosiła twoich rodziców jutro na obiad – powiedział cicho Lysander. – Im szybciej się dowiedzą, tym lepiej.

– Nie – wtrąciła Rose. – lepiej powiem mojej, żeby zaprosiła twoich rodziców na obiad. Mój ojciec nie przyjdzie do was w obawie, ze Luna każe mu jeść jakieś dziwne rzeczy – powiedziała wywracając oczami. – Wiem, jest nieznośny.

– Więc postanowione – wypuścił głośno powietrze, po czym spojrzał na Rose. – Jak się czujesz?

Uśmiechnęła się pod nosem i spojrzała na niego z uniesionymi brwiami.

– Zaskakująco dobrze…

– Hej, Rose! Siema, Lys! – zawołał wesoło Hugo, przeciskając się przez tłum zebranych Weasleyów. – Wiecie co to za walne zgromadzenie? Chyba nie zapomniałem o niczyich urodzinach?

– Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedzieli jednocześnie.

 

 

***

Interstellar – Main Theme

 

– Rose, może powiesz w końcu, o co chodzi? – zapytał Hugo wpychając do ust wielki kawałek kurczaka. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jego siostra i Lysander zerkali na siebie co chwilę. Nie wspominając o tym, że to już drugi raz w jednym tygodniu, gdzie Scamanderowie zostali zaproszeni na rodzinny obiad.

Uśmiechnął się łobuzersko, wciąż żując nazbyt wielki kawałek mięsa, zadowolony ze swojego sprytu. On i Luis rozgryźli zagadkę jeszcze w Norze. Rose i Lysander byli parą i zdecydowali się wreszcie poinformować o tym Rona. I był pewien, że Rose nieco wyolbrzymiała możliwą reakcję ojca, ale dręczyć ich oboje w ten sposób, to było coś, czego nie mógł sobie darować. W końcu Rose sama tyle razy powtarzała, że młodsze rodzeństwo było stworzone jedynie po to, by torturować starsze.

– Nie to, że mi przeszkadza, ale wiesz, to już drugi raz, kiedy zaprosiłaś Scamanderów na rodzinną kolację. Chcesz się czymś podzielić? – wziął łyka wina, uśmiechając się łobuzersko.

Wszyscy powoli zamilkli, spoglądając to na Rose, to na Lysandra, i z każdą sekundą, która nie przyniosła odpowiedzi ich spojrzenia stawały się poważniejsze. Jedynie Lorcan wbił wzrok w swój talerz, drapiąc się po karku, wyczuwając nadchodzącą burzę.

– Ja i Lysander… – spojrzała niepewnie na blondyna. – My będziemy mieli dziecko. Jestem w ciąży – powiedziała Rose patrząc poważnie na swojego ojca.

– Co? – zapytał cicho Ron, Hugo zastygnął z widelcem wypełnionym jedzeniem w połowie drogi do jego otwartych ust. Hermiona złapała głośno oddech.

– Powiedziałam – zaczęła Rose prostując się i unosząc dumnie głowę. – Że ja i Lysander…

Nie zdążyła dokończyć, kiedy Ron zerwał się z miejsca tak szybko, że jego krzesło przewróciło się z hukiem. Podszedł energicznym krokiem do okna, przykładając pięść do ust, by nie wrzasnąć, by nie krzyczeć, by nie wybuchnąć.

Wszyscy pozostali zastygli w jednej pozycji, zupełnie jakby najmniejszy ruch mógł rozwścieczyć Weasleya jeszcze bardziej.

– Zaufałem ci! – wskazał palcem na Lysandra, odwracając się energicznie. – Oddałem ci pod opiekę moje dziecko, a ty co? – syknął Ron.

Rolf i Hermiona wymienili zmartwione spojrzenia, niema dyskusja, kto powinien zainterweniować, gdyby sprawy wymknęły się spod kontroli, za to Luna przyglądała się Rose i Lysandrowi z zainteresowaniem, ale  nie dało się dostrzec na jej twarzy śladów zadowolenia bądź zawodu. Nieco rozbawienia, ale czy ktoś śmiałby być rozbawiony w tej sytuacji? Lorcan i Hugo wpatrywali się tępo w swoje talerze, zniesmaczeni nieco histeryczną reakcją Rona.

– Ron, rozumiem, że jesteś zdenerwowany, ale Rose to nie jest dziecko – powiedział spokojnie Lysander, podnosząc wzrok. Czy Rose nie była dorosłą kobieta i nie podejmowała swoich własnych decyzji? Warunki jego opieki nad Rose nigdy nie zostały mu sprecyzowane, ale nie była przecież małą dziewczynką. Miał ją chronić przed niebezpieczeństwem i to też zrobił. Czy nie przyznał otwarcie Harry’emu, że doszło między nimi do zbliżenia i powinien zostać odsunięty? Czyż to nie Harry świadomie postawił ich sobie na drodze w pełni znając ich przeszłość?

Ron prychnął, przeklinając cicho pod nosem, dreptając w tą i z powrotem, jakby próbował zdecydować czy powinien wyjść, krzyczeć, czy po prostu rzucić się na typa z pięściami.

– Kochanie, myślę, że powinieneś się nieco uspokoić… Jestem pewna, że Rose nam to jakoś wytłumaczy – powiedziała Hermiona świdrując córkę wzrokiem. Oddychała głęboko, starając się ze wszystkich sił, by jej głos nie zadrżał. Przecież wszystko jakoś się układało, przecież było dobrze i nawet po tym zerwaniu ze Scorpiusem nie było źle, nie wróciła do starych nawyków, więc dlaczego usilnie rujnowała sobie życie?

Rose spojrzała na nią ostro, gotowa by odpowiedzieć, ale poczuła dłoń Lysandra na swoim nadgarstku. Może miał racje, to nie był najlepszy moment na konfrontacje, ale jednego była pewna, Hermiona była ostatnia osobą, której zamierzała cokolwiek tłumaczyć.

– Chyba nie ma za wiele do tłumaczenia – mruknął Rolf, przyglądając się ze zmartwieniem to Rose, to Lysandrowi. – Jesteśmy dorośli, myślę, że wszyscy wiemy skąd się biorą dzieci…

– To prawda?! To, co od lat szeptano za moimi plecami? – syknął Ron, rzucając Lysandrowi mordercze spojrzenie.

Chłopak spojrzał na niego pytająco. O czym mogli mu szeptać od lat? Miał wrażenie, że powinien wiedzieć, czego dotyczy pytanie, ale za nic w świecie nic nie przychodziło mu do głowy.

– Nie jestem pewien, czy wiem, o czym mówisz… – zaczął, ale jego niewinna mina, jedynie rozjuszyła Rona jeszcze bardziej.

– Wiesz dokładnie o czym mówię! – strącił w złości wazon stojący na stoliku przy oknie.

Rose podskoczyła nerwowo spoglądając na Lysandra. Jej dobre przeczucie co do spotkania wyparowało, jak woda na pustyni i z każdą sekundą była coraz bardziej nerwowa. Czy doprawdy jej ciąża to aż taka tragiczna nowina? Czy nie powinni jej wspierać, nawet jeśli w zawodzie i niezadowoleniu? Czy nie powinni się cieszyć, że padło na Lysandra, zamiast na jakiegoś przypadkowego mężczyznę spotkanego w klubie? Jej ciało było napiętą struną, gotową do ucieczki w każdym momencie. Jej kości drżały między mięśniami, kiedy zerkała co chwilę na Lysandra, podziwiając w duchu jego opanowanie.

– Spałeś z moją córką, kiedy wciąż była twoją uczennicą, czy nie? – warknął Ron, czerwony ze złości.

Lysander spojrzał na niego zaskoczony, ale po chwili spuścił wzrok. Jego milczenie było dostateczną odpowiedzią i ostatnią kroplą, która przelała czarę goryczy.

– Ty gnoju! Ufaliśmy ci, prosiliśmy, byś się nią zajął! Traktowaliśmy cię niemal, jak członka rodziny!

– Tato, nie wydaje mi się, że to fair, by tak na to patrzeć – powiedział Hugo podnosząc się z miejsca, ignorując rozjuszone spojrzenie matki.

– Coś ty do mnie powiedział? – warknął Ron odwracając się do niego na pięcie, dyszał ciężko zaciskając pieści, gotów by komuś przyłożyć. Czy nie miał prawa być wściekły? Jego jedyna córka w ciąży z tak nędzną szumowiną! Zawsze przeczuwał, że opieka Lysandra była podejrzana, tak jak cała ich przyjaźń, ale kiedy tak pomagał Rose, jak mógłby jej tego zabronić? Głupi! Powinien był od razu się domyślić! Powinien był to skończyć zanim się zaczęło! Powinien był ją zatargać do domu choćby siłą, po tym nieszczęsnym zerwaniu z Malfoyem!

– Powiedziałem, że to nie fair patrzeć na to, jak na romans nauczyciela z uczennicą – powiedział Hugo głośniej, dumnie unosząc głowę. – Rose i Lys znali się długo przed tym, jak dostał pracę w szkole i chodzili ze sobą długo przed tym, jak dostał pracę w szkole – dodał spokojne. Chodzenie było raczej wielkim naciągnięciem faktów, ale czy detale miały teraz jakieś znaczenie? Rose była w ciąży i nic nie mogło tego zmienić. Spojrzał na wdzięczny wyraz twarzy Rose i wiedział, że warto było stanąć w jej obronie. Czy nie powinni się wspierać? I czy jego rodzice do prawdy nie przesadzali? Czy woleliby, aby Rose była w ciąży z powiedzmy Scorpiusem, którego imienia nie wolno było nawet wymawiać w tym domu, odkąd się okazało, że zdradził Rose?

– Myślę, że wszyscy powinniśmy się uspokoić – powiedział poważnie Rolf. – Jakby nie patrzeć, co się stało, to się nie odstanie. Musimy teraz myśleć o przyszłości…

– Przyszłości? – prychnął Ron. – Jakiej przyszłości? – spojrzał z odrazą na Rose i Lysandra.

– Tato! – zirytował się Hugo. – Przestań się zachowywać, jakby to był koniec świata. To tylko ciąża!

– Tylko? Nic nie wiesz o życiu! Ani ty, ani twoja siostra!

– Gdyby to Kate była w ciąży nawet nie mrugnąłbyś okiem! – zirytował się Hugo. – Czym Rose się od niej różni?

Ron zaśmiał się gorzko rzucając córce jedno znaczące spojrzenie.

Rose podniosła się z miejsca, wyrywając nadgarstek z uścisku Lysandra. Była spokojna, ale ileż mogła słuchać tych rodzicielskich mądrości? Czy to nie oni byli głównym motorem napędowym wszystkiego, co poszło nie tak w jej życiu?

– A co ma niby znaczyć? – zapytała mrużąc oczy.

– Rose, usiądź, myślę, że na dziś powiedziałaś już wystarczająco – Hermiona zmierzyła ją wzrokiem. Czy mogła ukrywać swój zawód raz za razem? Dlaczego musiała wciąż rujnować swoje życie i życie całej rodziny? Czy nie rozumiała, że wszystko, co dotyczyło jej, dotyczyło wszystkich?

– A co ja takiego powiedziałam? To, że jestem w ciąży? Co was to interesuje, to nasz problem, nie wasz!

– A od kiedy twoje problemy nie są nasze? – prychnął Ron. – Od lat nie robimy nic, oprócz nieudolnych prób naprawiania twoich błędów i twojego życia!

– Ha! – Rose zaśmiała się w głos. – W jednym masz rację. Wszystko, co robiliście dla mnie było nieudolne! – syknęła chłodno, zaskoczona z jak wielką łatwością przechodziło jej to przez gardło. – Ucieszysz się więc, że od dziś nie musicie się czuć zobowiązani do jakiejkolwiek pomocy, wręcz was z niej zwalniam i życzę wam powodzenia w życiu!

– Tak? – prychnął Ron. – I gdzie pójdziesz? Co zrobisz? Jak dasz sobie rade z dzieckiem? Nie potrafisz nawet zając się sobą!

– Ron, myślę, że już wystarczy – wtrącił spokojnie Rolf, ale podniósł się z miejsca, górując wzrostem nad Weasleyem.

Ja zajmę się Rose i naszym dzieckiem – powiedział Lysander, zanim dziewczyna zdążyła otworzyć usta. Rozumiał dlaczego Weasleyowie mogli być wściekli na niego. Mieli prawo czuć do niego żal, jakby nie patrzeć, obiecał im przed laty, że będzie się o nią troszczył i w pewnym sensie złamał dane im słowo. Ale dlaczego mieli żal do Rose? Czy nie powinni jej wspierać? Rozumiał, mogli być zaskoczeni. Mieli prawo nie być zadowoleni. Ale ich wręcz nienawistna reakcja zupełnie go zaskoczyła.

– Co? Zamierzacie mieszkać razem? Pobrać się? Udawać wielką szczęśliwą rodzinkę? – zapytał kpiąco Ron.

– Nie, udawanie idealnej, szczęśliwej rodziny to wasza broszka – rzuciła chłodno Rose.

– Tylko dlatego, że ty wiecznie byłaś niezadowolona, nie znaczy, że my byliśmy nieszczęśliwi! Hugo nigdy nie narzekał! Zawsze to ty miałaś jakiś nieopisany problem! I jeszcze teraz Lysander – wypowiedział imię chłopaka z taką niechęcią, jakby ociekało śluzem. – Mężczyzna, któremu zaufaliśmy. Przysięgałeś nam, że nigdy do niczego nie dojdzie, że traktujesz ją jak młodszą siostrę! Jeśli tak traktujesz młodszą siostrę wolę nie wiedzieć, jak potraktujesz swoje dziecko!

– Wystarczy, okej?! – warknął Lysander, podnosząc się z miejsca. – Popełniałem błędy, przyznaję. Jesteś zawiedziony, rozumiem. Ale chyba trochę przesadzasz!

– Ja przesadzam? Zaciągnąłeś ją na swoją kanapę…

– Nikogo nigdzie nie zaciągałem! – wybuchnął Lysander, kląć w duchu, że tak łatwo dał się podpuścić i ściągnąć do tak grubiańskiego poziomu. – Nie muszę ci przypominać, że to wy zniechęciliście do siebie Rose wystarczająco, by wolała koczować przez kilka miesięcy na mojej kanapie, zamiast we własnym łóżku w waszym domu!

– Wreszcie się okazuje kim naprawdę jesteś! Zwykłym, nic nie wartym skurwysynem! Harry popełnił błąd, że ci zaufał…

– Harry? – zaśmiał się Lysander. Tak bardzo chciał mu wykrzyczeć, że Harry wiedział wszystko, że nie odwołał go nawet kiedy przyznał, że spędził z nią noc. Ba! Był szczerze zaskoczony, że tylko jedną! I Harry miałby tu być wzorem niewinności, zdradzonym przez Lysandra? Gdyby tylko sprawy Zakonu nie były dla niego tak ważne, wygarnąłby Ronowi wszystko, co leżało mu na sercu!

– Śmiesz śmiać mi się w twarz na wspomnienie człowieka, który ci zaufał? Tylko udowadniasz mi jak mało jesteś wart, jak nienormalny jesteś! Ale czego się można było spodziewać? Nic dobrego nie mogło wyjść z Pomyluny!

– Ron! – Hermiona zakryła dłonią usta.

– Wypraszam sobie! – oburzony Rolf odszedł od stołu tak energicznie, że jego krzesło przewróciło się na podłogę.

– Nie mów tak do mojej matki! – warknęli Lorcan i Lysander jednocześnie.

– Wychodzimy – warknął cicho Rolf, pod, dysząc ciężko. Rodzicielskie zawody bywały bolesne, tak, ale wszystko miało swoje granice. Wyciągnął dłoń do Luny, która wzięła ją, wciąż milcząc, przyglądając się wszystkim z zainteresowaniem. – Dzieci!

Lorcan podniósł się z miejsca i ruszył za ojcem, bez słowa pożegnania, choćby najmniejszego skinienia głową. Nieważne, jak zaskoczeni ciążą Rose byli Weasleyowie, nic nie dawało im prawa, by traktować Lunę w taki sposób, zwłaszcza, że jako jedyna nie brała udziału w dyskusji.

Lysander postawił krok od stołu, ale odwrócił się i spojrzał na Rose. Wyciągnął przed siebie dłoń, patrząc na nią wyczekująco.

– Rose?

Spojrzała na niego niepewnie, oddychając ciężko.

– Śmiało! Idź sobie z nim! – warknął Ron. – Ale jeśli wyjdziesz to możesz już nie wracać! Jeśli postawisz krok poza próg tego domu, możesz przestać nazywać się moją córką!

– Ron! Przestań! – skarciła go Hermiona. – Rose, zaskoczyłaś nas! Myśleliśmy, że wreszcie układałaś sobie życie… Że zaczynasz wychodzić na prostą… Myśleliśmy, że wreszcie zaczynasz dorastać, a tu to

– Jak na wyjaśnienia, to brzmi zupełnie, jak oskarżenia – powiedziała cicho Rose, jej gardło nagle wąskie i ciasne. Spojrzała na Lysandra, potem na jego rodziców, czekających przy kominku.

Ron prychnął cicho, odwracając się do niej plecami. Postawił krok do przodu, zatrzymał się na chwilę, po czym wyszedł z jadalni energicznym krokiem.

– Rose – zaczęła Hermiona podchodząc bliżej. – Rosie… Ta ciąża… Myślisz, że to jest dobry pomysł? Zwłaszcza teraz? Teraz jest tak wiele opcji…

– Co? – wydukała dziewczyna.

– Mamo! – oburzył się Hugo.

– Dzieci! Na nas już czas! – powiedział Rolf.

– Rose, idziemy! – powiedział Lysander unosząc dłoń nieco wyżej, rzucając Hermionie zniesmaczone spojrzenie.

Rose spojrzała na zmartwioną Hermionę, na rozeźlonego Hugo, na miejsce, w którym przed chwilą stał jej ojciec. Spojrzała na Lysandra i nie musiała pytać, by wiedzieć, że miał ochotę kogoś zamordować. Jego usta zaciśnięte były w prostą kreskę, jego ramiona były sztywne i napięte. Lorcan stał między nim, a kominkiem, z pogrzebową miną. Luna uśmiechała się do niej lekko, a Rolf patrzył na nią wyczekująco, co chwile wskazując wzrokiem kominek. I nagle ją olśniło. Rolf  zawołał dzieci, nie chłopców. I kiedy mówił dzieci nie miał na myśli tylko swoje dzieci. Miał na myśli i Rose.

– Na razie, Hugo – powiedziała cicho, chwytając wyczekującą dłoń Lysandra.

– Rose, zaczekaj! To nie tak! Ja nie chciałam… – zaczęła Hermiona, ale Scamanderowie, z Rose i Lysandrem na czele, zaczęli znikać w zielonych płomieniach kominka.

 

 

***

Ludovico Einaudi – Primavera

– Skandal – syknął Rolf, gdy wszyscy Scamanderowie, wraz z Rose po kolei wyskakiwali z kominka. –  Jak on śmie! – wyciągnął z kieszeni szaty  długą, drewnianą fajkę i nerwowym machnięciem różdżki ją zapalił. Odwrócił się energicznie do Luny, kręcąc nosem. – Bezczelność! Nawet jednego dobrego słowa!

Kobieta uśmiechnęła się lekko podchodząc do męża i pogłaskała jego ramię.

– Nie przejmuj się. Był zdenerwowany. Za parę dni przejdzie mu złość i zrobi mu się wstyd – powiedziała spokojnie, po czym odwróciła się do Rose. – I nie martwiłabym się tym, co powiedział o nie byciu jego córką. Kiedy przejdzie mu złość, sam do ciebie przyjdzie. Wciąż pamiętam jego małe napady złości ze szkoły.

Rose przestąpiła nerwowo z nogi na nogę. Przynajmniej podróż Fiuu nie okazała się tradycyjnie już nieprzyjemna. Ale co miałaby odpowiedzieć Lunie? Że wcale nie chciała, żeby jej ojciec do niej przychodził? Czy nie powiedział, że byli bez niej szczęśliwsi? Może powinna przestać desperacko trzymać się rodziny opuszkami palców, może powinna odpuścić i zacząć żyć tą nową, którą już niedługo mieli stworzyć z Lysandrem. Wbiła wzrok w czubek swoich butów, nie zwracając nawet uwagi na toczącą się rozmowę.

Podeszła do okna, wbijając wzrok w dziki ogród wokół domu. Słońce powoli chowało się za zielonymi wzgórzami, rzucając złotawą poświatę na wszystkie dziwaczne rośliny okupujące ogród Scamanderów. Tuż przy oknie rosły kwiaty i zioła, te nieszkodliwe i przyjemne. Dopiero wczoraj poprosiła Lysandra o korepetycje, dopiero wczoraj objaśniał jej jak poruszać się po ogrodzie, by uniknąć potencjalnych zagrożeń. Im dalej od domu, tym są niebezpieczniejsze, a tych w metalowej zagrodzie w ogóle nie ruszaj, to wynalazki dziadka i szczerze, nawet mama nie wie, co to do cholery jest.

Francja, Lysander i powrót do Hogwartu zdawały się być w jakimś poprzednim życiu. Potem znów Lysander i Scorpius, całe lata Scorpiusa. A teraz? Położyła dłoń na brzuchu, wzdychając cicho. Jej ojciec miał rację. Do tej pory nie wykazywała szczególnych zdolności w zajmowaniu się samą sobą. Czy będzie potrafiła zając nie kompletnie zależnym od niej życiem? Nie była jak Eva, która mogłoby się zdawać, urodziła się gotowa na trudy macierzyństwa.

– Dobrze się czujesz? Nic się nie odzywasz – poczuła dłoń na ramieniu.

Odwróciła głowę, Lysander stał tuż za nią, poprzeczna zmarszczka między brwiami zniekształcała jego zazwyczaj pogodny wyraz twarzy. Spojrzała w głąb salonu, zaskoczona brokiem Luny i Rolfa. Lorcan stał nieopodal przyglądając się jej ze zmartwieniem.

– Czuję się świetnie – odpowiedziała starając się na obojętny ton.

– Mama przygotowuje ci napar z rumianku – powiedział głaskając jej ramię. Czy tego chciał, czy nie, teraz była pod jego opieką i na jego odpowiedzialności. Jego przerażenie było wprost proporcjonalne do reakcji Rona, ale to nie był czas na rozmyślania o tym, co poszło nie tak. – Zakładam że wcale nie słuchałaś, tata upiera się, żebyś została tutaj, dopóki nie ustalimy jakiegoś planu i wziął twoje milczenie, jako zgodę.

– Chcesz mnie tu zostawić samą? – wydukała Rose.

Lysander i Lorcan zaśmiali się wymieniając znaczące spojrzenia.

– Kiedy tak mówisz, ktoś mógłby pomyśleć, że wystawiliśmy cię na ulicę i kazali radzić sobie samej – powiedział rozbawiony Lorcan. – Tata uważa, że mama zajmie się tobą lepiej niż Lys i ciężko jest się nie zgodzić. Pizza to wbrew temu, co może wam się wydawać, nie jest pełnowartościowy obiad.

Lysander wywrócił oczami, ale powstrzymał się od komentarza.

– Nie martw się. Zostanę tu z tobą – powiedział. – Będziesz spała w starym pokoju Lorcana. Podobno bardziej nadaje się dla gości niż mój… – urwał, coś w pomieszczeniu zaczęło pikać.

Wsadził dłoń do kieszeni i wyciągnąć z niej małe, plastikowe urządzenie.

– Pager? – zdziwiła się Rose.

– A ty skąd wiesz? – zapytał przyglądając się urządzeniu.

– Oglądałam nieco mugolskich filmów. Przeważnie używają ich mugolscy medycy, nie? A ty na co go potrzebujesz? – przyglądała mu się podejrzliwie.

– Pomysł Harry’ego, by usprawnić prace w nagłych przypadkach – wymamrotał. – Rose, muszę iść do Biura. Harry mnie potrzebuje. Lorcan z tobą zostanie, co nie? – spojrzał pytająco na brata.

– Tak jest, kapitanie – Lorcan zasalutował teatralnie.

 

 

***

Ellie Goulding – I know you care

 

 

Brudne naczynia z niedokończonej kolacji stały nietknięte na stole, jakby wszyscy biesiadnicy nagle gdzieś wyparowali bez żadnego ostrzeżenia. Krzesła, wciąż leżały na podłodze, nikt nie dbał o to, by je poprawić, kiedy nawet Hugo wyszedł trzaskając drzwiami. Hermiona usiadła w fotelu przed kominkiem z butelką wina przygotowaną do posiłku. Powinna była się zorientować, kiedy Rose odmówiła choćby kropli.

Ron podszedł do niej powoli, kładąc dłoń na jej ramieniu.

– Co my teraz zrobimy? – zapytała cicho, opierając policzek na dłoni.

– Nie wiem – mruknął Ron, po czym usiadł na podłodze, opierając się plecami o oparcie fotela, na którym siedziała Hermiona.

– Wiesz, – zaczęła wypijając kilka łyków wina, ­– w jednym miał rację. Rose nie jest już dzieckiem – powiedziała wbijając tępo wzrok w syczące węgielki kominka. – Powinnam była się domyślić… Najpierw to zebranie w Norze i mama była tak niezrozumiale dla niego miła. A przecież zawsze miała go za lekkoducha, który chce uwieść wszystkie jej piękne wnuczki. I potem ten nagły pomysł z kolacją, na którą musiał być zaproszony. I wino. Nie chciała się napić wina… To nasza wina, tak naprawdę. Nazbyt zaufaliśmy młodości, zapomnieliśmy już jak to jest, kiedy ma się wióry zamiast mózgu…

Ron prychnął cicho. Odchylił głowę do tyłu i wbił wzrok w sufit, szukając jakiegoś bóstwa, które mógłby obwinić za całą sytuację, za ostatnie dwadzieścia lat, kiedy wszystko szło nie tak, kiedy w grę wchodziła Rose. Może po prostu urodziła się w złym momencie? Może te gwiazdy pod którymi przyszła na świat były tymi pechowymi? Jeśli są tacy, którzy rodzą się pod szczęśliwą gwiazdą, muszą też być i tacy, którzy rodzą się pod tą nieszczęśliwą.

– Harry! – wydukała zaskoczona Hermiona, gdy w komiku wybuchły zielone płomienie i energicznym krokiem wyskoczył z nich Potter.

– No? – zapytał rozjuszony, dysząc ciężko.

– Coś się stało? – Ron zerwał się z miejsca.

– Ty mi powiedz! – warknął Harry. – Właśnie rozmawiałem z Lysandrem! To prawda?

Ron i Hermiona wymienili krótkie spojrzenia. Kobieta spuściła wzrok unosząc brwi, wbijając go w kieliszek wina, który dopiła niemal jednym susłem.

– Tiaa – prychnął Ron, czerwieniąc się na samo wspomnienie rodzinnej kolacji. Skrzyżował ramiona na piersi, siadając na oparciu fotela Hermiony. – Przynajmniej miał tyle cywilnej odwagi, żeby samemu ci o tym powiedzieć! – syknął. ­– Powinienem był wiedzieć, żeby nie ufać typkowi…

– Czy wam już zupełnie odbiło?! – zapytał  Harry z zimną furią i narwaną ciekawością w głosie.

– Co? – wydukał zaskoczony Ron.

– Powiedz mi, że nie wyrzuciłeś Rose z domu! – Harry świdrował go wzrokiem.

– Teoretycznie, nie możesz wyrzucić z domu kogoś kto i tak w nim nie mieszkał. Poza tym, sama sobie poszła – odpowiedział z pogarda Ron, unosząc dumnie głowę.

Sama sobie poszła? – powtórzył z niedowierzaniem Harry. – Czyli nie powiedziałeś jej, że jeżeli wyjdzie to przestanie być twoją córką? – zapytał, choć odpowiedź wypisana była na całej purpurowej twarzy Weasleya.

– Co z tego, że to powiedziałem! Tyle zawodów ile myśmy przez nią…

– Zawodów? ZAWODÓW?  Czy ciebie do reszty już pojebało? – Harry złapał się na głowę, nerwowo zaciskając dłonie na niesfornej czuprynie. Opuścił je energicznie, rzucając ostre spojrzenie Hermionie, która nawet na niego nie patrzyła, dolewając sobie jedynie więcej i więcej wina, najwyraźniej konkurując sama z sobą, kto najszybciej opróżni butelkę. – Co to za zawody, które musiałeś znosić, co? To, że się pogubiła, jako nastolatka w obcym kraju? JA mogę mówić o zawodzie! MÓJ SYN zapłodnił swoją dziewczynę w wieku siedemnastu lat i miał na nią wyjebane! A kiedy urodziła się jego córka? HA! Na nią miał jeszcze bardziej wyjebane! Ale nigdy mu nie powiedziałem, że nie ma prawa nazywać się moim synem! Nawet wtedy, kiedy był oskarżony o próbę zabójstwa!

– Harry, proszę cię, oszczędź, to był naprawdę długi dzień – mruknęła Hermiona.

– Dla Rose jeszcze dłuższy! – syknął Potter.

– Harry… – zaczęła Hermiona, zmieszana, ale ten  nie miał zamiaru przerywać swojego wywodu.

– Rose to wasze dziecko! Nie wierze, że jej zasugerowałaś aborcję, Hermiona, ty ze wszystkich ludzi! Czy wy jesteście normalni?! Rose jest dorosłą kobietą! I zaszła w ciążę z kimś, kto był właściwie i tak częścią tej rodziny! Z kimś, kto zamierza się nią zająć i TO jest wasza reakcja! Zwłaszcza teraz? Teraz?

Zwłaszcza teraz! – warknął Ron. – Jesteśmy praktycznie na skraju kolejnej wojny! Francuzi wciąż udają, że wszystko jest w porządku, pieprzona powtórka z pomyłki Knota! Wiesz, że ci ludzie mają wsparcie tych gnoi, których nie zdołaliśmy wyśledzić i wyłapać! To dziecko jeszcze się nie urodziło, a już jest pod ostrzałem!

– Czy ty siebie słyszysz? A co z Grace? Powinien powiedzieć Evie, że powinniśmy zafundować jej Kedavrę, no wiesz, bo jest takie zagrożenie, że ktoś i tak prędzej, czy później ją dopadnie? Rożnica, między dzieckiem Rose, a Grace jest taka, że Grace nie ma tego komfortu, że jej ojciec auror jest tuż przy niej, by ją ochronić. Powinniście się cieszyć!

– Cieszyć? Zaufaliśmy Lysandrowi! – Ron zerwał się z miejsca.

– Litości! – Harry wywrócił oczami. – Mówisz tak, jakbyś nie podejrzewał od samego początku, że to nie była tylko przyjaźń! Nie zaprzeczaj! Wiedziałeś, jak to się może skończyć, ale zaryzykowałeś, bo jej bezpieczeństwo było dla ciebie ważniejsze od jej czystości! Co się z wami stało?! Zaczynam myśleć, że może Rose naprawdę miała jakieś powody, żeby tak dogłębnie was nienawidzić! – przyłożył dłoń do serca, zaciskając palce. – Jest mi za was wstyd! Nigdy bym nie pomyślał, że wyrzekłbyś się własnej córki! A ty Hermiona? Argh…

– Harry! – wrzasnęła Hermiona, kiedy Potter zgiął się w pół. Podbiegła do niego szybko. – HARRY!

 

 

***

Iron and Wine – Upward and over the mountain

 

 

Tydzień później.

– Jak się czuje Harry? – zapytała Rose, opierając się o kuchenkę.

– Jest znacznie lepiej. Mają go wypuścić jutro z rana – odpowiedział wyciągając pustą szklankę z szafki nad zlewem. – Ale powinien na siebie uważać. Nie jest już nastolatkiem. Miał dużo szczęścia, że to tylko stan przedzawałowy. Następnym razem los może nie być tak łaskawy. – mruknął napełniając szklankę wodą z kranu. Uniósł ją do ust i wypił kilka łyków. – Rose, chciałem z tobą porozmawiać o trzech rzeczach – powiedział poważnie, podnosząc wzrok.

Zmarszczyła brwi, krzyżując ramiona na piersi. Kiedy tak na nią patrzył, wiedziała, że nie mógł przynieść jej dobrych wieści. Nie mogły być tragiczne, nie prosił jej, by usiadła. Ale jego mina mówiła sama za siebie, zamierzał powiedzieć jej rzeczy, które najpewniej nie miały jej się spodobać. Wzięła głęboki oddech, oczekując na słowny cios.

– Znalazłem dom w Hogsmeade – powiedział, po czym znowu napił się nieco wody. – Możemy pójść po południu go obejrzeć.

– Łał – powiedziała unosząc brwi. – To było szybkie – uśmiechnęła się.

– Kocham moich rodziców i dziadka, ale jeszcze jeden tydzień w tym miejscu i przysięgam, że zwariuję! – zaśmiał się. – Wydaje mi się, że jest całkiem niezły. Nie jest wielki, ale wydaje mi się, że dla nas wystarczy. Trzy sypialnie, dwie łazienki. Niewielki ogródek. Jest umeblowany.z czasem,może możemy nieco zmienić wystrój, jeżeli pieluchy nie pogrążą naszego budżetu.

– Powinnam się martwić, że zacząłeś od dobrych wieści? – zapytała przyglądając mu się uważnie.

– Za dobrze mnie znasz – uśmiechnął się pod nosem wbijając wzrok w trzymaną w dłoni szklankę. Westchnął cicho, wkładając ją do zlewu i spojrzał poważnie na Rose. – Jest coś, co chciałbym ci powiedzieć – zawahał się. – Harry nalegał, bym nic ci nie mówił. Ale wydaje mi się, że jest tylko jeden sposób, by się upewnić, że nie zrobisz nic głupiego, i jest to postawienie faktów jasno.

– Nic głupiego? – spojrzała na niego ostro.

– Bardzo cię proszę, wysłuchaj mnie zanim zaczniesz we mnie rzucać talerzami, bądź zaklęciami – westchnął, uśmiechając się smutno.  – I proszę zrozum, że to co ci teraz mówię jest tak tajne, że tylko wybrani Aurorzy w ogóle o tym wiedzą, jeszcze mniej ma dostęp do danych. Więc bardzo cię proszę, żebyś nie powtarzała tego nikomu, zwłaszcza twojemu kuzynostwu, bądź Evie, Elaine i reszcie.

– Jeśli to takie ściśle tajne, to czemu jest to niezbędne, żebym ja to wiedziała?

Lysander westchnął głośno spoglądając w bok. Był pewien, że gdyby Harry zechciał, mógłby podciągnąć tą nielojalność pod zdradę interesu narodowego, ale w tym momencie cały naród mógł pójść do diabła.

– Francja jest na skraju wojny domowej. Ich Minister Magii wszystkiemu zaprzecza, zupełnie, jak niegdyś Knot – powiedział cicho Lysander. – Harry, oczywiście, jest świadomy, jakie to niesie zagrożenie dla nas, jeśli ciemna strona wygra. Mamy powody przypuszczać, że i kilku niegdysiejszych Śmierciożerców też jest w to zamieszana. Było wielu uznanych za zmarłych, choć nie odnaleziono ciał. Kingsley uważa, ze mogą szykować się do przewrotu i tutaj – spojrzał na nią poważnie.

– No ale co to ma wspólnego ze mną?

– Rose, mamy powody przypuszczać, że Delaitre jest w to zamieszany i bynajmniej nie jest tylko szeregowym żołnierzem.

– Co? – wydukała.

– Ciężko jest uzyskać informacje, kiedy tamtejsze Ministerwo wszystkiemu zaprzecza i utrudnia nam zdobywanie informacji, ale… Jesteś córką swoich rodziców, bohaterów wojennych, czy im się to podoba, czy nie. I myślę, że powinnaś wiedzieć, zwłaszcza teraz. Delaitre zdaje się mieć pewnego rodzaju sentyment do ciebie. A teraz, kiedy… Po prostu nie chcę, żeby coś ci się stało. Albo dziecku – spuścił na chwilę wzrok, po czym spojrzał jej w oczy. – Zwłaszcza dziecku. Nie sądzę, że będzie na tyle głupi, aby znów się tu pojawić, po ostatnim razie, kiedy go zobaczyłaś. Ale wiesz, co mówią. Strzeżonego pan Bóg strzeże.

Rose przyłożyła dłonie do brzucha, marszcząc czoło. Dawno temu zamknęła Delaitre’a w rozdziale zatytułowanym Przeszłość, ale najwyraźniej ten rozdział wcale nie chciał być zamknięty, wracał jak bumerang w najmniej odpowiednich momentach, by dręczyć ją i zatruwać powietrze. Czy tak miało wyglądać jej życie? Nieustanne oglądanie się za siebie, nieustępujący strach, że gdy tylko odwróci na chwilę wzrok, będzie musiała przejść przez piekło podobne do Molfayów?

– Maya – wyszeptała.

Lysander kiwnął nieznacznie głową.

– Pomyślałem o tym samym – przyznał cicho. – Zrobię, co w mojej mocy, żeby was ochronić, Rose – powiedział podchodząc bliżej. Złapał ją za ramiona i spojrzał na nią poważnie. – Nie martw się na zapas. Naprawdę nie wydaje mi się, że jest jakieś bezpośrednie zagrożenie na ten moment. Po prostu miej się na baczności i jeśli coś zdaje się być nie tak, od razu wracaj do domu, do Nory, do domu Potterów, Evy, gdziekolwiek przyjdzie ci pierwsze do głowy. Kiedy się przeprowadzimy, Harry nałoży na dom podobne zabezpieczenia, jak te w domu Evy. I w razie wątpliwości, zawsze możesz się skonsultować z Mruczkiem, kiedy mnie nie będzie w domu.

– Z Mruczkiem? – zapytała z niedowierzaniem. – Wiesz co, do tej pory myślałam, że jesteś poważny, ale teraz się zastanawiam – zmarszczyła brwi. – Czy ty coś dzisiaj brałeś?

– Nie. By być całkowicie szczerym, jestem zaskoczony, że do tej pory się nie zorientowałaś. Kiedy przyniosłem go Scorpiusowi, wiedział od pierwszego spojrzenia, że to nie jest zwykły kot. I nie patrz na mnie tak słodko, wiem, że to brzmi dziwnie. Nie chciałem dać ci kota osobiście, bo wiedziałem, że Scorpius najprawdopodobniej by się go pozbył. Poza tym, jeśli to by nie było dziwne, to nie wiem co jest.

– Ty w tym momencie na przykład – skwitowała, na chwilę zapominając o wiszącej w powietrzu wojnie i Delaitre’ze. Czy to możliwe, że przez te tygodnie kiedy mieszkali razem, nie zauważyła, że Lysander miał poważny problem?

– Kapitan Mruczek to Kuguchar i eksperyment. Kuguchary są świetnymi zwierzakami domowymi, i jeszcze lepszymi Fałszoskopami. Mruczek był w pewnym sensie zaprogramowany na ciebie. Dlatego tak się zmartwiłem, kiedy usłyszałem, że zaatakował Scorpiusa. Potem nie pozwalał mu się do ciebie zbliżyć. Zaczynałem się martwić, że może… Okazało się, że jego zdrada była w czysto fizycznym wymiarze.

Mruczek zamiauczał głośno w wejściu do kuchni. Rose i Lysander spojrzeli na niego. Podszedł leniwie do pary, wskoczył na blat i otarł się o ramię Rose, mrucząc przy tym cicho, jakby chciał jej powiedzieć, że wszystko się jakoś ułoży, że nie jest sama, że zawsze ją ochroni.

– Chciałeś mi powiedzieć trzy rzeczy – powiedziała w końcu zrezygnowana. – Zostawiłeś prawdziwą bombę na sam koniec?

– W pewnym sensie – powiedział puszczając jej ramiona. Odwrócił się do niej plecami, spoglądając w sufit. – Tego wieczora, kiedy zabrali Harry’ego do szpitala, powiedziałem mu, że jesteś w ciąży. Był wściekły na twoich rodziców.

– Więc to wina moich rodziców? – zapytała niepewnie, zastanawiając się, jakiej opowiedzi od niej oczekiwał.

– To wina wszystkiego, co się dzieje, ale… długo rozmawialiśmy o tobie, o dziecku, o mnie, o nas – odwrócił się do niej ponownie. – I Harry zasugerował coś, co w pierwszym odruchu wydało mi się kompletnym szaleństwem, ale kiedy tak dokładnie sobie to wszystko przemyślałem, może w tym szaleństwie jest metoda.

– Merlinie, uparłeś się dziś, żeby być tajemniczy i dziwny – pokręciła głową z irytacją.

– Harry zasugerował, że, biorąc pod uwagę wszystkie możliwe niebezpieczeństwa, może powinniśmy się pobrać.

– Co? – wydukała zaskoczona, czując jak cała krew odpływa z jej twarzy.

– Merlinie, tylko mi tu nie mdlej – zaśmiał się Lysander. – Nie kocham cię, Rose. Wiesz o tym. I ty nie kochasz mnie. To też jest jasne, jak słonce. Ale skoro żadne z nas nie może być z osobą, z którą chcielibyśmy być… Schrzaniłem wiele w życiu i to dziecko… to dziecko, mam nadzieje, nie będzie jedną z nich. Zdecydowaliśmy się zamieszkać razem. Wiec pomyślałem, że Harry może mieć racje. Może moglibyśmy przynajmniej spróbować dać mu prawdziwy dom, prawdziwą rodzinę. To tylko sugestia oczywiście. Jeśli wydaje ci się, że to głupi pomysł, to też w porządku. Po prostu przemyśl to.

– A co jeśli nie wyjdzie? – zapytała słabo Rose. – Rozwody to paskudny biznes.

– Jak już wspomniałem Rose, my się nie kochamy. Jeśli któregoś dnia zdecydujesz, że będziesz szczęśliwsza z kimś innym, masz moje błogosławieństwo i krzyżyk na drogę. Tak długo, jak dziecko będzie szczęśliwe. Poza tym, tak jak powiedziałem, nie czuj się zobowiązana do niczego. To tylko sugestia – położył dłoń na jej brzuchu i uśmiechnął się lekko. – Merlinie, nie bądź taka przerażona – zaśmiał się. – Jestem pewien, że to tylko pierwszy z setek szalonych pomysłów, jakie przyjdą nam do głowy, próbując ułożyć jakiś plan na przyszłość. – odsunął się nieco i spojrzał na nią poważnie. – Muszę wracać do pracy. Powinienem wrócić kolo czwartej, jeśli będziesz chciała, możemy pójść zobaczyć ten dom w Hogsmeade.

– O-okej – mruknęła wpatrując się tępo w Lysandra.

– Rose, mówię poważnie, po prostu to przemyśl. Nie zamierzam cię siłą ciągnąć do ołtarza – zaśmiał się Lysander. – Ale pomyśl, jak szczęśliwy byłby twój ojciec – dodał, puszczając jej oko, po czym zniknął w korytarzu.

 

 

***

Hans Zimmer – Interstellar Main Theme

 

 

Tydzień później.

Kap. Kap. Kap. Krople deszczu dudniły za oknem w rytm marszu, jakby przepowiadając ponure nowiny. Choć było ledwie popołudniu, pokój wydawał się ciemny, gdy słońce chowało się za ciemnymi burzowymi chmurami. Płomień świecy stojącej na stoliku obok łóżka drżał niepewnie, tak jak płomień życia leżącej obok kobiety.

– Cyziu, mogę ci coś przynieść? Może herbaty? – wyszeptała Astoria drżącym głosem, ściskając dłoń starszej kobiety.

Narcyza uśmiechnęła się przymykając oczy. Zmęczenie zamykało jej usta, więc wydała w odpowiedzi bliżej nieokreślone mruknięcie.

– Mamo?

Narcyza otworzyła oczy, biorąc głęboki wdech. Spojrzała na synową nieobecnym wzrokiem, jej umysł umykał gdzieś w ciemnościach na drugą stronę.

– Wy…Wybaczysz mi? – wychrypiała.

– Nie ma nic do wybaczania – wyszeptała Astoria, całując dłoń kobiety, wciąż ściskając ją między swoimi palcami.

– Och… Ależ jest… – wydyszała. – Nie trak…towałam cię… Jak należało… Ale ty… Ty byłaś zawsze… Myślałam, że byłaś sła…ba. Że Draco… powinien znaleźć… inną…. Żonę… Ale ty… Ty trzymała… tą rodzinę… razem…

– Nie mów tak, Cyziu. Odpoczywaj – wyszeptała, ignorując łzę, która popłynęła po jej policzku.

Dwadzieścia lat wcześniej przysięgała, że nigdy nie pokocha Narcyzy, jak rodziny. Dwadzieścia lat wcześniej przysięgała, że nigdy nie nazwie jej matką. Dwadzieścia lat wcześniej lubiła składać obietnice bez pokrycia. I dziś, siedząc na brzegu łóżka w tym ciemnym pokoju, kiedy w myślach modliła się do wszystkich znanych jej bóstw, by mogła choć jeszcze przez chwilę nacieszyć się matką, wreszcie widziała wyraźnie jak nigdy wcześniej, że czas nie zna litości. Minęły lata, odkąd była zmuszona żegnać się z kimś bliskim po raz ostatni i niemal zapomniała, że śmierć czyha na nas wszystkich, że nie ma przed nią ucieczki.

– Gdybym miała córkę… – wychrypiała Narcyza mrużąc oczy. – Gdybym… Ja… Jestem dumna… Że jesteś… Żoną Draco…

Łzy popłynęły nieproszone, niczym ten deszcz za szybą. I kap. Kap. Kap. Prosto na jej spódnicę, niespostrzeżenie.

Drzwi otworzyły się cicho gdzieś z tyłu z cichym skrzypnięciem.

– Już jestem – powiedział cicho Draco podchodząc do łóżka, kładąc dłoń na czole matki, głaszcząc ją delikatnie, jakby mogło to w jakiś sposób ukoić ból. Usiadł obok Astorii, kładąc jedną dłoń na jej ramieniu.

– Narcyza – Eva wyszeptała, czując gigantyczną gulę w gardle. Podeszła do łóżka, chwytając wolną dłoń kobiety i całując ją krótko. Odsunęła się do tyłu bez słowa, zapominając tekst pięknego pożegnania, które układała w głowie, pędząc tu co tchu. Dźwięki ugrzęzły w gardle i nic prócz cichego szlochu, nie zdołało przedrzeć się na powierzchnię.

– Babciu – Scorpius usiadł na łóżku naprzeciwko Astorii, chwytając wolną dłoń Narcyzy.

– Scorpius… – wydyszała uśmiechając się lekko. – Mój chłopiec…

– Tak – chłopak uśmiechnął się do niej, choć ta miała zamknięte oczy i nie mogła go zobaczyć. – Jestem tu.

Minęła minuta, potem druga wypełniona cichym szlochem, nieregularnym oddechem staruszki i wszystkimi słowami, które utknęły gdzieś miedzy może a ciszą. Czy słowa mogły coś zmienić? Czy to nie było zwyczajnie podłe, by błagać kogoś by został, kiedy przecież nikt z nas nie decyduje o tym ile czasu nam zostało? I czy pocieszalibyśmy umierającego, czy może samolubnie samych siebie? Więc może lepiej, że słowa utknęły gdzieś między może i ciszą.

Minęła minuta, potem druga, wypełniona furczącym oddechem staruszki, pociąganiem nosami i zmartwionym spojrzeniami. Eva usiadła obok Scorpiusa wtulając się w jego ramię, jak dawniej, kiedy byli dziećmi. Kiedy Lucjusz i Draco kłócili się godzinami i Narcyza czytała im wiersze przy kominku, i ach! Jak ona pięknie je recytowała!

Minęła minuta, potem kolejna, wypełniona ciszą, furczący oddech nagle się zatrzymał. Pokój wypełnił się głośnym szlochem i łzami, ale słowa nadal wisiały gdzieś w powietrzu, niewypowiedziane. Jeśli powiesz coś na głos, staje się to prawdziwe. Więc udajmy jeszcze przez chwilę, że nic się nie zmieniło, nawet jeśli własnie zapadł się jakiś wszechświat.

 

 

***

Michael Ortega – It’s hard to say goodbye

Trzy dni później.

Wiatr świszczał głośno, porywając młode zielone listki z rosnących przy cmentarzu drzew, gdy tłum żałobników zebrało się wokół rodzinnej mogiły Malfoyów. Pogoda najwyraźniej postanowiła rozpaczać razem z nimi, mimo, że o tej porze roku zazwyczaj świeciło słońce.

Słowa pożegnania płynęły po kolei od członków bliższej i dalszej rodziny. Draco przysłuchiwał się z uwagą, ale żadne z wspomnień jego matki nie potrafiło zapisać się mu w pamięci. Wszystkie słowa ulatywały gdzieś między trumną, a stosem kwiatów, które ją oplatały. W jego głowie przewijały się jego własne wspomnienia.

Spojrzał na Harry’ego, który wszedł na mównicę z poważną miną i był pewien, że będzie chwalił odwagę Narcyzy i jej role w upadku Czarnego Pana. Jak większość zebranych, którzy zapamiętali ją jedynie przez wzgląd na jedno kłamstwo wypowiedziane w odpowiednim czasie i miejscu. Ale czy ktokolwiek z nich wiedział, że każdego roku w jego urodziny osobiście przyrządzała mu tort, nawet jeśli zajęło jej to sześć godzin? Czy ktokolwiek z nich wiedział, że kochała poezję i uwielbiała grę na pianinie? Czy ktokolwiek wiedział, że choć wybrała życie pani domu, była ponadprzeciętnie uzdolniona czarownicą, a legilimencja była jedynie drobną frakcją całego jej potencjału? Czy ktoś jeszcze pamiętał, że uwielbiała przyjęcia, aż do wybuchu wojny? Czy ktoś wiedział, że jedynym powodem dla których nie zapraszała często gości po wojnie był fakt, że wszyscy unikali ich jak ognia? Nie byli po dobrej stronie wojny, ale po jej zdradzie, nie należeli już do tej złej. Latami ignorowana, by odzyskać nieco z dawnego życia, gdy Eva zaczęła się spotykać z synem Potterów.

Musiał zając czymś myśli, nie chciał płakać, nie tutaj, nie przy wszystkich. Był pewien, że paparazzi chowali się gdzieś za drzewami, nawet jeśli Harry ustawił obstawę wokół kaplicy i cmentarza. Kontrowersyjny pogrzeb, tak to nazwał. Wspomniał o możliwych zamieszkach. Może miał rację. Malfayowie od dawna nigdzie nie należeli.

Spojrzał w bok, na Evę. Szlochała cicho, gdy Jamie obejmował ją ramieniem, w drugim trzymając na wpół zaspaną Grace. Przynajmniej nie musiał na razie martwić się o nie. Zdawało się, że były w dobrych rękach, jeżeli mógł tak powiedzieć, kiedy doskonale wiedział, że dla niego żadne ręce nie były wystarczająco dla niej dobre.

Tuż obok stała Elaine, wtulona we Franka, wyrwani z miesiąca miodowego po kilku dniach. Zapewne nie tak wyobrażali sobie powrót do rzeczywistości. Oboje zasłużyli na więcej, ale życie rzadko daje nam to, na co zasłużyliśmy.

I Scorpius, stojący samotnie, tępo wpatrując się w trumnę, która już za chwile miała zostać zapieczętowana w mogile.

Widział Longbottomów i Potterów. Pojawiło się kilku Weasleyów. Rose stała obok Ginny i mógłby przysiąc, że kobiety starały się wykreować tyle dystansu ile było możliwe między nimi a Ronem i Hermioną. Może jedynie mu się wydawało. Lorcan Scamander stał tuż za Rose, Lysander najpewniej oddelegowany do ochrony. Byli chłopcy Evy i Willy i nawet sam Bertie Moore* wrócił ze swoich wypraw, by wziąć udział w ostatnim pożegnaniu Narcyzy.

– Moje kondolencje – wyrwało go z zamyślenia.

– Dziękuję – odpowiedział automatycznie, głosem wypranym z emocji.

– Moje kondolencje.

– Dziękuję.

 

*

– Dobrze się czujesz? – zapytał cicho Lorcan.

– W porządku – odpowiedziała Rose, rzucając niepewne spojrzenie w stronę Malfoyów. Kolejka ludzi, którzy przyszli złożyć kondolencje zmniejszała się niemiłosiernie i musiała wreszcie podjąć decyzję. Być może Draco wcale nie chciał jej widzieć w tym dniu. Może jedynie rozjuszy go swoją bezczelnością, ale czy nie powinna przynajmniej spróbować?

– Powinnaś do niego iść – mruknął cicho Lorcan.

Przygryzła wargę. Żeby podejść do Draco musiałaby najpierw stawić czoła kolejno Scorpiusowi i Astorii. Ale czy to aż tak wielka cena, by wesprzeć przyjaciela w trudnym czasie?

Ruszyła przed siebie wzdychając cicho. I zdawało jej się, że cmentarz nagle się skurczył, a jej krok wydłużył, czas przyspieszył. I zanim zdążyła się jeszcze raz zastanowić nad rozsądnością swojego postępowania, stała tuż przed Scorpiusem.

– Moje kondolencje – powiedziała cicho.

– Dziękuję – uśmiechnął się lekko, po czym szybko spojrzał na następną osobę w kolejce.

– Moje kondolencje – powiedziała cicho.

– Dziękuję, Rose – odpowiedziała Astoria, dotykając jej policzka.

Postawiła nerwowy krok na przód, by stanąć twarzą twarz z Draco. I nie musiała pytać, by wiedzieć, że przybrał ten obojętny wyraz twarzy i ton, by nie dawać pożywki sępom z brukowców.

– Tak mi przykro, Draco – Rose powiedziała cicho.

– Nie spodziewałem się tu ciebie – powiedział obojętnym głosem.

– Wiem – wyszeptała. – I rozumiem, dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać. Ale jestem tu, gdybyś jednak zmienił zdanie – ścisnęła jego dłoń, po czym odwróciła się i zaczęła odchodzić.

– Rose! – zawołał za nią.

– Tak? – zapytała nerwowo. Zamierzał ją zrugać?

– Przyjdziesz jutro na herbatę? – zapytał niepewnie.

Uśmiechnęła się i kiwnęła głowa, po czym odeszła w stronę Lysandra.

 

 

***

Patrick Watson – Sky dancing

– Wiesz, naprawdę mam ochotę na drinka – powiedział Draco, wbijając wzrok w splecione na kolanach dłonie. Siedział obok biurka, w bibliotece, która nigdy wcześniej nie wydawała się tak nieznośnie ciasna.

– Wiem – odpowiedziała cicho Rose, podnosząc się z kanapy. – Ale myślę, że oboje już wiemy, że nie tędy droga. Ani alkohol, ani narkotyki nie uśmierzają bólu, najwyżej go odwlekają, a potem potęgują, kiedy dochodzi wstyd i wyrzuty sumienia.

Podeszła do okna, krzyżując ramiona na piersi. Spojrzała na pochmurny krajobraz za oknem, uśmiechając się smutno. Jeszcze nie tak dawno, choć milion lat wcześniej, była sobie w stanie wyobrazić, że pewnego dnia to będzie jej ogród, jej dom, jej ojciec. I gdyby mogła wybrać tylko jedno, wybrałaby to ostatnie bez mrugnięcia okiem, ale nawet to zdążyła już zepsuć, dawno, dawno temu, gdy wszystko mogło jeszcze być takie proste. Może gdyby nie uniosła się wtedy dumą, gdyby przynajmniej pozwoliła Scorpiusowi wytłumaczyć. Może gdyby nie uniosła się wtedy dumą, gdyby chociaż próbowała z nim szczerze porozmawiać, kiedy pierwsze emocje już opadły. Może gdyby nie była zbyt dumna, by zobaczyć, że skoro sam przyszedł do niej i wyznał całą prawdę, mimo sprzeciwu Dominique, to znaczyło, że szczerze żałował.

–…nie wiem. Nie zawsze było między nami dobrze. Wydaje mi się, że nie byłem dla niej dobrym synem.

– Nie mów tak – przerwała mu, karcąc się w duchu, że nawet w takiej chwili potrafiła wszystko skupić na sobie.

– Ale to prawda – powiedział cicho. – Czasem wciąż winiłem ją za wszystko złe, co się wydarzyło w moim życiu. Za sposób, w jaki mnie wychowała. Za to, że przez długi czas nie mogła zaakceptować Astorii jako mojej żony. Za to, że przez jej niechęć do Astorii i naszego małżeństwa, oddaliśmy wtedy Mayę Greengrassom…

– Masz rację, może nie była najlepszą matką, ale przynajmniej wszystko, co zrobiła, zrobiła z miłości dla ciebie – powiedziała spokojnie Rose.

– Zeus chciał wydać Elaine za starego Śmierciożercę, z miłości do niej. Cel, wbrew temu co mówią, nie uświęca środków. I jestem na nią tak cholernie zły, że zostawiła mnie teraz samego.

– Ale nie jesteś sam – opuściła ramiona wzdłuż ciała.

– Ale tak się czuje. Wiesz, nie zrozum mnie źle, nie umniejszam cierpienia Astorii i reszty w czasie wojny. Ale, tylko ja i mama wciąż pamiętaliśmy jakim piekłem było życie w tym domu, kiedy gościł tu Voldemort. A teraz… Teraz zostałem z tym sam.

Rose pokiwała głową. Podeszła bliżej i uklękła przed nim na podłodze. Uśmiechnęła się lekko pod nosem. To już zdawało się ich mała tradycją, kiedy Draco miał kiepski dzień. Siadała przed nim na podłodze, jak dziecko, wysłuchując historii z życia rodziny.

– Ale jest teraz z tatą i z Mayą. Zapewne jest tam szczęśliwsza – powiedział po chwili Draco.

– Jestem pewna, że tak jest – uśmiechnęła się lekko. – Jak Astoria daje sobie radę?

– Znasz Astorię. Uderzyło ją to bardziej, niż daje po sobie poznać. Chce być silna dla mnie i dla dzieci. Ale wiem, że nie spała dobrze ostatnich kilka dni i słyszałem, jak płacze, kiedy myśli, że nikt nie słyszy. Chciałbym ją pocieszyć, ale wiem, że czułaby się winna, rozumiesz? Elaine jest z nią teraz.

– Nawet nie miałam okazji z nią jeszcze porozmawiać… – mruknęła Rose.

– To wszystko stało się tak szybko – westchnął, po czym spojrzał na nią poważnie. – A ty jak się czujesz?

– Ja? – zdziwiła się.

– Scorpius powiedział Astorii – wyjaśnił Draco. – Nie jestem pewien czy to pamięta, wrócił do domu… Cóż, nie był najtrzeźwiejszy. Poza tym, As odwiedziła Harry’ego w szpitalu. Mogło coś mu się wymsknąć.

Spojrzała na niego zaskoczona, wzdrygając się.

– Nie martw się, nikt oprócz nas nie wie – zapewnił Draco.

Ale Rose nie martwiła się tym, kto wiedział o jej ciąży. Nie chciała skupiać na sobie uwagi brukowców, ale dopiero teraz zdała sobie sprawę, jaka była ślepa. Ciągłe zniknięcia Lorcana i Charlotte. Podejrzana praca po godzinach, spotkania w Malfoy Manor. Udział Astorii w obronie Albusa. I to, co powiedział jej ojciec… Oddałem ci pod opiekę moje dziecko, a ty co? Może chodziło o coś więcej niż o przyjacielską przysługę, jeśli Delaitre był w to zamieszany. Lysander powiedział, że Mruczek został na nią zaprogramowany, tylko Biuro Aurorów lub Departament tajemnic mógł posiadać taką wiedzę. Nagle wszystko zaczęło układać się w spójną całość.

Wzięła głęboki oddech, by uspokoić nieco serce. Wojna naprawdę wisiała w powietrzu i być może Lysander nieco osłodził jej prawdę, by nazbyt się nie martwiła.

– Rose? – wyrwało ją z zamyślenia.

– Czuję się dobrze. Przynajmniej na razie. Medyk powiedział, że jestem jedna z nielicznych szczęściar, dla których początek ciąży to nie katorga.

– Myśleliście już, co zrobicie? Macie jakiś plan?

Zaśmiała się gorzko.

– Wiesz, wszyscy zadają mi to pytanie. A ja… – pokręciła głowa. – Myślę, że znamy się na tyle dobrze, że mogę być z tobą szczera. Ani ja, ani Lysander nie mamy zielonego pojęcia, co robimy. Ale naprawdę, oboje chcemy tylko jednego, nie spieprzyć dziecku życia.

– Rozumiem – mruknął. – Więc zamierzacie zostać u Scamanderów?

– Merlinie, nie!

Draco uśmiechnął się pod nosem, przyglądając się jej z rozbawieniem.

– To znaczy, nie zrozum mnie źle. Luna i Rolf są naprawdę bardzo pomocni i wyrozumiali, naprawdę nie wiem, czy mogliby zrobić coś więcej. Ale wizyty Ksenofiliusa doprowadzają mnie do szału. Dzięki Merlinowi, Rolf nigdy nie zostawia mnie z nim samej na dłużej niż minutę, bo ten ciągle próbuje mi wciskać jakieś podejrzane ziółka, które podobno mają sprawić, że poczuję się lepiej, ale mogłabym przysiąc, że to śmierdzące ohydztwo z ubiegłego tygodnia wyglądało podejrzanie jak bulwy Trującej Pokrzywki, choć on twierdził, że to Buracz Pospolity – wyjaśniła uśmiechając się szeroko, ale szybko spoważniała. – Ja i Lysander… Znaleźliśmy dom w Hogsmeade. To nic wielkiego, ale w sam raz dla małej rodziny.

– Zamierzacie razem zamieszkać? – Draco zmarszczył brwi.

– Draco, my… – zawahała się. – Ja i Lysander zamierzamy się pobrać.

– C-co? – wydukał zaskoczony.

Westchnęła cicho, wbijając wzrok w swoje dłonie.

– Żadne z nas i tak nie może być z tym, kim chcielibyśmy być. I oboje chcemy przynajmniej spróbować dać dziecku normalny dom i dzieciństwo. Poza tym, jeśli się nie mylę, wiesz doskonale że wisi nade mną i dzieckiem pewne niebezpieczeństwo – spojrzała na niego, a ten kiwnął ponuro głową w odpowiedzi. – Wiem, Lysander nie powinien był mi mówić, ale myślę, że nas nie wydasz. Powiesz, że to szaleństwo. Ale dlaczego nie powinniśmy przynajmniej spróbować dać dziecku tyle szczęścia ile możemy?

– Cóż… Nie wiem ile dokładnie Lysander ci powiedział, ale ja osobiście byłem za tym, żeby ci powiedzieć.  A co do ślubu… W porządku, ale… Co jeśli któreś z was znajdzie szczęście gdzie indziej? Rozwody to paskudny biznes.

– Rozwody to paskudny biznes, kiedy dwoje ludzi, którzy kiedyś się kochało, bądź nadal się kocha ma do siebie żal i pretensje. Ja nie kocham Lysandra, Lysander nie kocha mnie. Ustaliliśmy, że jeśli któreś z nas będzie chciało odejść, drugie nie będzie go zatrzymywać. Tak długo, jak dziecko będzie w miarę szczęśliwe.

– A co na to twoi rodzice?

Rose wzięła głęboki wdech, spoglądając w bok. Najwyraźniej Harry nie powiedział Astorii wszystkiego. Spojrzała poważnie na Draco, krzywiąc się.

– Nie wiem. Nie rozmawiałam z nimi odkąd dowiedzieli się o dziecku. Z resztą, ojciec powiedział wyraźnie, że mogę przestać nazywać się jego córka, jeśli wyjdę z Lysandrem, ale po tym, co zasugerowała matka, nie mogłam zostać, więc…

– Co?! – zapytał wzburzony, niemal zrywając się z fotela, ale zatrzymał się w ostatniej chwili, zdając sobie sprawę, że najpewniej staranowałby w ten sposób Rose.

– Tak właściwie to dlatego wujek Harry wylądował w Mungu. Kiedy Lysander mu powiedział… Był podobno tak wściekły na rodziców, że nie mógł nawet sklecić logicznego zdania. Przynajmniej według Lysandra. Choć wydaje mi się, że ten brak logiki w wypowiedzi mógł być spowodowany sercem… Są przyjaciółmi od ponad trzydziestu lat, chyba się nie spodziewał… Ja zresztą też nie… Tak wylądowałam u Scamanderów… Ale nie martw się o mnie – pokręciła głową. – Ja wiem, że Lysander może uchodzić za lekkoducha, ale naprawdę się o mnie troszczy. Myślę… Myślę, że naprawdę się o mnie martwi.

Draco wypuścił głośno powietrze i spojrzał na nią poważnie.

– Teraz i ja się o ciebie martwię. Wiesz, że możesz liczyć na mnie i Astorię?

– Dziękuję – odpowiedziała cicho.

– Wiesz? Myślę, że będziecie dobrymi rodzicami, cokolwiek może ci się wydawać.

Zaśmiała się spoglądając na niego z niedowierzaniem.

– Chciałabym podzielać twój optymizm. Wciąż czasem nie dowierzam, że jestem w ciąży.

– Jesteś w CZYM?

Draco i Rose spojrzeli w stronę drzwi. Elaine przypatrywała się im z szeroko otwartymi oczami, wciąż podpuchniętymi od łez wylanych przez ostatnie dni.

– Pójdę zobaczyć co z Astoria – powiedział cicho Draco, podnosząc się z miejsca.

***

Patrick Watson – Great Escape

 

Eva uśmiechnęła się pod nosem spoglądając na Rose i Elaine, zaciekle przeglądające magazyny z akcesoriami dla dzieci. Minęło niemal tysiąc lat od kiedy siedziały razem w starej Hogwarckiej wieży, zarzekając się, że nigdy nie będą miały dzieci.

– Jak dajecie sobie rade bez Jamiego? – zapytała mimochodem Elaine, nie odrywając wzroku znad magazynu.

– Dobrze – odpowiedziała automatycznie, siekając kawałek mięsa na małe kosteczki.

– Wiesz, że możesz to zrobić w trzy sekundy za jednym machnięciem różdżki? – zapytała Rose, zaciskając zęby, by nie jęknąć, kiedy Elaine dała jej mocnego kuksańca w bok.

– Wiem, ale to mnie relaksuje.

– Znęcanie się nad martwym zwierzęciem, czy gotowanie? – zapytała mimochodem Elaine.

­Eva spojrzała na koleżanki podejrzliwie, ale po chwili potrząsnęła głową i wróciła do gotowania.

– Jamie się odzywał? – zapytała od niechcenia Rose.

Eva odwróciła głowę, ale obie dziewczyny zdawały się zupełnie zaczytanie w trzymanym magazynie, może nawet nieco za bardzo, w końcu ileż można patrzeć na jedna stronę z wózkami dla dzieci?

– Nie, jeszcze nie – odpowiedziała obojętnym głosem, wracając do krojenia mięsa.

– A Charlotte coś mówiła? – zapytała po chwili Elaine.

Eva odwróciła się na piecie i skrzyżowała ramiona na piersi.

– Jest coś, o czym chciałybyście porozmawiać? – zapytała nieco poirytowana. – Bo wiecie, wcale nie jesteście takie subtelne, jak wam się wydaje, i gapicie się na tą samą stronę przez ostatnie piętnaście minut. Więc?

– Nie denerwuj się, po prostu się o ciebie martwimy – powiedziała Rose.

– Merlinie, pojechał na parę dni, nie na parę tygodni. Bez przesady. Nie mam 15 lat żeby usychać za kimś z tęsknoty. Jasne, tęsknie za nim, ale mam na głowie jeszcze Fundację, Grace i dom, wiec nie mam za dużo czasu, żeby wzdychać do wspomnień – zaśmiała się Eva, wracając do gotowania. I była wdzięczna, ze mogła z czystym sumieniem stać do nich plecami, bo była pewna, że gdyby mogły zobaczyć jej twarz, kłamstwo wydałoby się w sekundy.

Na dłuższą chwile zapadła cisza przerywana jedynie stukotem noża i deski do krojenia. Eva zwolniła nieco tempo, przysłuchując się ciszy i westchnęła cicho. Odłożyła nóż i odwróciła się do przyjaciółek. Wciąż nie było słychać przerzucania stron, za to niemal mogła usłyszeć ich wymianę spojrzeń.

– Ale to nie wszystko, prawda? – zapytała zrezygnowana Eva.

– Evuś, no nie zrozum nas źle, ale czy ty… No wiesz… Merlinie, zabrzmię trochę jak suka, ale… czy nie jesteś za spokojna? – wydukała Elaine.

– Za spokojna? – zdziwiła się Eva. – Co masz na myśli?

Rose i Elaine wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.

– No wiesz, nie gniewaj się, że tak mówimy. Bardzo lubimy Jamiego, wiesz o tym – zaczęła Rose.

– Kontynuuj – mruknęła Eva, wracając do gotowania. Zapowiadało się na dłuższą rozmowę, i nie była pewna, czy Grace zrozumiałaby, że nie dostała obiadu, dlatego, że jej ulubione ciocie nie mogły się wysłowić.

– No właśnie, to nie jest nic osobistego – dodała Elaine.

– Ale wiesz, no, nie martwi cie trochę, że on tam jest sam… W obcym mieście… gwiazda rocka?

– Nie – odpowiedział spokojnie Eva, czując lekki rumieniec wpełzający na jej twarz. Była niemal wdzięczna, że postanowiły przyjść w czasie gotowania, przynajmniej nie musiała patrzeć im w oczy.

– Co Rose ma na myśli – zaczęła Elaine, – To to, że no wiesz, są takie dziewczyny, które, no wiesz, chętnie by… No wiesz… Rose, wspomóż mnie trochę.

– Elaine ma na myśli, że jest wiele kobiet, które by sobie chętnie zwiedziły na przykład jego garderobę… Albo no wiesz… Pokój hotelowy – dodała ciszej.

– Mhm – mruknęła Eva, na znak, że dalej słucha.

– Co mamy na myśli – powiedziała głośniej Elaine.

– Wiem, co macie na myśli – przerwała jej Eva siląc się, by nie dało dosłyszeć się jej irytacji.

– No! Więc nie martwi cię to? Ani trochę? Nawet tak tyci tyci? – dopytywała Rose. – Nie zastanawiasz się czasem co będzie robił przed i po koncercie? Nawet troszkę?

– Do cholery, Rose! – warknęła Eva rzucając nożem o deskę. Przeklęła cicho pod nosem, zła na sama siebie, że tak łatwo wyprowadziła się z równowagi. Odwróciła się do dziewczyn, które patrzyły na nią z szeroko otwartymi oczami. -  Ja wiem, że wy wszyscy myślicie, że jestem naiwną, słodką Evunia, jak wtedy, kiedy miałam 17 lat i poznałam Albusa. I może macie racje, może nadal jestem trochę naiwna, ale nie jestem głupia, ani ślepa! Myślisz, że nie wiem, ile kobiet chciałoby się z nim przespać tylko dlatego, że jest sławny? Myślisz, że nie wiem, że są takie, które dosłownie będą mu się pchać do łózka? Przyznaję, byłam zaskoczona, kiedy usłyszałam o fotkach, które wysyłały mu podopieczne fundacji, ale tylko dlatego, że to były moje podopieczne. Merlinie, wesz ile takich fanek miał Franco? A to był tylko Hogwart i nawet nie byliśmy lubiani! Więc nie myślcie sobie, że nie wiem, że czekają na niego całe chmary kobiet!

Wyszła energicznym krokiem z kuchni, ale zatrzymała się tuż za łukiem i oparła plecami o ścianę. Nie zamierzał dzielić się swoimi wątpliwościami, ale nie mogła się powstrzymać. Policzki piekły ją, jakby ktoś położył na nich gorące spodki i była pewna, że jej twarz przypominała wielkiego soczystego buraka.

– Evuś, przepraszam – powiedziała Rose stając w wejściu do kuchni. Elaine stanęła tuż obok niej, przyglądając się jej ze zmartwieniem.

– To nie twoja wina, Rose. Ja… Nie powinnam była tak wybuchnąć. To ja przepraszam – pociągnęła cicho nosem.

– Świnie z nas – podsumowała Elaine. – Zamiast cię wspierać… Martwiłyśmy się, że jesteś za spokojna bo może… No wiesz, nikt nie jest aż tak wyrozumiały, chyba, że masz na kogoś wyjebkę… Merlinie, naprawdę cie przepraszam!

– Wiecie, przez te miesiące, które byliśmy razem niemal zapomniałam, że jest sławnym muzykiem. Dla mnie był zawsze tylko Jamiem. Tym dupkiem, którego wcale nie miałam ochoty oglądać po pierwszym spotkaniu. Tym, który sporo zyskał przy bliższym poznaniu – powiedziała cicho Eva.

– Wiesz, on jest w tobie szaleńczo zakochany – powiedziała Rose.

– Scorpius był szaleńczo zakochany w tobie, ale i tak wszystko spieprzył – wyszeptała Eva, kląć cicho w duchu. Nie powinna była wspominać Scorpiusa przy Rose. Nie teraz.

Ale Rose uśmiechnęła się smutno i podeszła bliżej, kładąc dłoń na ramieniu Evy.

– Tak, Scorpius szalenie mnie kochał. Ale też mnie szalenie nienawidził. Z wzajemnością z resztą. To nie jest żaden sekret, że byliśmy nieszczęśliwi prze ostatni rok naszego związku. Po za tym, w sumie Jamie nie jest tam sam. Marcus też tam jest i na pewno nie pozwoliłby mu zrobić nic głupiego, bo gdyby Charlotte się dowiedziała, to zabiłaby ich obu.

– Właśnie.

- A teraz lepiej dokończmy ten obiad dla Grace – dodała Rose.

 

 

***

Damien Rice – Accidental babies

 

Połowa września. 

Najgorętszy dzień września, mogłoby się zdawać najgorętszy dzień roku, dawał się we znaki wszystkim pracownikom biura. Spotkania zdawały się ciągnąć w nieskończoność, powietrza było jakby brak, i nawet maszyna do kawy zazwyczaj okupowana niemal bez ustanku, teraz odpychała wszystkich swoim nazbyt gorącym naparem.

Dźwięki miasta wdzierały się przez otwarte okno gabinetu, psując harmoniczną ciszę zazwyczaj panującą w pomieszczeniu, ale i tak nie mógł skupić się na pracy. Dziś tracił na zawsze. Gdzieś za tym oknem, hen, hen daleko, szykowała się do ślubu. Gdzieś w oddali, może też jeszcze myślała o nim trochę i o przyszłości, która nigdy się nie wydarzy.

– Scorpius! – wrzasnęła wbiegając do gabinetu, ciągnąc za sobą Robertsa, nieudolnie próbującego ją zatrzymać.

– Niech pan wybaczy, próbowałem ją zatrzymać, ale…

– Dominique? – wydukał Scorpius przyglądając się swojemu asystentowi i dziewczynie z szeroko otwartymi oczami.

– Scorpius, musimy porozmawiać! To ważne! – powiedziała naglącym tonem, jej policzki były zarumienione, włosy nieco roztargane, zupełnie jakby gnała tu na skręcenie karku. Jej oczy szeroko otwarte, błagające.

Nie miał ochoty z nią rozmawiać, ani na nią patrzeć. Czego jeszcze mogła od niego chcieć? Od tej pomyłkowej nocy pół roku wcześniej nie łączyło ich nic. Spojrzał krótko na jej brzuch, nauczony przykrymi doświadczeniami z Rose, ale ten był płaski jak deska.

– Proszę – dodała błagalnym tonem.

Wywrócił oczami, wzdychając głośno.

– W porządku, Roberts – powiedział z nuta irytacji. – Możesz nas zostawić.

Mężczyzna kiwnął głową i puścił ramię dziewczyny, po czym wyszedł z gabinetu, zamykając za sobą drzwi.

– Jestem zajęty, więc się streszczaj – powiedział chłodno, podnosząc z biurka grubą teczkę. Oparł się wygodniej w fotelu, przerzucając pierwszą stronę dokumentu. Nie zamierzał honorować jej spojrzeniem. Mogłaby w jakiś pokraczny sposób pomyśleć, że wcale jej nie nienawidził.

– Rose i Lysander się dziś żenią – powiedziała poważnie.

– I? – zapytał rzucając jej krótkie obojętne spojrzenie, po czym wrócił wzrokiem do czytanego dokumentu.

I? Zamierzasz jej na to pozwolić? – zapytała piskliwym głosem.

– Rose jest dorosła kobietą. A nawet gdyby nie była, nie jestem jej ojcem, żeby jej czegoś zabraniać – powiedział obojętnym głosem. Wiedział od tygodni. Rose wysłała mu bardzo długi list. List, który trzymał nieustannie pod poduszką i czytał każdego wieczora, próbując oswoić się z myślą, że już nigdy nie będzie jego. I przez chwile przeszło mu przez myśl by ją zatrzymać, porwać i zniknąć gdzieś na bezludnej wyspie, tylko oni dwoje. Byliby szczęśliwi, bez tych wszystkich znajomych i krewnych, którzy wciąż próbowali mówić im jak mają żyć Ale przecież nie byliby we dwoje. Było jeszcze i dziecko.

– Więc co? – zapytała rozeźlona. – Tak po prostu pozwolisz jej odejść? Nie zamierzasz o nią walczyć? Przecież ją kochasz! A ona kocha ciebie!

Scorpius zaśmiał się donośnie, przyglądając się jej z rozbawieniem. Zdążył się już oswoić z myślą, że Rose już nigdy nie będzie jego, nawet jeśli to tak cholernie bolało.

– Wiesz, gdybym cię nie znał, naprawdę bym ci uwierzył, że przyszłaś tutaj, bo tak bardzo troszczysz się o szczęście moje i Rose – powiedział rozbawiony, choć wcale nie było mu do śmiechu. – Niemal brzmisz szczerze. Niemal brzmisz, jakbyś nie szukała kogoś, kto odwali za ciebie czarną robotę. Zgaduję że to tak uwiązałaś sobie Lysandra na lata, ale wiesz co mówią, nawet najlepszy niewolnik się kiedyś zbuntuje. Zabawne, czyż nie? Sposób w jaki dołki, które kopiemy pod innymi mają tendencję przenosić się tuż pod nasze własne nogi.

– O co ci chodzi? – wywróciła oczami.

– Wiesz doskonale, o co mi chodzi. Nie przyszłaś tutaj, bo chcesz, żebyśmy z Rose żyli długo i szczęśliwie. Przyszłaś, bo nie możesz znieść myśli, że twoja mała zemsta na Rose w efekcie kosztowała cię utratę Lysandra na zawsze. I wiesz? Sam ten fakt sprawia, że życzę im z całego serca, by byli najszczęśliwszym pieprzonym małżeństwem na tej planecie. A teraz wypierdalaj i nie marnuj więcej mojego czasu!

– Więc nie zamierzasz nic zrobić? – zapytała cicho, rzucając mu mordercze spojrzenie.

– Jedyne, co zamierzam – powiedział Scorpius uśmiechając się szczerze po raz pierwszy tego dnia. – To wysłać list do Elaine, w którym ostrzegę ją, żeby miała otwarte oczy, bo Dominique spróbuje zepsuć ślub.

Być może powinien się cieszyć na myśl, że nie doszłoby do ślubu. Powinien być wdzięczny Dominique za jej desperację by odzyskać Lysandra. Ale czy zrujnowany ślub zmieniłby cokolwiek? Rose nadal byłaby w ciąży. I szczerze wątpił, że Lysander zostawiłby ją pod ołtarzem dla Dominique. Więc czy rujnowanie wesela miało jakiś sens? Poza zszarganymi nerwami, rodzinnymi dramatami i wielką awanturą, wszystko zostałoby tak, jak jest. Rose nadal wyszłaby za Lysandra, wciąż nosiłaby pod sercem jego dziecko. I tego nikt i nic nie mogło zmienić.

Odrzucił teczkę z dokumentami na biurko, nie było sensu dalej udawać, że był zajęty. I tak nie mógł się na niczym skupić.

Dominique prychnęła cicho, odwróciła się na pięcie i niemal wybiegła z gabinetu trzaskając drzwiami.

 

 

 

***

Mogwai – Take me somewhere nice

 

 

– Rose, jesteś pewna, że chcesz to zrobić? – zapytała niepewnie Elaine zaczesując włosy Weasleyówny. – Lubie Lysandra, ale żenić się tylko dlatego, że jesteś w ciąży? Nie żyjemy w Średniowieczu. Eva, powiedz coś.

– Ja? – zdziwiła się brunetka, przymierzając do ucha Rose kilka rodzajów kolczyków.

– Tak, ty, jest tu jakaś inna Eva? – zirytowała się Elaine. – Tylko mi nie mów, ze zgadzasz się z Rose!

– Ani się z nią nie zgadzam, ani nie potępiam – powiedziała w końcu Eva. – Jestem pewna, że robi to, co uważa za najlepsze dla dziecka, prawda?

Elaine wywróciła jedynie oczami, upinając niesforne kosmyki rudych włosów. Mogła się nie zgadzać z decyzją o ślubie, ale nie zamierzała pozwolić Rose pójść pod ołtarz wyglądając, jak uboga krewna.

– Nigdy nie wiadomo, może z czasem się pokochają – powiedziała Mia wyciągając z pudełka niebieska podwiązkę. – Coś pożyczonego i niebieskiego – wyszczerzyła się.

Elaine rzuciła jej mordercze spojrzenie, krzywiąc się, gotowa by wygarnąć blondynce, co o niej myśli.

– Elaine! – skarciła ją Eva, zanim ta zdążyła cokolwiek powiedzieć. – Proszę.

Elaine wróciła do układania włosów mogłoby się zdawać bez narzekania, ale Rose mogłaby przysiąc, że słyszała ciche głupia pizda. Nawet ślub z Markiem nie zdołał zmienić jej nastawienia do blondynki, ale może niektóre rzeczy po prostu nie były pisane.

– Twoi rodzice przyjdą? – zapytała cicho Eva, decydując założyć Rose długie, proste kolczyki.

– Nie wiem – mruknęła Rose zerkając w swoje odbicie w lustrze. Wyglądała niemal jak jakaś modelka ze ślubnych magazynów. Elaine najwyraźniej nie żartowała, kiedy tuż po tym, jak zrugała ją za idiotyczny pomysł ze ślubem przysięgła, że zrobi z niej bóstwo.

– Ale Hugo poprowadzi cie do ołtarza, tak jak chciałaś, to chyba nawet lepiej nie? – próbowała pocieszyć Mia.

– Hugo nie poprowadzi mnie do ołtarza. Powiedział, że zawsze mnie będzie wspierał, ale prawdziwi przyjaciele nie wspierają się w tak głupich pomysłach, jak ten ślub – powiedziała cicho Rose, wbijając wzrok w paznokcie, kolor, który wybrała Elaine nagle tak niezwykły i interesujący. – Sama pójdę do ołtarza.

– Po pierwsze, kto nagadał takich bzdur twojemu bratu? Wspieranie się w szaleństwach to jest dokładnie to, po co mamy przyjaciół – oburzyła się Elaine. – Po drugie, nie bądź niedorzeczna, nie pójdziesz sama do ołtarza. Frank cię poprowadzi. Albo Draco. Albo Neville. Hmm, może nie Frank, za dobrze byście razem wyglądali. Draco może lepiej też nie, wiesz, miałby mały dylemat lojalności… Albo Harry! To przecież twój ojciec chrzestny i inicjator całego zamieszania. To, że utrze przy tym nosa twojemu ojcu będzie dla niego dodatkowa zachętą. Słyszałam, jak rozmawiał z Hannah i Nevillem. Podobno relacje między Złotą Trójka są ostatnio dość sztywne…

–  Jest jeszcze James! – przerwała Eva. ­– Jestem pewna ze James chętnie odda cie Lysandrowi. Taka szansa, żeby zabłyszczeć – zachichotała.

– Merlinie, James poprowadzi mnie do ołtarza, jeśli będę miała ochotę na całe życie ojcowskich porad od trzepniętego kuzyna. Nie, dziękuję – uśmiechnęła się Rose zakładając na udo niebieską podwiązkę. Podniosła się z miejsca i odwróciła do swoich druhen. – I jak?

– Merlinie,  wyglądasz… Absolutnie fantastycznie – mruknęła Mia.

– Oczywiście! – żachnęła się Elaine. – Tylko dlatego, że uważam to za najgłupszy pomysł, jaki jej przyszedł do tej pory do głowy, nie znaczy, że zamierzałam jej pozwolić założyć te szmaty, które na początku wybrała.

Eva zaśmiała się głośno i w tym samym momencie rozległo się pukanie do drzwi.

– Ja otworzę! – Elaine niemal rzuciła się w stronę drzwi, nie zwracając uwagi na zaskoczone spojrzenia koleżanek. Nie sądziła, że Dominique miałaby w sobie na tyle przyzwoitości by zapukać, ale jeśli była na tyle naiwna, by szukać wsparcia u Scorpiusa, wszystkiego można się było spodziewać.

– Mogę? – zapytał mężczyzna.

– Jasne – mruknęła cicho Elaine. – Dziewczęta! – zawołała wskazując głową drzwi.

– Rolf – Rose uśmiechnęła się lekko. Mia, Elaine i Eva kiwnęły głowami i pospiesznie wyszły z pomieszczenia.

– Wyglądasz ładnie – zauważył Scamander, siadając na małym stołku nieopodal Rose, przyglądając się jej uważnie.

– Przyszedłeś mnie przekonać, żebyśmy odwołali ślub? – zapytała cicho, przestępując z nogi na nogę, kładąc dłoń na lekko zaokrąglonym brzuchu.

– Nie – odpowiedział spokojnie. – Przyszedłem zapytać, czy twoi rodzice się pojawią?

– Nie sądzę, ale kto ich tam wie – wzruszyła ramionami, spoglądając w bok.

Nie zamierzała ich błagać. Nie zamierzała ich prosić o wybaczenie, jej grzechy nie były przeciwko nim. Z resztą, czy ich obecność miała większe znaczenie? Ona i Lysander nie pobierali się z wielkiej miłości. Pobierali się z wygody. I może rzeczywiście to był szalony pomysł, ale oboje byli zgodni, chcieli przynajmniej spróbować, choćby po to by za dwadzieścia lat móc z czystym sumieniem powiedzieć próbowałem.

Nie zamierzała zamartwiać się tym, co myślą jej rodzice. Teraz chciała skupić się na przyszłości, na dziecku, na lepszym jutrze. Po co tracić czas i energie na coś, co nigdy tak naprawdę nie działało prawidłowo. Czy nie lepiej odpuścić i zamiast wciąż patrzeć wstecz i przeżywać wszystkie małe błędy na nowo, po prostu patrzeć przed siebie, zawsze przed siebie i w przyszłość?

– Hmmm… Pytam dlatego, że ktoś musi cie poprowadzić do ołtarza. Wiem, że Hugo się nie zgodził. Więc pomyślałem, że z braku laku, ja mógłbym cie poprowadzić. Jeśli takie jest twoje życzenie oczywiście.

Rose spojrzała na niego zaskoczona.

– Dlaczego? – zapytała cicho. – Przecież nawet nie chcesz, żebyśmy się żenili.

– Nie. Nie chcę. Rozumiem, dlaczego możecie chcieć to zrobić, nawet jeżeli się z tym nie zgadzam. Nie kochasz Lysandra. I Lysander nie kocha ciebie. Ale skoro już postanowiliście wziąć slub tak, czy inaczej, co innego mi pozostaje, jak was wspierać? Rose, myślę, że rozumiesz, że moja niechęć do tego małżeństwa nie jest osobista. Wiem, że miałaś swoje… Swoje problemy w przeszłości, ale… Cóż, ty i Lysander podjęliście już decyzję. Pewna część mnie jest nawet dumna, że oboje chcecie poświęcić tak wiele dla tego dziecka. Nie zgadzam się z słusznością tej decyzji, nigdy tego nie ukrywałem. Ale… Myślę, że nie zasłużyłaś na sposób, w jaki potraktował cię twój ojciec. Nikt z nas nie zasłużył. I na pewno nie zasłużyłaś by iść samotnie do ołtarza – westchnął cicho. – I już za chwilę staniesz się częścią tej rodziny. Nie obiecam ci, że jest normalna – zaśmiał się. – Ale jesteś mile w niej widziana, jako matka mojego wnuka i jako żona mojego syna.

– Dziękuję – Rose uśmiechnęła się, czując napływające do jej oczu łzy.

Puk!Puk!Puk!

Drzwi otworzyły się i zza nich wychyliła się głowa Hermiony.

– Przeszkadzam? – zapytała niepewnie, widząc Rolfa. – Mogłabym porozmawiać z Rose?

Mężczyzna spojrzał na nią zaskoczony, ale nie ruszył się z miejsca. Zmarszczył brwi i spojrzał pytająco na Rose. Ta wywróciła oczami w irytacji. Wcale nie miała ochoty rozmawiać z Hermioną, na pewno nie teraz, chwilę przed ślubem. Kiwnęła w końcu głową z niezadowoloną miną.

– Poczekam z dziewczętami na korytarzu – powiedział Rolf podnosząc się z miejsca. Wyminął Hermionę bez słowa i zamknął za sobą drzwi.

Kobieta popatrzyła na córkę niepewnie, ściskając w słoniach pasek od torebki. Postawiła kilka kroków do przodu, ale znów zatrzymała się, rozglądając wokół.

– Wyglądasz cudownie – powiedziała w końcu.

– Nie mów mi, że tylko po to tutaj przyszłaś? – zapytała obojętnym tonem.

– Nie, nie. Oczywiście, że nie. Ja… – zawahała się. – Rose, chciałam cie przeprosić. Ja i tata… Powiedzieliśmy rzeczy, których nie powinniśmy byli mówić. Przepraszam.

Rose spojrzała na nią gniewnie.

– Serio? Nie odzywaliście się tygodniami, odkąd powiedziałam wam o ciąży. Głupia dałam się nawet namówić Lysandrowi, by wysłać wam zaproszenie na herbatę, kiedy przeprowadziliśmy się do Hogsmeade, na które nie raczyłaś nawet odpowiedzieć! Ba! Nie odpowiedzieliście nawet na ślubne zaproszenie i to jest wszystko co masz do powiedzenia? Przyszłaś tu tylko po to, żeby mnie wkurwić jeszcze przed ceremonią? – słowa płynęły jak gorzka rzeka. Postawiła parę nerwowych kroków w bok.

– Wiem… – powiedziała cicho Hermiona. – Ja… Byłam na ciebie taka wściekła i naprawdę, naprawdę przepraszam. Ja tylko… martwię się o ciebie…

– W zabawny sposób to okazujesz.

Hermiona spuściła wzrok, przestępując z nogi na nogę.

– Rozumiem, że jesteś na nas zła – powiedziała w końcu. ­ – Ja… Chciałam ci tylko powiedzieć, że jeśli chcesz tata poprowadzi cie do ołtarza.

Rose uśmiechnęła się kręcąc głową z niedowierzaniem.

– To dlatego Hugo nie chciał mnie poprowadzić, prawda? – zapytała, choć doskonale znała odpowiedź.

– Hugo pomyślał, że to byłaby dobra okazja, żeby się pogodzić. Ron… Wiesz, że on czasem mówi różne rzeczy w gniewie…

– Gdyby naprawdę żałował tego co powiedział to stałby tutaj z tobą – ucięła Rose. – A skoro nie jestem już jego córką, byłoby głupio, gdyby prowadził mnie do ołtarza – dodała chłodno. – Poza tym, mam silne przeczucie, że ta cała nagła chęć uczestniczenia w ceremonii jest spowodowana tylko jednym, co powiedzą ludzie?

– Rose…

– Rolf poprowadzi mnie do ołtarza – ucięła dziewczyna.

– Rose, już czas – Elaine otworzyła drzwi bez pukania, rzucając Hermionie chłodne spojrzenie.

 

*

Damien Rice – Accidental babies

 

Lorcan otrzepał niewidzialny kurz z ramion brata, przyglądając się jego odbiciu z zainteresowaniem. Nigdy nie pomyślałby, że to Lysander stanie pierwszy pod ołtarzem, chociaż więcej niż raz zdarzyło mu się pomyśleć, że na pewno pierwszy zostanie ojcem. I jakaś część jego cieszyła się, że padło akurat na Rose, zamiast jakąś przypadkową, głupią dziewczynę z klubu, lub gorzej, Dominique. Może to i lepiej, że wszystko tak się ułożyło? Znał Lysandra wystarczająco dobrze by wiedzieć, że taki obrót spraw oznaczał definitywny koniec jego długiej historii z Dominique.

Spojrzał nerwowo na zegar wiszący na ścianie. Może zmieniła zdanie? Może po tym, jak Scorpius posłał ja do diabła, zrezygnowała z interwencji. W końcu nigdy dotąd nie musiała się naprawdę o Lysandra starać. Ale tym razem było inaczej, po ceremonii byłby poza jej zasięgiem, nawet ona musiała to wiedzieć. Czyżby zamierzała popsuć samą ceremonię? Nie, nawet ona nie była na tyle bezczelna. Bill zapewne osobiście wyprowadziłby ją z kościoła.

– Lys, wiesz, że nie musisz tego robić – powiedział Teddy poprawiając swoją muchę. – Rose zrozumie.

– Ale jeśli uważasz, że tak będzie lepiej, to wiesz, też super – dorzucił James, przepychając się przed Lysandra, by poprawić włosy.

– A ty? – zapytał Lysander, odwracając się do Lorcana. – Jakieś sugestie? – dodał, choć wiedział doskonale, że nie uzyska odpowiedzi.

– Myślę, że każdy ma prawo do własnych decyzji. Czy słuszne czy nie, tylko czas pokaże.

– Powinieneś być politykiem – zaśmiał się Teddy.­ – Ale może masz racje. Heh, nadal nie dowierzam że nasz naczelny kawaler…

Urwał, kiedy drzwi otworzyły się z impetem. Wszyscy mężczyźni spojrzeli na dziewczynę, zastygając bez ruchu. W pomieszczeniu zapadła niezręczna cisza, przerywana tylko ciężkimi oddechami dziewczyny i zniesmaczonym spojrzeniem Lorcana, którego dezaprobatę dało się niemal usłyszeć w powietrzu.

– Dominique?

Spojrzała na niego dysząc ciężko. Jej włosy były w nieładzie, nie miała na sobie makijażu i jej oczy szkliły się niebezpiecznie.

– Możemy porozmawiać? – zapytała świdrując wzrokiem Lysandra.

– Nie przypominam sobie, żebym wysyłał ci zaproszenie – odpowiedział odrywając od niej wzrok, poprawiając mankiety koszuli.

– To nie może czekać! Proszę!

– Domi – zaczął niepewnie Teddy.

– Lys, proszę!

– Dobra – powiedział wywracając oczami. – Masz dwie minuty. Trochę mi się spieszy – dodał kiwając głową Lorcanowi.

Ten skrzywił się nieco spoglądając na zadowoloną minę dziewczyny, ale machnął ręką na Teda i Jamesa, by wyszli z nim na korytarz.

– Więc to prawda – wyszeptała podchodząc bliżej szybkim krokiem, gdy tylko zamknęły się drzwi za drużbami. – Żenisz się z nią.

Lysander spojrzał na nią poważnie, zastanawiając się dlaczego postanowiła go dręczyć nawet w taki dzień. Czy nie dość się przez nią nacierpiał? Mieli swoją szansę, nawet nie jedną, nie dwie. Kiedyś, dawno temu wyobrażał sobie, że może kiedyś to oni skończą na ślubnym kobiercu, kiedyś, kiedy jeszcze nie zniszczyła go doszczętnie. Ale minęły lata odkąd przestał się łudzić. Dawno temu przestał żyć marzeniami i pogodził się z gorzką rzeczywistością, Dominique nigdy nie byłaby tylko jego. I może gdyby nie Rose i Scorpius i wszystko, co wydarzyło się pomiędzy, nigdy nie zebrałby w sobie odwagi by wreszcie zamknąć ten rozdział w sowim życiu.

– Czego chcesz? – zapytał zrezygnowany, marszcząc brwi.

– Nie rób tego – złapała go za kołnierz marynarki. – Nie żeń się z nią.

– Co? – wydukał zaskoczony.

– Błagam cię, Lys, nie żeń się z nią – po jej policzkach popłynęły łzy. – Zmieniłam się, przysięgam… Wiem, że cie zraniłam i nigdy nie byłam wobec ciebie fair, ale przysięgam na wszystko, że się zmieniłam! Nie zeń się z nią, nie kochasz jej! Kochasz mnie! A ja kocham ciebie! – jej głos drżał przy każdym wypowiadanym słowie.

Prychnął cicho, odwracając wzrok. Zdawało mu się, że po raz kolejny ma deja vu. On wyprany z cierpliwości, i ona tak słodko błagająca. Może tym razem było inaczej, zazwyczaj przychodziła do niego ubrana w najlepsze szaty, uśmiechając się słodko, obiecując poprawę, choć jej oczy niemal krzyczały, że nie zamierza się zmieniać, nie dla niego. I niemal było mu żal, kiedy stała przed nim w tak godnym politowania stanie, wylewając zdawało się, szczere łzy. Ale nawet jej szczerze łzy nie mogły zmienić rzeczywistości.

– Przysięgam! Będę tylko twoja, będziemy szczęśliwi, oboje. Proszę cię!

– Wierze ci – powiedział cicho, patrząc jej głęboko w oczy.

– Naprawdę? – zapytała uśmiechając się przez łzy.

– Tak. Ale nie zamierzam tej wiary testować na sobie, Domi – wymruczał jej do ucha, po czym odsunął głowę na bezpieczną odległość, zanim jej słodki zapach otępi jego zmysły.

– Lys…

– Dom, proszę cię! Próbowaliśmy. Nie raz, nie dwa i nie trzy, zawsze kończyło się tak samo – żachnął się stawiając kilka nerwowych kroków w bok. – Nawet gdyby… Nawet gdyby Rose nie była ze mną w ciąży, wątpię, że kiedykolwiek mógłbym ci jeszcze zaufać.

– Zmieniłam się! Przysięgam!

– Więc to udowodnij i odejdź. Jeśli naprawdę kochasz mnie tak bardzo, jak twierdzisz…

Nie dokończył, kiedy podeszła do niego energicznym krokiem, wzięła jego twarz w dłonie i pocałowała czule.

Spojrzał na nią oddychając ciężko, jej twarz zaledwie milimetry od niego. Przełknął głośno ślinę.

– Do widzenia, Dominique – wyszeptał, po czym niemal wybiegł z pomieszczenia, udając że wcale nie słyszał jej szlochu i jej błagalnych szeptów, by jej nie zostawiał.

 

*

Maciej Zieliński – Pierwszy Pocałunek

 

Rolf uśmiechnął się biorąc pod ramię Rose.

– Gotowa? – zapytał.

Dziewczyna kiwnęła głową, biorąc głęboki wdech. Wciąż zdawało jej się, że ciąża i ślub to tylko sen, to nie działo się naprawdę. Czas płynął w tak dziwny sposób, zaledwie kilka tygodni odkąd dowiedziała się o dziecku, a zarazem milion lat od kiedy powiedziała Scorpiusowi i Lysandrowi. Całe wieki odkąd powiedziała rodzicom. I zdawało jej się, że była w rodzinie Scamanderów od zawsze choć tak naprawdę to przecież tylko kilka tygodni.

– Rose, wyglądasz zabójczo – poczuła całus na policzku.

– Lorcan? – zapytał ostro Rolf. – Czemu nie czekasz pod ołtarzem?

– Musiałem coś załatwić – wyszczerzył się. – To ja już lepiej dołączę do Lysandra – dodał pod rozjuszonym spojrzeniem ojca, po czym zniknął za drzwiami kaplicy.

– Poczułeś to? – zapytała Rose. ­

– Whiskey. A zawsze myślałem, że Lorcan to ten rozsądniejszy – skrzywił się.

– Proszę cię – zaśmiała się Rose. – Lorcan tylko lepiej się ukrywał.

– Wiesz – powiedział Rolf przyglądając jej się poważnie. – Chyba już nie zmienisz zdania co do ślubu, więc mogę z czystym sumieniem to powiedzieć. Cieszę się, że to ty, a nie Dominique. Może i nie kochasz Lysandra, ale przynajmniej o niego dbasz – uśmiechnął się. – A wydaje mi się, że tego teraz potrzebuje. A teraz chodźmy.

Rolf pstryknął palcami i drzwi kaplicy otworzyły się przed nimi na ościerz. Powietrze wypełniło ciche dudnienie weselnego marsza, goście powstali z miejsc. Postawili krok do przodu, potem kolejny. I Rose nie mogła oprzeć się wrażeniu, że kroczy do zupełnie nowego rozdziału w życiu. Nie do końca tak wyobrażała sobie swój wielki dzień. Od lat widziała pod ołtarzem Scorpiusa, ale to nie Scorpius na nią czekał. Lysander uśmiechnął się do niej. On też miał w oczach tą szaloną nerwową niepewność. Może popełniali błąd? Może za pięć lat będą doszczętnie się nienawidzić i rozmawiać ze sobą za pomocą adwokatów by ustalić choćby datę imprezy urodzinowej dla dziecka?

Spojrzała w bok na zebranych gości. Nie spraszała całej rodziny. Nie widziała potrzeby zapraszania wujka Percy’ego z którym zamieniła trzy słowa w przeciągu ostatnich pięciu lat. Nie zapraszała Albusa, z którym nie rozmawiała od dłuższego czasu. Nie zapraszała Scorpiusa, to by było nazbyt trudne, dla wszystkich. Zaprosiła rodziców tylko i wyłącznie za namową Lysandra. Hermiona uśmiechała się lekko spoglądając na nią z zachwytem. Może miała nawet w oczach łzy? Nie, to zapewne światło padło pod złym kątem, igrając z jej polem widzenia. Ron stał obok, patrząc prosto na ołtarz z poważną miną, jakby wcale jej nie zauważył. Może wcale nie zamierzał przychodzić, uginając się jedynie pod namowami Hermiony i matki. Harry i Ginny szczerzyli się do niej wesoło, razem z Natalie i dziećmi, Jamie czochrał włosy Grace, kiedy ta energicznie machała do niej ręką. Draco i Astoria uśmiechali się smutno, zapewne też, tak jak ona, inaczej wyobrażali sobie dzień jej ślubu.

Nim się spostrzegła, Rolf już oddawał jej dłoń Lysandrowi. Pociągnęła nosem i zmarszczyła nieco brwi.

– Ty coś piłeś? – wszeptała.

– Tylko kieliszek Ognistej na nerwy – odpowiedział spoglądając w bok.

– Hmm… – mruknęła zerkając na stojącego za jego plecami Lorcana. – Twój brat chyba wypił więcej niż kieliszek – uśmiechnęła się łobuzersko.

– Ekhem… – odchrząknął mistrz ceremonii, przyglądając się im z nieukrywaną dezaprobatą. – Możemy zaczynać?

– Gotowa? – zapytał.

– Gotowa – powiedziała wypuszczając głośno powietrze.

 

*

Maciej Zieliński – Zapatrzenie

Elaine zmarszczyła brwi i skrzyżowała ramiona na piersi.  Przy sole zostały same kobiety, faceci po kolei wykruszali się na parkiet, by zatańczyć ze starszyzną, bądź porozmawiać o polityce lub Quidditchu z męską częścią gości. Młodsze kobiety chętnie zajęły ich miejsca przy głównym stole.

– Co? – zapytała z niedowierzaniem.

– Elaine, daj spokój, to przecież normalne – powiedziała Eva, przysłuchując się rozmowie tylko połowicznie, większość jej uwagi skupiała się na tańczących nieopodal Grace i Jamiem.

– Elaine, jestem jego żoną. Ty też nie zostałaś przy panieńskim – powiedziała beznamiętnie Rose.

– No tak, ale ja i Frank przynajmniej planujemy być ze sobą do końca życia – odpowiedziała cicho Elaine. Może weselny stół nie był najlepszym miejscem na dyskusje, ale jakaś część jej nadal wierzyła, że Scorpius i Rose się odnajdą, ale Rose mogłoby się zdawać, była zdecydowana by zedrzeć po kolei wszystkie warstwy nadziei. Najpierw zamieszkała z Lysandrem. Potem za niego wyszła. Przyjęła jego nazwisko i niedługo miała urodzić mu dziecko. Tupała nerwowo noga na myśl, że może Mia miała rację. Może Rose rzeczywiście zakocha się w Lysandrze. Może i on zakocha się w niej.

– Ja po prostu… – rozejrzała się wokół, jakby chciała upewnić się, że nikt oprócz jej druhen jej nie usłyszy. – Ja po prostu nie chcę być już Weasley. Ta cała sprawa z ciążą… To już było za dużo. Tak naprawdę ulżyło mi kiedy poszli sobie po pierwszym tańcu.

– Proponuje toast! – zawołała Natalie z drugiego końca stołu.

– Za co wypijemy? – zapytała Lily unosząc szklankę wody.

– Za naszych przystojnych mężów – Natalie wyszczerzyła się łobuzersko spoglądając na Evę. – I przyszłych przystojnych mężów.

Wszystkie dziewczyny spojrzały pytająco na Evę, ale ta zaśmiała się tylko w odpowiedzi.

– Mi nic o tym nie wiadomo – odpowiedziała. – Ale chętnie wypije za naszych przystojnych mężczyzn.

– Za naszych przystojnych mężczyzn! – powtórzyły dziewczyny.

– Lily, czemu wznosisz toast wodą? – zapytała Roxanne z widoczną odrazą na twarzy.

– Ja? Ja tylko… Och, nie ważne! I tak prędzej, czy później wszyscy się dowiedzą – powiedziała wywracając oczami. – Płyniemy z Rose na tej samej łajbie.

– Merlinie! Gratulacje! – zawołała Eva, za nią gratulacje popłynęły niemal jak rzeka ze wszystkich stron.

Rose uśmiechnęła się szeroko. Przyszły rok zapowiadał się szczęśliwie dla babci Molly. Tyle prawnuków do rozpieszczania! Los nie mógł być dla niej milszy.

­– Elaine, ciebie też dziś nie widziałam z kieliszkiem w ręce – Eva uśmiechnęła się łobuzersko, kiedy większość stołu zajęta była zagorzałą dyskusją z Lily.

– Co? – zapytała Elaine spoglądając w bok, szukając wzrokiem swojego męża.

– Merlinie! – Rose zakryła dłonią usta. – Ty też jesteś ciąży! – dodała oskarżycielskim tonem.

– Okej, okej, nie ma potrzeby oznajmiać całemu światu – zirytowała się Elaine, rozglądając się wokół, jakby chciała się upewnić, że nikt nie słyszał ich wymiany zdań.

– Czemu nic nie powiedziałaś? – zapytała Eva, wciąż zaskoczona. Była pewna, że umiar alkoholowy był spowodowany groźbą powrotu Dominique.

– Ja… W sumie dowiedziałam się parę dni temu. Frank jeszcze nie wie – powiedziała cicho.

– Myślałam, że nie planowaliście dzieci tak szybko? – zapytała zaskoczona Rose, uśmiechając się szeroko. – W sumie, nigdy nie słyszałam, żebyś mówiła, że planujesz je w ogóle.

– Bo nie planowaliśmy – przyznała skrepowana Elaine. – Na naszym miesiącu miodowym trochę nas poniosło… nie byliśmy tak skrupulatni z antykoncepcją jak powinniśmy… Wiecie, plaża, drinki, zajebiście przystojny facet u twego boku… No i przed ślubem byłam tak zdenerwowana tymi snami, że się od niego odsunęłam, więc jak jeszcze doszedł do tego pewien niedosyt i tęsknota… Ekhem. No wiecie.

Eva wyściskała ja mocno, całując w policzek.

– Będziecie świetnymi rodzicami.

– Gratuluję – powiedziała Rose uśmiechając się szeroko. – Sorki, że zmieniam temat, wiecie gdzie zniknęła Mia? Nie ma jej i nie ma. Miała mi pomóc wykaraskać się z kiecki, a tak szczerze zaczynam się robić śpiąca. No i jeśli nie poratuję Lysandra będzie miał kaca przez tydzień, James chyba się uparł, żeby wlać w niego tyle alkoholu ile mu się uda zanim Harry go przegoni.

– Pewnie poszła przyprawiać Markowi rogi, korzystając z jego nieobecności – rzuciła Elaine obojętnie.

Eva wywróciła oczami, wzdychając głośno. Jeśli kiedykolwiek miała nadzieje że Mia i Elaine będą przynajmniej na neutralnych stosunkach, zostały rozwiane za każdym razem gdy Elaine otwierała usta.

– Wiesz doskonale, że poszła upewnić się czy pokój dla nowożeńców jest przygotowany – skarciła ja Eva, wywracając oczami. Pewne rzeczy nigdy sie nie zmieniały.

 

 

***

Anthony Greninger – A heavy heart

 

 14 Luty

– Przyj!

– Aaaaargh! Gdzie ON JEST?!!! – wrzasnęła Rose.

– W drodze, jestem pewna, że niedługo się pojawi – powiedziała Eva ściskając dłoń Rose.

Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wpadł Lysander, zziajany, z szeroko otwartymi oczami. Włosy sterczały mu we wszystkich kierunkach, zupełnie jakby łapał się za głowę kilkakrotnie i targał je w panice. Podszedł do Rose i złapał ją za wolną dłoń.

– Rose! Jeszcze raz! Przyj!

– AAARHGH! To TWOJA WINA! – warknęła rzucając Lysandrowi mordercze spojrzenie. Włosy kleiły jej się do twarzy i była pewna że za chwilę umrze albo pęknie.

– PRZYJ!

 

*

 

Lysander trzymał w dłoniach małe zawiniątko, uśmiechając się pod nosem. Był pewien, że dziewczynka wyczuwała drżenie jego dłoni, ale przyglądała mu się z zaciekawieniem, machając dłońmi, jakby chciała mu powiedzieć, ze zamierza dać mu popalić, że urośnie, zanim ten zdąży powiedzieć dzieci. Że będzie musiał odganiać od niej potencjalnych partnerów, że będzie musiał chodzić na jej taneczne recitale. Że sprawi, że będzie najszczęśliwszym mężczyzną na świecie.

I może to był znak, że przyszła na świat właśnie tego dnia, w walentynki. Może to był dobry omen, że jej życie będzie znacznie szczęśliwsze od tego, które wiedli jej rodzice. A może, może to było przypomnienie, że choć życie nie wyglądało tak, jak sobie zaplanowali, nie byli przecież nieszczęśliwi. A teraz mieli i ją, tą niewielka istotę, która już skradła jego serce. I czy mógłby jeszcze kiedyś coś pokochać mocniej?

Spojrzał na śpiącą na łóżku nieopodal Rose i uśmiechnął się pod nosem. Może nie potrafił pokochać jej tak, jak kochał Dominique, ale jego miłość do Dominique wydała mu się śmiesznie mała, za każdym razem, kiedy patrzył na swoja córkę. A Rose dała mu ten skarb, który teraz trzymał w dłoniach i wiedział, że pewna cześć jego zawsze będzie ją za to kochać i być wdzięczna.

– Lysander.

Spojrzał w bok na swoje własne odbicie, ostrożnie, by nie przekręcić ramion i może niechcący skrzywdzić niemowlę. Lorcan uśmiechnął się szeroko podchodząc bliżej. Wyciągnął palec, szybko złapany przez dziewczynkę.

– No hej… – powiedział cicho, uśmiech nie schodził mu z twarzy. – Jak masz na imię? – wyszeptał.

– Ellme – odpowiedział Lysander szczerząc się wesoło. – Ellme Pandora Scamander**.

– Ellme Pandora – powtórzył powoli Lorcan. – Podoba mi się – uśmiechnął się jeszcze szerzej do Lysandra.

 

 

********

Moje wspaniałe Kukiełkowiczki!

Dotarłyśmy razem do rozdziału numer 100 i muszę przyznać(i nazwijcie mnie pełną pychy), że jestem dumna z tego co do tej pory tu osiągnęłyśmy. Napisałam „osiągnęłyŚMY” dlatego, że dla mnie jesteście tak samo ważną częścią bloga jak sam tekst.  

Jestem pewna, że moje wywody nie będą trzymac się kupy ani składu, ale to jest sekcja dla autorki i nie muszę być tu składna :P

Powtórzę się po raz kolejny, kiedy powiem, że to, że jesteście, jest dla mnie największą nagrodą. Wasze komentarze często dodają mi siły i chęci, nie tylko do pisania, ale także do życia codziennego, do nie zabijania głupich ludzi, z którymi muszę codziennie rozmawiać, do cierpliwości, do przetrwania złych czasów. Nie będę ukrywać miałam ciężki rok i choć nie będę się wdawać w szczegóły, był moment, kiedy zastanawiałam się nad zakończeniem bloga, głównie z chęci ratowania związku.  Ciesze się, że nie dałam się namówić na ten atak na moje twórstwo(bo inaczej tego nie nazwę). Jeszcze przed nami wiele łez radości i smutku na Kukiełkach i mam nadzieję, że dotrwamy do końca razem :)

To zabrzmi dziwnie i kompletnie bez sensu, ale Kukiełki to dla mnie taki internetowy dom. Wiem, że ostatnio go nieco zaniedbywałam, ale wiecie, tak jak wy, też mam życie poza internetami. Ale nieważne jak długo zajmuje mi napisanie rozdziału, zawieszenie bloga, po raz kolejny wam obiecuję, nigdy nie wejdzie w grę(chyba że będę śmiertelnie chora i nie starczy mi czasu. Tak wiem, na pewno jestem duszą każdej imprezy :P).

Last, but not least,
chciałam wam wszystkim serdecznie podziękować. Za to, że jesteście i za to, że byłyście. Za każde miłe słowo, za każde zabawne stwierdzenie. Za wszystkie szalone teorie.

 Bóg wie, że nieraz i nie dwa, wasze komentarze sprawiały, że dałam radę przetrwać dzień. Czasem poprawiały mi humor całymi tygodniami. Bardzo często do nich wracałam w chwilach kryzysowych i chcę, żebyście wiedziały, że w dużej mierze to wy dałyście mi siłę i chęci by pokierować moim życiem w dobrym kierunku. No i jak mogłabym po prostu skończyć to opowiadanie tak bez ostrzeżenia, kiedy zostałam nazwana nawet „królową fanfików”. Szczerze? Ludzie mogą myśleć, że to żałosne, ale uważam to za moje największe życiowe osiągnięcie i jestem z tego dumna :D Chrzanić te wszystkie dyplomy i kursy, które zrobiłam. Żadne z nich nie dało mi tyle radości co wy :)

Xoxo

Wzruszona, wdzięczna i zawsze was kochająca

Hippie

 

 

PS Co powiecie na małą zabawę? Sto rozdziałów to całkiem sporo, więc na pewno macie jakąś ulubioną scenę w całych Kukiełkach(bądź sceny :D).

 

*Bertie Moore – w razie, gdybyście zapomniały, Bertie to dawny znajomy Astorii i Willa Monae. To on znalazł Willa w górach i oddał go Evie.
**Tak, wiem co powiecie. Ellme? Serio? Ale zanim mnie zasypiecie propozycjami lepszych imion, pamiętajmy, że a) czarodzieje w Anglii mają taki nawyk dawania dzieciom bardzo starych angielskich imion i b) Ellme zdecydowanie bije Walburgę, Clarimundę i Ermintrudę(znalazłam nawet imię Housewife w starych kronikach, co dosłownie znaczy kura domowa/gospodyni i jest nadal używanym słowem.  Dlaczego ktoś chciał nazwać córkę kura domowa/gospodyni, nie wiem. Może ją przechrzcił, bo nie chciała być posłuszną żoną, która cały dzień usługuje mężowi), musicie przyznać.  Jest jeszcze c) znam chyba z milion pięknych staroangielskich imion, ale kiedy mi są potrzebne, wszystkie nagle chowają się w zakamarkach pamięci, więc musiałam  polegać na wujku Google.Pandora to imię babki Lysandra, matki Luny, więc wydaje mi się, że jest możliwe, że uczciłby pamięć po babce dając swojej córce jej imię. A tak w ogóle to cieszcie się, że Rose się postawiła i że to nie jest Pandora Ellme. Wtedy dopiero mogłybyście narzekać. Chociaż w sumie… Pandora Scamader… Hm…

PS2: Chciałabym gorąco przeprosić Happiness. Za co? Ano, czasem czytam kilka rozdziałów do tyłu, żeby sprawdzić, czy czas w opowiadaniu mi się zgadza. Więc pisząc ten setny rozdział skoczyłam w tył az do rozdziału 86. Jak się okazuję, ukazał się on jakis rok wczesniej, na urodziny Happiness.  W czym więc zawiniłam, na pewno się zastanawiacie. Ha! Tym, że mam okropne wyczucie czasu! Otóż rozdział 86, ten urodzinowy dla Happiness to ten, w którym Scorpius przyznaje się Rose do zdrady. Rozdział 99, który ukazał się rok później również w urodziny happiness to ten, w którym Rose wyznaje, że jest w ciazy z Lysandrem. Wiedziałam, że jestem kiepska w prezenty, ale az tak? Przysięgam, że nie robie tego specjalnie! Wybacz, Happiness!

 

16 Komentarze

  1. Wybaczam :)
    A przynajmniej nie zamierzam Cię odszukać i zabić za niewesołe prezenty urodzinowe.
    Ale cieszę się niezmiernie, że rozdział setny nie wypadł na moje urodziny, mówiąc szczerze.
    Po 99. miałam jeszcze jakieś nadzieje, że to się jakoś rozwiążę.
    Teraz… Cóż… Zmilczę niecenzuralne komentarze.
    Ekhm, ekhm, … wszystkiego najlepszego z racji jubileuszu!
    Szczerze podziwiam za wytrwałość i trzymanie się swoich marzeń i zainteresowań mimo krytyki otoczenia, zwłaszcza tego bliskiego.
    Życzę takiej wytrwałości w innych dziedzinach życia i wiary we wszystkie swoje dzieła ;)
    Zdecydowanie nie wrzucasz muzyki na próżno – przyjemniej się przy niej czyta, zastanawiam się też nad stworzeniem z niej swojej listy do nauki (bo część jest bez słów), na razie zadowalam się soundtrackiem z LOTR, bądź ThePianoGuys, Lindsey Stirling, itd.
    I, chciałabym kolejny raz pomarudzić na pewien aspekt kukiełek – otóż przeskoki czasowe (i mam wrażenie, że nie jestem w tym odosobniona) dość mocno utrudniają odbiór i ciężko jest się nie pogubić wśród zmian zachodzących w bohaterach, szczególnie, kiedy nie czytasz wszystkiego na raz jako jedną całość, tylko w odcinkach z dość dużą przerwą i musisz sobie przypominać nie raz, kto jest kim, etc., a zmiany w nich zaszłe i przeskoki nie ułatwiają ułożenia sobie akcji w głowie.
    To taka mała rada na przyszłość.
    Wiem, że jakbyś miała rozpisywać się odnośnie wszystkiego, kilka wieków pisania nie starczyłoby, żeby zawrzeć wszystko, co pierwotnie miało być zawarte, ale lubię marudzić czasami. Nawet często.
    Z Twojej rozmowy ze Smile wnioskuję, że zamierzasz rozdzielić, przynajmniej na trochę, Evę i Jamiego. Jeśli Grace i Jamie będą cierpieć przez Twoje niecne plany, wiedz, że jesteś złym i okrutnym człowiekiem.
    A jeśli nagle zamarzy Ci się zniszczyć idealny i cukierkowy obraz Jamiego utkwiony w mojej głowie i każesz zrobić mu coś skrajnie głupiego/okrutnego, wiedz, że Ci nie wybaczę. Choć jego oszczędź, proszę.
    Co do rozdziału – wszystko, tylko nie ten ślub. Dlaczego?
    Nie mogli po prostu razem mieszkać i się opiekować?
    Żeby chronić uczucia dziecka, któremu inne będą wmawiać, że to b. złe, że rodzice mieszkają bez ślubu? To nie średniowiecze. A Ci, którzy ją wspierają, wyjaśniliby dziecku wszystko.
    Z przekonań moralno-etycznych Rose?
    Po tym wszystkim? Wątpię. Inaczej choć raz zająknęłaby się na temat Evy i Jamiego a tego nie zrobiła.
    Z przekonań Lysandra? Nie sądzę, jest raczej liberalny w podobnych kwestiach. Z przekonań rodziny / znajomych?
    Ci, którzy ją wspierają, wspieraliby ją również bez ślubu, ślub nie zmieni zaś opinii tych, którzy się od niej odwrócili.
    Najbardziej prawdopodobne wyjaśnienia, jakie przychodzą mi do głowy, to te o ogólnym zagubieniu Rose i Lysa i szukaniu jakiegoś sprawdzonego wyjścia, choćby niezbyt rozsądnego oraz obawa o szykany ze strony innych dzieci, z jakimi mogłaby spotkać się Ellme. Chociaż dzieci są, jakie są, zawsze znajdą jakiś powód do nienawiści i dręczenia a i bez tego jej rodzice nie są najbardziej niewinni, także zdaje się to być zabiegiem pozbawionym sensu.
    Chyba że… (uwaga, uwaga nadchodzi teoria spiskowa!) daje to Rose/dziecku jakąś dodatkową formę ochrony i dlatego do tego doszło, oczywiście bez wiedzy Rose o tym?
    Rozumiem i akceptuję chęć stworzenia dziecku domu, ale do tego nie jest potrzebny ślub, w żadnym wypadku. Myślę, że prędzej stałby się zawadą i zadrą w relacjach niż rzeczywistym filarem spajającym rodzinę.
    Aigoo…
    Cieszę się z pogodzenia Draco i Rose, brakowało mi ich duetu.
    Ech, było to jedno z nielicznych opowiadań, w których nie gardziłam Ronem. Nie przepadałam za nim, owszem, ale nie gardziłam. Teraz się to zmieniło. Hermiona tylko utwierdziła mnie w negatywnych uczuciach proponując Rose, ze wszystkich ludzi właśnie jej, aborcję.
    /pora na wspomnienia, to przecież jubileusz/
    Przyznam szczerze, że pierwsze rozdziały działały na mnie bardzo depresyjnie, nie wiem właściwie, jak to się stało, że przez nie przebrnęłam, chyba z czystego masochizmu. Mam wrażenie, że jakbym hurtowo przeczytała szeroko rozumiane ostatnie rozdziały, doznanie byłoby podobne. To źle, Hippie, to bardzo źle…
    Wiem, że bardzo dawno temu uznałam, że moim ulubionym rozdziałem jest ten, w którym Scorpius ograł Rona w szachy.
    Nie wiem czy wciąż nim jest, ale nie mam lepszego kandydata. Na pewno uwielbiam scenę gry w szachy, tak jak scenę, w której Eva i Jamie się zeszli, uwielbiam mnóstwo scen z Grace, Scorem i Rose, Jamiem, Evą.
    Ciężko wybrać i ciężko powiedzieć dokładniej.
    Trzymaj się ciepło, nie daj się pochłonąć internetowemu życiu, nie ceń go ponad rzeczywiste, chwytaj wszystkie radości w życiu i realizuj swoje pasje!
    Weny i uśmiechu!
    Happiness

    • Cieszę się, że nie wzięłaś sobie tych feralnych prezentów do serca. Ja normalnie sama z siebie się zaczęłam śmiać, kiedy tylko się zorientowałam. Takie przypadkowe ‚wpadki’ to cała ja, więc naprawdę doceniam, że mnie jeszcze nie spisałaś na straty :)

      Rozumiem twój zawód, ale życie(ani opowiadanie) jeszcze się nie skończyło, wiec nadzieja na happy end zawsze jest(nawet jeśli nie taki, na jaki liczyliśmy).

      Życzenia wytrwałości chętnie przyjmę, bo ostatnio o nią coraz ciężej, zwłaszcza kiedy prokrastynacja jest o tyle zabawniejsza…

      Tak, wiem, te przeskoki wciąż się pojawiają i niestety są nieuniknione. Rozumiem że z moim tempem dodawania rozdziałów ciężko to ogarnąć i naprawdę chciałabym szybciej dodawać rozdziały, ale ciężko jest w życiu wszystko ogarnąć. Dwie prace, szkoła(zaoczna, bo zaoczna, ale prace na zaliczenie trzeba oddać), plus jeszcze trzeba zrobić zakupy, posprzątać, coś ugotować, wypadałoby od czasu do czasu się trochę posocjalizować z ludźmi i puff! Czasu brak :/ Ale jeśli to jakieś marne pocieszenie, myślę intensywnie jakby tu wykminić więcej czasu na pisanie. Ale za rade dziękuję i przyjmuję do wiadomości :)

      Ekhem, żeby była jasność, ja tu nikogo nie rozdzielam, oni sami sobie życie komplikują, ja tu tylko piszę :P Po za tym, chyba akurat Eva i jamie zasłużyli na trochę spokoju. Nie twierdzę, że jest im dany, ale wiesz, ja w komentarzach nigdy wam nie zasugeruję właściwego planu na przyszłość, także wszystko co sugerują bierzcie z przymrużeniem oka.

      Ach, ten ślub, ten ślub. Czemu akurat ślub? Z tego samego powodu co 80 % ludzi mężatych, których znam – z braku lepszej opcji/wizji przyszłości. Pomyślisz, przecież są młodzi et cetera. No ale tak serio.
      Lysander, facet w przedziale 30-35, wszyscy znajomi już są po ślubie, już mają dzieci albo dzieci w drodze. On miał romantyczna wizje małżeństwa z kobietą, którą szaleńczo kochał(Dominique), co go właściwie doszczętnie zniszczyło, a tu teraz Harry sugeruje żeby ochajtał się z matką swojego dziecka, dziewczyną, którą lubi, szanuje, seks jest dobry. Nie muszą sobie nawzajem ściemniać, bo jakby nie było w sumie się nie kochają w takim romantycznym sensie(a ludzie mogą mówić co chcą, najwięcej ściemniamy ludziom, na których nam najbardziej zależy). Więc z punktu widzenia Lysandra, czemu nie?
      A Rose? Straciła faceta, którego kochała, no bo nie zapowiada się, żeby nagle klęknął przed nią i powiedział, że zajmie się nią i dzieckiem. Jest przerażona wizją macierzyństwa. Jej rodzice się właściwie na nią wypięli. Jej wszystkie koleżanki już mężate, dzieci w drodze, albo w planach. A tu taki Lysander, który nie dość, że jest ojcem jej dziecka, to się o nią troszczy i jest dla niej dobry, to jeszcze jego rodzina traktuje ją jak swoją.
      Dla mnie czy dla ciebie takie myślenie może być głupie, bo są jeszcze młodzi, z łatwością ułożyliby sobie życie, ale przeważnie jest tak, że ludzie, którzy przechodzą przez ciężki czas(a umówmy się nie był najłatwiejszy dla nich obojga) nie patrzą obiektywnie na sytuację. Dla nich ten plan jest jak manna z nieba i rozwiązanie wszystkich problemów, jednego dnia są dwójką popaprańców ze złamanymi sercami i nikłymi szansami na świetlaną przyszłość(a dodaj do tego jeszcze zagrożenie w Francji), a drugiego są szczęśliwym młodym małżeństwem z uroczą córeczką, małym fajnym domku w małym miasteczku z białym płotem i kociakiem. Ja i ty wiemy, że to jest trochę taka farsa, ale ludzie uwielbiają się oszukiwać. A ja zawsze staram się coś przekazać moimi wypocinami i tym razem chciałam pokazać światu, że tylko dlatego, że wydaje ci się, że jesteś na samym dnie szamba, to wcale nie musi być prawda. Może gdybyś postawiła parę kroków poza strefę komfortu zobaczyłabyś, że tak naprawdę stałaś tylko w kałuży. I myślę, że Rose i Lysander są idealnym przykładem ludzi, którzy za szybko poddali się w życiu.

      Zabawne, że wspomniałaś o takiej… melancholijności pierwszych i ostatnich rozdziałów. Znam Bezczelną kawałek i wiem, że kiedy zaczynała Kukiełki była w dość ciemnym miejscu w życiu. I dało się to odczuć w jej pisaniu. I dla mnie jest to zabawne, bo zawsze uważałam, że moje życie nie ma wpływu na pisanie. A ostatnie rozdziały, cóż, ostatni rok nie był dla mnie za wesoły i to widać. Nawet ja to widzę. I w większości wyszłam z dołka, więc będę zabiegać, by zrobiło się nieco lżej, bo sama zdaję sobie sprawę, że musi być strasznie ciężko czytać ciągle takie smęty. I wiem, że to źle, przyjmuję to na klatę i obiecuje prace nad sobą, dla siebie samej i dla was, żebyście za bardzo nie smutały :)

      Do sceny z szachami i zejścia się Evy i Jamiego mam słabość, ale chyba moim faworytem na zawsze zostanie finał olimpiady z Eliksirów, kiedy Scorpius oskarżył Rose przy wszystkich o romans z Draco, a ta widząc jego ‚dowody’ praktycznie rzuciła się na niego z pięściami :D

      xoxo
      Hippie

      • Tu naprawdę nie chodzi o happy end (chociaż bardzo takowe lubię), ale wolę już mniej szczęśliwe zakończenie niż takie, które, moim zdaniem, nie ma sensu. Serio. Jak na przykład zakończenie jednej z książek od Cassie Clare, nie powiem której, żeby nie spoilerować. Jakby zakończyła rozdział wcześniej, byłoby dobrze a tak to ma się wrażenie, iż na siłę starała się uszczęśliwić wszystkich. Ech…
        Ja wiem, wiem, że ludzie nie wychodzą zawsze za mąż z miłości i wcale tego nie oczekuję, z tym, że nie jest to ani wymóg społeczeństwa, czasów, rodziców czy też chęć zysku, ani też nie jest to z pragmatycznego punktu widzenia potrzebne. Więc niby rozumiem, ale jednak nie rozumiem i zastanawiam się czy sama nie zachowywałabym się głupio w takiej sytuacji. Probably nawet bardziej głupio niż Rose i Lys, więc nie mnie ich oceniać.
        I nie chodziło mi tu o to, żebyś koniecznie wyszukiwała więcej czasu na pisanie, dziewczyno, miej życie poza internetem!
        Może jakieś wyjaśnienia przy przeskokach czasowych czasami, coś w tym stylu?
        Jakiś mały dopisek, etc?
        Albo od czasu do czasu mini rozdział rozwijający inne wątki podczas przeskoku czasowego, żebyśmy wiedziała, co dzieje się z resztą kukiełkowych postaci.
        A żeby wyjść z dołka, pracuj dla siebie, nie dla innych, bo kiedy inni nie docenią włożonej przez Ciebie pracy, możesz załamać się ponownie.
        Jeśli utrzymujesz kontakt z Bezczelną i możesz, to odpowiedź, proszę, czy wyszła z ciemnego miejsca i pozdrów ją bardzo z życzeniami szczęścia. Chyba nie ujawniłam się, kiedy ona prowadziła jeszcze bloga, ale już wtedy czytałam regularnie od pewnego rozdziału.

        A ja a tą sceną nie przepadam, za samym egzaminem tak, ale za konfrontacją, która nastąpiła po nim, już nie. Jakoś tak.

        • Chyba wiem, o którą książkę ci chodzi i jeśli myślimy o tym samym to mi się wydaje, że zakończenie przyszło trzy książki za późno. Wiem, jestem straszna.

          Wiesz co ja ci powiem, że 5 lat temu też to uważałam za zupełnie nielogicznie, bo często widziałam pary, które wychodziły za mąż z powodu ciąży bez nacisków rodziny, bez nacisków religijnych czy finansowych. Ale powiem ci, że teraz inaczej na to patrze, bo mam trzy mężate siostry, które zrobiły dokładnie to samo co Rose i Lysander, tylko gorzej, bo bez ciąży. Jedna właściwie zmusiła faceta do ślubu bo jej wszystkie koleżanki już były mężate. Druga w sumie była bardzo młoda i naiwnie myslała, że wszystko co facet szukający zony mówi jest prawdą, a potem szybko pojawiły się dzieci i teraz nie ma za bardzo jak się wykręcić. A trzecia to już w ogóle masakra. I ona i jej mąż byli dokładnie miesiąc po zerwaniu ze swoimi wcześniejszymi wieloletnimi partnerami jak zeszli się razem i rok nie minął już się pobrali, a oni naprawdę nie mają nic ze sobą wspólnego oprócz wciskania kitu innym jaki to mój mąż/żona nie jest zajebisty, a przecież jak siedzisz z nimi trzy dni to od razu widać jak to naprawdę wygląda. Ale wiesz, utarli nosa swoim byłym, to się liczy :) Mam kuzynke która wyszła za maż po 6 miesiącach, bo cudowny facet, nawet jesli wciąż kochała swojego byłego, ale ten akurat też już miał 30+ i czuł presję, by założyć rodzinę, więc udawał cudownego aż do ślubu. Po ślubie masakra. A to tylko kilka przykładów. Z resztą, co ci będę podawać przykłady na innych, ja sama niemal się nie ochajtałam bo w sumie już za dużo miedzy nami nie ma, ale tyle lat razem, a już nasi znajomi w sumie wszyscy po ślubach albo zaręczeni. I pod koniec naszego związku, kiedy przebąkiwaliśmy o ślubie my już prawie nie rozmawialiśmy, więc jaki był sens? Dopiero kiedy blog wszedł w nasze rzadkie dyskusje to mi się trochę otworzyły oczy, bo to naprawdę była już ostatnia rzecz, która mi została z tej prawdziwej mnie. I wtedy stwierdziłam, że lepiej być nieszczęśliwą, samotną singielką raczej niż nieszczęśliwą, samotną żoną i to mnie o ironio, uratowało.
          Ale wbrew pozorom mało jest kobiet, dziewczyn, które dobrze się czują jako singielki w świecie, gdzie ciotki wpychają ci nawet żonatych kolegów ich synów bo „ich żony to przecież wredne suki”, żebyś tylko nie była singielką, bo to przecież taka paskudna choroba.
          I naprawdę bardzo ci życzę, żebyś nigdy nie musiała przekonywać się na własnej skórze, jak ja, jak głupie decyzje można podjąć w chwili desperacji, czy samotności.

          Wiem, że nie miałaś nic złego z tymi przeskokami czasowymi na myśli, ale znowu pisać mini rozdziały, które wyjaśniają przeskok czasowy, to znowu właściwie rozdziały będą pojawiać się jeszcze wolniej, bo zamiast skupiać się na nich, musiałabym najpierw skupić się na krótkich notkach. To takie trochę zaklęte koło. Ale naprawdę intensywnie nad tym myślę, obiecuję :)

          Ja ci powiem, że lubię ta scenę, bo pokazuje dokładnie jak durni potrafią być niekiedy faceci :) I jeszcze przypomina mi o pewnym znajomym. Nazwijmy go Felek. A więc wiesz jak nieraz idziesz wieczorem i ktoś za tobą idzie, i nie jesteś pewna, czy ktoś po prostu idzie, czy idzie za tobą? No to Felek miał taki wredny zwyczaj, że jak kobiety zwalniały, to on też, jak przyspieszały, to on też. Bo dla niego było zabawne, że je przestraszył, wiem, strasznie dojrzałe. Do czasu kiedy jedna z jego „ofiar” zatrzymała się nagle i spryskała mu oczy gazem pieprzowym, po czym tak go skopała i obdrapała, że wyglądał, jakby go stado chuliganów skatowało i to była najpiękniejsza rzecz w moim życiu. I nie wiem dlaczego, bo to niezwiązane z tematem, ale ta scena za każdym razem przypomina mi o Felku i o tej dziewczynie co go pobiła i zawsze chce mi się śmiać.

          xoxo
          Hippie

        • Ach, zapomniałabym o najważniejszym, Bezczelna już od dawna ma się dobrze. W sumie też w części zostawiła mi Kukiełki w spadku, żeby bardziej skupić się na sobie. Ale ma się dobrze.
          Pozwolę sobie zacytować jej własne słowa: „Życie mi się nie układa. To JA układam sobie życie”.

          Tak właściwie to powtarzałam sobie jej słowa jak mantrę w najtrudniejszych momentach w ostatnich miesiącach, i tak stwierdziłam, że ta nasza Bezczelna to ma jednak łeb na karku :)

          • Chyba jednak nie mówimy o tej samej książce, bo jakby wykasować trzy tomy do tyłu, to by nie istniała ;)
            A, jeśli chodzi o Dary Anioła, to się w sumie cieszę, że powstały następne, choć niektóre momenty i wątki były słabsze i mniej dopracowane. Czwarta część była nieciekawa. Ale za to bardzo podobało mi się w jaki sposób ukazana była postać Sebastiana w piątej części. I bardzo podobało mi się kilka akcji z szóstej części, w tym ta z pewnym pijanym ktosiem. Jak i akcja z pewnym demonem, choć łamała serce. I grota, mimo że cukierkowa.
            Ja już dość dawno temu doszłam do wniosku, że jeśli mam z kimkolwiek kiedykolwiek być, to musi to być ktoś, komu będę w stanie zaufać, z kim będę się dogadywać i co do kogo będę pewna, że chcę z nim spędzić życie; nie zamierzam pakować się w związki, co do których jestem niepewna, nic nie czuję szczególnego względem danej osoby, bo to bez sensu.
            I że bardziej cenię przyjaźń niż związek (w kontekście jeśli miałabym wybierać, co z dwojga mi się przytrafi a co nie, zdecydowanie wybrałabym przyjaźń). Musiałabym się z kimś zaprzyjaźnić najpierw, żeby myśleć o związku.
            I mam nadzieję, że zdania nie zmienię i nie zniszczę sobie życia beznadziejnymi decyzjami, co do których podejmowania mam tendencję.
            Może krótkie przypisy? Myśl, myśl, może coś wymyślisz^^
            Rozumiem anegdotę i powiązanie jest całkiem widoczne^^
            Myślę, że podświadomie wzorowałaś się na Felku i tej dziewczynie.
            Cieszę się, że Bezczelna ma się dobrze.
            A zacytowane słowa są jednymi z mądrzejszych, jakie słyszałam ostatnio.
            Happiness

  2. Po pierwsze chciałam przeprosić (kajając się bardzo bardzo). Wszystko czytałam (gdzieś między metrem, uczelnią, jedną a drugą pracą), ale na komentarze nie starczyło mi już czasu (głupi czas i doba 24 godzinna). A teraz do rzeczy.

    HIp Hip Hurra dla Hippie :) Niesamowita robota, niesamowite 100 rozdziałów. Życzę Ci, kreatywności, cierpliwości i wytrwałości (żeby czasem nie rzucić laptopem o podłogę w cholerę i zapalić papierosa zamiast pisać kolejne dwa tysiące słów ;) ) na następne 100 rozdziałów co najmniej. Życzenia też dla Bezczelnej, którą bardzo doceniam za rdzeń do tej historii, za jej rozpoczęcie i wielki plan, który nad tym czuwa.

    To chyba najlepszy rozdział ze wszystkich na kukiełkach :) no bo w którym jeszcze było dosłownie wszystko ? Ciąża, kłótnie, zawał, śmierć, pogrzeb, wesele i narodziny.

    Jak przeczytałam, że Rose jest w ciąży to wrzask „YES” było słychać chyba w całym centrum, a moje „30 second dance party” widziało pól wydziału. Tak się cieszę bardzo ;) Pamiętam, kiedy marudziłam, że to nie Rose i Scor zostali rodzicami Grace (do tej pory pamiętam to co wtedy powiedziała Rose „Jesteśmy popieprzeni. Oboje. Narkomanka na odwyku i kobieciarz.”) i miałaś rację mówiąc, że na wszystko przyjdzie czas. Bardzo trzymam kciuki za Lysa (którego uwielbiam <3) i Rose. Niby miłość, wielkie uczucia itd., ale to wszystko za często kończy się cierpieniem, rozstaniem, a potem latami nie można sobie ze sobą poradzić. Nie bez powodu mówi się, że najtrwalsze związki budowane są na przyjaźni. Bo miłość zaczyna dosyć szybko słaniać się na nogach, kiedy już opadnie różowa mgła i o ile nie podtrzyma jej przyjaźń łatwo może przejść w nienawiść albo zwykłą obojętność z mnóstwem ukrytych pretensji. Myślę, że w pewien sposób mają szczęście. No jasne, że każde z nich inaczej wyobrażało sobie tą chwilę, ale przynajmniej wylądowali ze sobą. Znają się na wylot, ufają sobie, zależy im na sobie cholernie (owszem nie w tym romantyczno-erotycznym znaczeniu, ale kto wie czy dzięki temu nie będzie to trwalsze) i nieco mnie zirytowało to ciągłe powtarzanie „Nie kocham Lysandra, on nie kocha mnie”, no bo hej ! przecież miłość nie jest tylko zarezerwowana dla strefy Romea i Julii. Kochać znaczy przecież, że zależy ci na kimś, że dbasz o jego szczęście bardziej niż o własne, że nie chcesz stracić tej osoby ponad wszystko. Czy naprawdę nawet w jednej dziesiątej Rose i Lys nie czują tego do siebie nawzajem ? W końcu on jest jedną z jej najbliższych osób. W końcu to właśnie on umiał przebić się przez jej mur jeszcze kiedy mieszkała we Francji, to do niego poszła kiedy widziała Pierra i w końcu do niego uciekła po rozstaniu ze Scorpiusem. I cóż (nie chcę być wredna), ale naprawdę cieszę się, że wszystko się tak ułożyło. Myślę, że wyjdzie im to na dobre. Sprawi, że Rose w końcu wszystko sobie poukłada i będzie szczęśliwa. Może nie szaleńczo szczęśliwa, jak w najlepszych chwilach ze Scorpiusem, ale zwyczajnie, spokojnie szczęśliwa. A to czasami jest dużo lepszym wyjściem niż ciągła suisoida niebo-piekło.

    Ellme ? seriously ? hmm.. no rozumiem tłumaczenie, że inne wersje były jeszcze gorsze ;) To wspaniałe, że uhonorowali matkę Luny i osobiście podoba mi się Pandora. Można by skracać na Dorę jak Nimfadora (uhonorowanie obu wspaniałych kobiet). Tak metaforycznie na odwrót, bo myślę, że ta mała raczej zamknie puszkę nieszczęść, które przydarzały się Rose (oczywiście nie mówię, że teraz to już tylko happily ever after – doświadcznie przy Hippie i Bezczelnej mówi co innego ;) ) Pandora Scamander … och <3 muszę przyznać, że to brzmi zajebiście ;)
    btw czy to się wgl jakoś zdrabnia ? Ell ? Ellie ? That will be cute <3

    No ja mam nadzieję, że nie będzie żadnej burzy Jamie-Eva ! Precyzując swoje oczekiwania : mam nadzieję, że Eva nie pozwoli by myśli o tym co mogłoby się stać zapanowały nad tym co ma. Bo ja tam wierzę w Jamiego. (od początku w niego wierzyłam, żeby nie było i muszę przyznać, że zawsze był jedną z moich ulubionych męskich postaci, ale teraz zdecydowanie wybił się na prowadzenie – ale to chyba moja słabość – muzycy o niesfornych, jasnych włosach z ciemną przeszłością, którzy wbrew wszystkiemu odnaleźli ukochaną kobietę i stali się dla niej opoką – a jak do tego dochodzą dzieci to już w ogóle padam z nóg).

    Harry. Byłam bardzo dumna. Za wszystko co zrobił. Za to jakim jest ojcem i wsparciem i to nie tylko dla własnych dzieci. Za to jak się zachował w stosunku do Lysandra. Za to, że ważniejsze dla niego były własne wartości, a przede wszystkim dobro Rose niż "solidarność" złotej trójki czy pozory. Przestraszyłaś mnie tym stanem przedzawałowym. Dzięki Merlinowi, że się wylizał.

    No i Ron. Szlak by go trafił. Żeby go nie znienawidzić do końca przypominam sobie moment jak po śmierci Olivii i próbie samobójczej Rose, wspierał córkę i to w końcu on zmusił ją do terapii z Draco, która była przecież pierwszą z rzeczy, które wyciągnęły Rose na powierzchnię. Rozmowa przy stole była trudna do czytania, bo zbyt łatwo było mi wyobrazić sobie w siebie w roli Rose. Nie mówię o konkretnej nowinie, którą miała do przekazania, ale o słowach Rona, o tym jaką porażką rodzicielską jest Rose i jak się na niej zawiódł. Trzymałam kciuki, żeby Rose była twarda. Nie prosiła, nie wyciągała pierwsza ręki na zgodę. Nie dlatego, że jestem mściwa, ale ponieważ to nie ona zrobiła cokolwiek złego. Dobrze, że Scamandrowie ją wyciągnęli z tego piekła. W sumie wkurzyło mnie to, że Ron pojawił się na ślubie. „Bo co ludzie powiedzą” bla bla bla. Rose powinna go wywalić, albo Harry, ktokolwiek.

    Luna, och słodka, rozmarzona Luna. Przyznam, że czekałam na to aż się pojawi jako mama bliźniaków ;) i bardzo bardzo chciałabym zobaczyć więcej (wyobrażam sobie jak opiekowała się Rose). Po raz pierwszy pojawił się też Ralf i muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem jego postaci. Jest wspaniałym mężem, ojcem, dobrym człowiekiem. Nie krzyczy dopóki nie jest to potrzebne. Zamiast awantury, mimo, że na pewno nie tak sobie wyobrażał życie swojego syna, wspierał ich jak tylko mógł. Pokochałam go, kiedy powiedział Rose, że należy do jego rodziny, kiedy zawołał u Weasleyów „dzieci” i było wiadomo, że ją też miał na myśli. Ostatecznie podbił moje serce kiedy poprowadził Rose do ołtarza. (I znowu pokazał swoją subtelność – nic nie narzucał, po prostu jej to zaproponował, bo „Nie zasłużyła, żeby iść do ołtarza sama”)

    Hermiona po raz kolejny mnie zawiodła (chociaż już nic nie przebije tego jak Rose leżała po próbie samobójczej w skrzydle szpitalnym, a Hermiona została na spotkaniu z Ministrem – and the title of the mother of the year goes to .. ). Chyba tym razem nawet nie wstrząsnęło mną to, że zaproponowała Rose aborcję, ale to, że nie umiała nic zrobić, postawić się Ronowi, przytulić Rose, po prostu być jej matką. Była tylko taka obrzydliwie neutralna, nijaka, sztywna, profesjonalna. I przyznam, że Hugo po początkowym „tak, zachowuje się jak super brat i wgl” (kolacja), potem tak mnie wkurzył, kiedy odmówił poprowadzenia Rose do ołtarza ! Co to za głupota, że przyjaciele nie wspierają się w głupich sprawach ? Przyjaciele wspierają się zawsze. Koniec, kropka. I stoją za sobą murem, a nie próbują głupich rozejmów, które nikogo do końca nie interesują.

    Ha ! wreszcie dowiedziałam się o co chodzi z nowym zagrożeniem ! Francja, mówisz ? Czyli każde pokolenie w swojej młodości musi przeżyć okrucieństwo wojny i palący strach o ludzi, których kocha ? No i znowu pojawia się Pierre, a z nim budzi się moja adrenalina ;)

    Mruczek ! wiedziałam, że to Rose guardian angel (chociaż nie zgadłabym, że mogą programować koty ;) cholera, teraz to imię wydaje mi się jeszcze słodsze (taki różowy lukier z bitą śmietaną).

    Babies :) yey :) ach jak ja się mogę doczekać jak wszystkie trzy siedzą z dzieciakami, a Eva będzie pewnie nie raz miała z nich niezły ubaw ;) szczególnie przy obserwowaniu Elaine ;)

    Jak tam rodzina Weasley-Delacour ? (oczywiście oprócz suki Dominique) mój kochany Bill ;) – pamiętam jeden z moich ulubionych rozdziałów, specjalnie na zamówienie jako prezent urodzinowy <3 , duża impreza u babci Molly, Scor w zielonym swetrze i jego rozmowa z Billem w ogrodzie, o tym, kto tak naprawdę wybacza i ten błysk w oczu Billa, kiedy powiedział „a teraz wracamy, bo Roxy zaraz ogłosi, że jest w ciąży” ;) Co w ogóle u Victorie i Teda ? Po ślubie, dzieci, coś ? A dziecko Roxy i Franco ? It’s a girl ? Musi już mieć z trzy latka ? Więcej ? Czy wgl byli na ślubie ? I czy, tak z czystej ciekawości – a nie jakiejś specjalnej adoracji – pojawi się kiedyś Fleur ? Lub Charlie ?

    Merlinie, to chyba mój rekordowy komentarz. Nie wiem Hippie czy dasz radę doczytać to końca. Na swoją obronę mogę powiedzieć jedynie, że komentarz proporcjonalny do długości rozdziału ;)

    PS. Czy pojawi się Greg ? Wiem, że ciągle o nim marudzę, ale tak bym chciała zobaczyć jego spotkanie z Rose. Tak chociaż na chwileczkę.

    • Po pierwsze, nie musisz przepraszać. Ja świetnie rozumiem i się cieszę, że macie życie poza internetami. Tak, fajnie jest jak jest dużo komentarzy, no ale przecież nie będę nikogo ścigać za to że nie komentuje regularnie. ja też ostatnio wolno pisze rozdziały, bo czasu brak, więc naprawdę żadna z was nie musi czuć sie zobligowana do przeprosin. Takie po prostu jest życie :)

      Życzenie przyjmuję i dziękuję. I te o wytrwałości tez, bo czasem naprawdę mam chęć rzucić laptopem o ścianę :D Tylko papierosa wykreślić, bo ja niepaląca już. Paliłam może przez trzy lata, a potem rzuciłam w pizdu przerażona wizją tego, że mój tatko sie dowie i złamie mu to serce #córuniatatusia4life

      Wiesz, co w sumie masz rację. W tym rozdziale chyba rzeczywiście było wszystko oprócz happy endu. Okropna jestem. Mogłam wrzucić chociaż jakiś mały. Może wam zrekompensuje w następnym rozdziale(jeżeli tylko nie będę w zbyt złośliwym nastroju:P)

      Ha! Chyba jesteś pierwsza osobą zadowolona z takiego obrotu spraw. Byłam zalana wiadomościami na facebooku, czy jest jakaś szansa, że to dziecko Scorpiusa. Nawet ja poczułam sie okropnie rujnując marzenia moich czytelniczek. A po ślubie Rose i Lysandra miałam małą falę niepolubień na fanpagu :P Wcale sie nie zdziwię, jak niedługo zacznę dostawać listy z ebolą albo coś.
      Ale tez uważam, że taki układ może działać. Może, ale nie musi. Wszystko zależy od osób w to wmieszanych. Przyszłość pokaże jak to sie dalej potoczy. Ja generalnie uważam, że ślub tylko z powodu ciąży to głupota, chociaż gdybym była w sytuacji Rose i Lysandra, pewnie też bym złamała swoje poglądy. Problem byłby jedynie taki, że jestem w 99% przekonana, że faceci jak Lysander nie istnieją.

      Na moją obronę, Ellme w sumie nie jest takie złe. Całkiem zaczynam je lubić. Może to nie była miłość od pierwszego usłyszenia, ale… Myślę, że Ellie to by było akuratne zdrobnienie, Ell w sumie też nie najgorsze. Z angielskimi imionami jest o tyle łatwiej że zawsze da się jakoś coś zdrobnić(choć nigdy nie zrozumiem jak Dick może być zdrobnieniem Richarda).

      Wiesz co ja ci powiem tyle, Jamie przyszedł do mnie we śnie i czy z Evą czy bez, w opowiadaniu zostanie, choćby po to, żebym mogła sobie do niego od czasu do czasu powzdychać. Ale myślę, że Jeva(chyba, że ktoś ma lepszy pomysł jak zmiksować ich imiona) ma ten problem, bo oboje w pewnym sensie byli porzuceni/oszukani/odepchnięci przez wcześniejszych partnerów i myślę, że oboje boja sie siebie stracić w podobnym stopniu, co wiele ułatwia, bo nawet jeśli chcą udawać obojętność, to oboje łamią sie tak samo szybko. Więc jest nadzieja :)

      Wiesz co, oryginalnie planowałam trochę więcej miejsca poświęcić na ten stan przedzawałowy, ale chciałam opublikować rozdział przed Wielkanocą, więc nie starczyło mi czasu, ale generalnie chciałam nam wszystkim trochę przypomnieć, że nasze starsze pokolenie, już nie jest takie młode. Ale wiesz co po tym jak Harry’ego zmasakrowali w Przeklętym Dziecku, poczułam taka osobistą potrzebę wyprostowania faktów.

      Ron, to wiesz, dużo w tym winy było jego temperamentu. Ale wiesz, myślę, ze bardzo wiele osób może sie zidentyfikować z Rose w tej konkretnej scenie. Większość z nas ma rodziców, bądź rodzica, który nie ma o nas wysokiego mniemania. I wiesz co? Pieprzyć ich wszystkich. Oni niech mówią co chcą, a ty cicho pracuje i ucz sie na swoje. Haters gonna hate. Życie jest za krótkie, by sie przejmować.

      Luna i Rolf, byli dla mnie trochę problematyczni. Bo ciężko mi było sobie wyobrazić Lunę 40+. Z resztą, nadal tak jest. A jeśli chodzi o Rolfa, to powiem tyle: widziałaś Newta i Tinę w Fantastycznych Bestiach? Newt to taka bułeczka cynamonowa i jestem pewna, że jego wnuk też musiał coś z niego mieć. No i ktoś kto pokochał Lunę musi być bardzo mądrym facetem, bo umówmy się, byle kto nie doceniłby jej charakteru. Poza tym, nie jestem aż taka suką, żeby rujnować wszystkich ojców w Kukiełkach. dlatego oddałam jej tez Draco, niech zna moją szczodrość :D

      Hermiona mi sie wydaje przechodzi pewnego rodzaju kryzys wiary/osobowości/wszystkiego. I myślę, że w sumie matki często maja ten problem, że zatracają się w swojej wizji rodziny/przyszłości/dzieci/idealnej zony że czasem zapominają być sobą. Masz rację, bierność jest chyba najgorsza, pozostaje nam jedynie mieć nadzieję, że może sie ogarnie.
      Hugo bym sie za bardzo nie przejmowała, bo w sumie po prostu chciał pogodzić rodzinę, nawet jeśli to była najgłupszy pomysł, jaki przyszedł mu do głowy. Przynajmniej miał dobre intencje, choć wiesz co mówią, dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane.

      Czy wojna będzie, czy nie, to sie jeszcze okaże, może wszystko rozejdzie sie po kościach, ale wiesz, strzeżonego pan Bóg strzeże. Pierre się pojawi, jeszcze nie raz, to ci obiecuje, i Greg też. Będą oboje, nie powiem kiedy, bo nie wiem jak mi sie to rozdziałowo ułoży. Co do Mruczka to wiesz, Lys sam powiedział ze to Kuguchar i „eksperyment”. czy udany, to sie okaże :P Jestem podła, wiem.

      Ha! Należy im się! A Eva będzie rozpieszczać ich dzieci, tak jak one rozpieszczały Grace. „Elaine: Powiedziałam nie! Dziecko: Ciocia Eva powiedziała że mogę! Eva: PAYBACK IS A BITCH, BITCH.)

      Rodzinka Billa ma sie nieźle, oprócz niesmaku po akcji Dominique, ale to w końcu ich córka i koniec końców dostała za swoje – straciła Lysandra. Oboje Bill i Fleur byli na ślubie, tak jak większość Weasleyów. Nie wspominałam wszystkich bo wtedy z pewnością rozdział ukazałby sie na Wielkanoc :P. Jedynymi członkami przyjacioło-rodziny, którzy byli nieobecni to Percy i jego rodzina(nie byli proszeni), Charlie(nie zdołał wziąć wolnego od smoków), Dominique, Luis(nie ma nic przeciwko Rose, ale dobrze sie trzymają z Dominique i czułby sie, jakby ją zdradzał), Albus, wszystkie dalsze ciotki, Mark Fitzpatrick(czułby się jakby zdradzał Scorpiusa), nie było Larsa(w sumie nie był proszony, bo to bardziej przyjaciel Evy z reszta i tak by z Norwegii raczej nie przyjechał), Leon… Chyba wszyscy ale może ktoś mi umknął.
      Rozy i Franco byli na weselu, maja pięknego synka o imieniu Charlie, o którego przyjściu na świat poinformowała Dominique w rozdziale bodajże 85. to teraz będzie miał troche więcej jak roczek. Bo jak on sie urodził, to Rose i Scorpoius już byli w penthausie, ale jeszcze ze sobą nie zerwali. A Ellme urodziła sie jakiś rok po zerwaniu Rose i Scorpiusa.
      Czy pojawi się Fleur albo Charlie? Szczerze? Nie potrafię ci powiedzieć. Jest tyle Weasleyów, że nie da sie ich wszystkich wszędzie wcisnąć. Fleur chyba miała małe cameo w czasie pierwszego przyjęcia wigilijnego u Potterów. Ale nie wiem. Naprawdę. Może kiedyś będzie taki moment, że akurat oni będą pasować idealnie jako coś więcej niż statyści.

      Ja zawsze czytam komentarze do końca, te długie są nawet przyjemniejsze, to prawie jak prowadzić rozmowę twarzą w twarz, jak sie tak zaczytasz w czyjeś refleksje :)

      xoxo
      Hippie

      • Btw siedząc właśnie nad kawą przeczytałam rozdział jeszcze raz, ale tym razem z muzyką (uwielbiam zamieszczanie linków) i wow. Zupełnie inny efekt (szczególnie jako fanka muzyki filmowej – zawsze jak piszę to coś włączę i wtedy czuję się trochę oderwana od tego wszystkiego co w rzeczywistości ;) ) teraz miałam wszystko przed oczami jak film.

        Heavy heart – absolutnie się zakochałam;
        Interstellar sama uwielbiam, ma w sobie jakiś dramatyzm, który idealnie pasował do tej sceny (prawie słyszałam w nim huk upadających na podłogę krzeseł).
        No i piosenka tytułowa (co w ogóle mnie zachwyciło, bo w ten sam sposób nadaje się tytuły odcinkom w Grey’s Anatomy) wspaniała. Wczytałam się jeszcze dokładnie w słowa i pasują idealnie, duże wrażenie robi że zarówno do Rose i Scora, jak i do Lysa i Dominique.

        Okay, muszę przynać, że jak czytałam teraz scenę kiedy Rose idzie do ołtarza z Zielińskim w tle (uwielbiam jego muzykę filmową) to się wzruszyłam. A dokładniej mówiąc poryczałam (siedząc w zatłoczonej kawiarni).

        Zdążyłam się ogarnąć i już widziałam Lysandra trzymającego na rękach córeczkę i słowa układające się w melodię Greningera and here we are again.

        Mogwai otoczył mnie melancholią, bo słuchałam go przy pierwszych rozdziałach kukiełek – kiedy Rose dopiero pojawiła się w Hogwarcie, a puste butelki po ognistej i niedopałki papierosów zakrywały podłogę jej pokoju.

        Zapomniałam dodać, że szacunek dla Scora za to, jak się zachował kiedy przyszła do niego Dominique.

        P.S. dla mnie w pewnym sensie happy end był na końcu w scenie kiedy Rose spokojnie śpi, a Lys trzyma w ramionach Ellie :)

        P.S.2 Mam nadzieję, że Lys ma rację i 14 luty przyniesie Ellie szczęście. Ja urodziłam się najwyraźniej o dwie godziny za późno.

        • Ja mam tak samo, muszę słuchać muzyki jak piszę, i nawet kiedy czytam, przeważnie załączam taką muzykę, by mniej więcej pasowała do treści książki. Zupełnie inne doświadczenie. Ja uwielbiam muzykę filmowa, w sumie to uwielbiam każdą muzykę, tak długo jak jest dobra :)

          Ja w ogóle bardzo dużo czasu spędzam w internetach szukając nowej, inspirującej muzyki i najlepsze kawałki najczęściej znajduję przypadkiem, i nieraz jak usłyszę jakąś melodie to od razu doznaję olśnienia i widzę już sceny z życia Kukiełkowych bohaterów. Ja w ogóle cały czas słucham muzyki i do tej muzyki zawsze w głowie układam sobie scenariusze.

          Bardzo sie cieszę, że nie wrzucam tych linków na próżno, bo naprawdę uważam, że czytanie przy muzyce jest normalnie jak magia. Powiem ci z tym Mogwai to był taki trochę zabieg, Właśnie dla takiego porównania pierwszych dni Rose w Hogwarcie z tym jak jest teraz, że może tak do końca nie jest źle. Może nie tak, jak sobie wymarzyła, no ale weź, ja bym za Lysandra wyszła nawet dzisiaj i myślę, że nie ja jedna :D Więc chyba tak źle nie skończyła.

          Heh, gdybym ci tak wszystko powiedziała, to nie byłoby aż tyle zabawy w czytaniu. Po prostu trzymajmy za Ellme kciuki :D

          xoxo
          Hippie

          • Mam dokładnie to samo ! Słyszę jakąś muzykę i od razu mam przed oczami historię, jakiś konkretny obraz.

            U mnie do takiego spokojnego czytania najlepszy jest Miles Davies – It never entered my mind.
            Ostatnio odkryłam też Laurę Marling (Hope in the air, goodbye England) i soundtrack z Collaternal Beauty (sam film też polecam obejrzeć – wspaniały pod każdym względem).

            No i ostatnio zakochałam się w pewnym australijskim muzyku (mówiłam, że mam słabość do muzyków – btw zawsze mnie ciekawiło czy Jamie ma tatuaż ? chociaż taki malutki ? ;) )
            W każdym razie, Keith Urban tworzy niesamowite kawałki – zwłaszcza jeśli chodzi o teksty piosenek. Polecam Tonight I wanna cry, Break on me,Blue Ain’t your color czy ‚Til Summer Comes Around. No i cóż. Wystarczy, że go zobaczę i dzień już jest zdecydowanie lepszy :)

            Dobra, wyłączam internet zanim zawalę cię muzyką do polecenia ;)

            • Winię ciebie za moją nowo nabytą obsesję na punkcie Milesa Davisa. Nie mogę przestać go słuchać, chyba szykuje sie nowy rozdział :D Sugestie muzyczne bardzo chętnie przyjmuje, bo w taki sposób parę razy znalazłam perełki :)

              Jamie ma mnóstwo tatuaży, jak na rockmana przystało, choć teraz jak o tym myślę, chyba nigdy w żadnym opisie o tym nie wspomniałam, więc może najwyższy czas to zmienić :D

              xoxo
              Hippie

  3. Witaj Hippie! Ach już od kilku dni sprawdzałam czy rozdział już jest i nareszcie! Aha jak się cieszę ze dotrwalas z nami do 100 rozdziałów. To takie niesamowite. Zdałam sobie sprawę że ja sama regularnie czytam bloga od ponad roku wow! To mój jedyny taki blog, zazwyczaj zapominam o nich ale o tym się nie da! Jest cudowny i moje serduszko jest połamane przez to co się tam dzieje niestwty. Ale ufam Ci ze zakończysz to dobrze (#teamScorose). Mam nadzije że nie nastąpi to szybko jednak i że spędzimy tutaj jeszcze kilka dobrych lat co? <3 co do treści… naprawdę liczyłam że dominique jakoś jednak zrobi jakiś sabotaż:( albo scorpius wbiegnie i powie że się nie zgadza. NO CÓŻ. Może chociaż podzielę się zakończeniem jakie sobie przez to wyobrazilam. Rose albo Scorpius już na łożu śmierci i wyznają sobie miłość że przez te wszystkie lata jednak się kochali. Szczerze powiedziawszy nie jestem w stanie wyobrazić sobie ich ślubu. Ach ale to ty tutaj decydujesz. Mam nadzieję że jeszcze nieraz nas zaskoczysz bo to jest właśnie najfajniejsze. Och ostatnio nie byłam tu zbyt aktywna ale możesz mnie znaleźć tu pod nickiem Malfoygirl :) życzę dużo weny i kolejnych 100 rozdziałów. NAJLEPSZY FF EVER.

    • Bardzo mi miło, że historia tak cie wciągnęła.

      Wiesz z tym zaufaniem do mnie bym przesadzała, bo wiesz, ja z natury jestem złośliwcem a jeszcze jestem podatna na wpływy muzyczne i nie raz zdarzało się, że jedna nowo usłyszana piosenka zmieniała całe wątki :D Obietnic nie składam co do happy endów, ale mogę obiecać, że tak długo jak żyję nie porzucę bloga aż do jego naturalnego zakończenia, co bardzo łatwo może potrwać jeszcze kilka lat, bo pomysłów nie brakuje :D

      ja powiem tak, oni teraz maja około 24-25 lat w opowiadaniu. Jeszcze całe życie dramatów przed nimi :D

      Dziękuję serdecznie :*

      xoxo
      Hippie

  4. 100 rozdział jest drugą po prologu kwintesencją motywu kukiełek losu.
    W obu częściach pokazałaś (Ty Hippie i Ty Bezczelna), jak bardzo życie może przewrócić się do góry nogami, jakie najciemniejsze demony kryją się w ludzkich duszach i że szczęście czasami nie jest zgodne z naszą własną definicją szczęścia…

    Miałam prywatnego kaca po przeczytaniu prologu.
    I mam prywatnego kaca po przeczytaniu tego rozdziału.

    Nie potrafię wybrać swojej ulubionej sceny, ale potrafię wybrać swoje ulubione rozdziały. A więc moim ulubionym rozdziałem jest prolog i 100 rozdział :)

    Jeśli będzie trzeba, to będę błagać na kolanach… Nie odchodź od nas! <3

    Pozdrawiam, AS :*

    • Bardzo się cieszę, że rozdział tak bardzo ci sie spodobał i poruszył, nie ma nic przyjemniejszego, niż usłyszeć, że moje wypociny poruszyły kogoś do refleksji :D
      Mam nadzieję, że „kac” szybko ci przejdzie :)

      Odchodzić nigdzie nie zamierzam, dziękuję, że jesteś i pisz, pisz, pisz dalej wiersze :*

      xoxo
      Hippie

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.