96. Sen na same (nie)pogodne dni

***

Kings of Leon – Walls

 

– Scorpius – zaczęła Rose przyglądając mu się uważnie.

– Hm? – odmruknął, nie uraczając jej choćby krótkim spojrzeniem.

– Czy ja cię czymś uraziłam? – zapytała, nadal nie spuszczając z niego wzroku. Od rozmowy z jej ojcem unikał jej, jak ognia, a kiedy musiał spędzić z nią chwilę czasu mało się odzywał i w ogóle na nią nie patrzył. Nie to, że chciała, aby na nią patrzył. Ale miała dziwne przeczucie, że kilka dni wcześniej jej ojciec nie rozmawiał z nim o bezpieczeństwie gości podczas wesela, jak twierdził.

– Co? – zapytał zbity z tropu, z zaskoczenia spoglądając na nią po raz pierwszy tego dnia. – Nie, oczywiście, że nie – odpowiedział, ponownie wbijając wzrok listę gości. Był pewien, że kogoś zamorduje, jeśli Frank i Elaine jeszcze kogoś doproszą i ponownie będą musieli zmieniać plan usadzenia. Gdyby miał być szczery, sam plan wcale nie przyprawiał go o ból głowy, a jedynie osoba, która miała z nim współpracować.

Nie powinien się spodziewać niczego innego ze strony Weasleya, a jednak ich bardzo krótka rozmowa była jak kubeł zimnej wody. Na chwilę zapomniał, że zranił Rose. Na chwile zapomniał, że go nienawidziła. Może ona sama na chwilę zapomniała, że go nienawidziła. Na chwilę pomyślała, że może wciąż mieli szansę, że może wciąż dało się to wszystko posklejać.

Ale Ron nie zapomniał i nie zapomniał świat, z całą pewnością on sam nie powinien o tym zapomnieć i nie powinien pozwolić zapomnieć Rose. Zasługiwała na coś znacznie lepszego i choć sprawiało mu to niemal fizyczny ból, trzymał się od niej z daleka, na tyle, na ile pozwalał szał przygotowań. I starał się na nią nie patrzeć, bo gdy tak na nią patrzył, zapominał, że nie mieli prawa być razem. A zapomnieć nie powinien!

Rose kiwnęła głową, starając się nie wywrócić oczami. Westchnęła cicho.

– Mój ojciec coś ci powiedział, prawda? Odkąd się rozstaliśmy ma nawrót chorobliwej zaborczości.

– Nie, nic mi nie mówił. Rozmawialiśmy o środkach bezpieczeństwa na weselu. Wiesz, nazwiska Greengrass i Longbottom mogą przyciągnąć dużo niechcianej uwagi  – odpowiedział zdawkowym tonem.

– Scorpius, nie znamy się od wczoraj. Wcale na mnie nie patrzysz, ledwo się do mnie odzywasz, jeśli cię niczym nie uraziłam, to jedyne logiczne wyjaśnienie to twoja pogawędka z moim ojcem. Od tamtej pory zachowujesz się, jakbym cię miała zarazić trądem – żachnęła się.

W duchu przeklinała swoją słabość. Zamierzała czekać, aż pierwszy się złamie i jej wszystko wyzna, ale on zdawał się całkiem uparty w unikaniu jej. Dni mijały, wesele zbliżało się wielkimi krokami. Zapewne wracał po nim do Meksyku, więc czy ktoś mógł ją winić, że nie chciała spędzić ostatnich chwil razem na milczeniu? Znów zganiła się w myślach. Nie powinna pragnąc jego obecności, nie powinna tęsknić za jego głosem, a jednak wciąż łapała się na tym, że szukała go wzrokiem w tłumie, podświadomie wytrącała jego głos z dziesiątek innych. Nie mogła się powstrzymać. Może spędzanie tylu czasu z byłym partnerem to nie był najlepszy pomysł. Czasem nawet łapała się na tym, że chciała, by ją pocałował, a przecież nie powinni być ze sobą tak blisko!

– Rose, odpuść, proszę – powiedział cicho.

– A więc jednak – powiedziała gorzko.

– Wiem, że cię to wkurza – spojrzał na nią poważnie. – Ale postaw się na jego miejscu. Cholera, gdybym ja był na jego miejscu, typek, który zranił moją córkę już dawno gniłby w piachu. I tak mam farta, że nie rzucił we mnie jeszcze żadnej klątwy.

– Nie broń go, Scorpius – mruknęła, podnosząc się z miejsca.

– A ty dokąd? – zapytał zmartwiony.

– Porozmawiać z ojcem – odpowiedziała zmęczona.

– Nie! – oburzył się Scorpius, łapiąc ją za nadgarstek. – To tylko pogorszy sprawę. Do wesela tylko dwa dni, to naprawdę może odbyć się bez konfliktów.

Rose wyrwała dłoń z jego uścisku i spojrzała na niego surowo.

– Nie chodzi tylko o ciebie, Scorpius. Kilka tygodni temu próbował namówić Lily, żeby szpiegowała, czy się z kimś widuję, a niedawno próbował przekonać Lysandra, by czytał moje listy – wyszeptała. – Rozumiesz? To jest jakaś paranoja! To powoli robi się męczące! – dodała z wyrzutem, obracając się energicznie na pięcie. Nie zdążyła jednak postawić choćby kroku do przodu, kiedy zobaczyła Rona i Lily idących w ich kierunku.

– Tato! – powiedziała uśmiechając się słodko, gdy był już w zasięgu jej głosu.

Ron rzucił Scorpiusowi krótkie, pogardliwe spojrzenie, po czym uśmiechnął się do Rose. Najwyraźniej nie wyczuwał awantury wiszącej w powietrzu, w przeciwieństwie do Scorpiusa, który podniósł się z miejsca z zamiarem jak najszybszej ewakuacji. Nie zamierzał brał udziału w rodzinnej awanturze Weasleyów.

– Ani kroku dalej, Scorpius – wycedziła przez zęby Rose, dostrzegając kątem oka jego próbę ucieczki.

– Coś się stało, Rosie? – zapytał Ron przyglądając jej się uważnie.

Lily postawiła kilka kroków do tyłu. Bojowa mina Rose była wystarczającym ostrzeżeniem, by trzymać się od nich na bezpieczną odległość.

– Z całym szacunkiem, nie wtrącaj się w moje życie – powiedziała chłodno Rose, oddychając ciężko.

Ron uniósł krnąbrnie głowę, mierząc ją wzrokiem.

– Robię jedynie, co dla ciebie najlepsze. Domyślam się, że chodzi o Malfoya? – zapytał z nutą kpiny w głosie. Skrzyżował ramiona na piersi, jego policzki powoli nabierały czerwieni.

– Nie tylko. Byłabym wdzięczna, gdybyś nie wysyłał nikogo z rodziny, ani przyjaciół, by mnie szpiegowali – wysyczała.

– Tylko cię chronię – odpowiedział z wyrzutem.

– Przed kim? – zapytała rozeźlona.

– PRZED TOBĄ SAMĄ! – warknął Ron, przyciągając uwagę wszystkich zebranych. Na początku wszyscy zamilkli, tylko po to, by parę sekund później przerodzić się w fale szeptów i szmerów. – Nie myślisz trzeźwo! Popełniasz błąd, za błędem! Rujnujesz sobie życie!

– Możliwe, ale to jest MOJE życie! Tak, popełniam błędy, ale są moje i NIE WYPOMINAJĄC, z matką przyłożyliście do części rękę! A to, co jest między mną i Scorpiusem, to nie jest wasza sprawa! Mogę robić, co mi się żywnie podoba!

– To się jeszcze okaże – syknął Ron.

Rose spojrzała na niego, oddychając ciężko. Dalsza dyskusja nie miała sensu. Czuła się, jakby ponownie miała czternaście lat, kiedy to oni sami wysyłali ją do piekła, tylko po to, by mieć pretensje, że sobie z nim nie radzi. Jej policzki były niemal purpurowe ze złości, miała ochotę krzyczeć i płakać, ale w głowie już zaczął się jej formować o wiele bardziej perfidny plan. Była pełnoletnia, nie mógł jej do niczego zmusić, ani zatrzymać, jeśli coś postanowi. A w tym momencie postanowiła zrobić rzecz, która najbardziej wyprowadziłaby z równowagi jej ojca. Rzuciła mu pogardliwe spojrzenie, po czym postawiła dwa kroki w stronę Scorpiusa, wzięła jego  twarz w dłonie i pocałowała namiętnie.

W jednej sekundzie wszystkie szepty ucichły w pół słowa, cała uwaga skupiona na Rose i Scorpiuse. I nikt nie śmiał wydać nawet dźwięku, jakby w transie, jakby niepewni, czy ten spektakl naprawdę rozgrywał się przed ich oczami.

Oderwała się od niego nagle, jak oparzona, orientując się, co tak naprawdę zrobiła, stawiając dwa powolne kroki w tył, po czym odwróciła się energicznie i wybiegła z sali, nie zwalniając nawet na wydźwięk swojego imienia. Była pewna, że własnie rozpętała piekło i nie zamierzała być tego świadkiem. Najwyraźniej nie czuła się wystarczająco dorosła, by wziąć odpowiedzialność za swoje akcje.

Biegła przed siebie, ile tchu w piersi, byle jak najdalej, śmiejąc się do siebie i karcąc się w duchu jednocześnie. Nie powinna była go całować, nie tak, ale ten pocałunek zdawał się być tak całkowicie na właściwym miejscu. Tylko jak miałaby mu teraz spojrzeć w oczy? Do wesela zostało jeszcze dwa dni i nie mogła go przecież unikać, nadal musieli dokończyć usadzanie gości. Poza tym, Scorpius był jednym z drużbów, a ona druhną. Nie mogła go unikać przez całą imprezę, nie po takim pocałunku.

Musiała przyznać to otwarcie, po raz kolejny miała kłopoty, choć mina jej ojca była warta każdego poświęcenia. Nie miał prawa dyktować jej jak powinna żyć. Przeprosi Scorpiusa później, kiedy wszyscy nieco ochłoną, mając nadzieję, że cały gang Weasleyów zebranych do pomocy w przygotowaniach zdoła powstrzymać Rona przed wyrządzeniem Scorpiusowi permanentnej krzywdy.

 

 

***

The National – I need my girl

 

Nerwowo przerzucała papiery, skanując wzrokiem każdą stronę, szukając najmniejszego błędu. Może Lysander miał rację, zaczynała popadać w paranoję, sprawdzając wszystko każdego dnia przynajmniej dwa razy, ale czy ktoś naprawdę mógłby ją winić? Przecież chciała jedynie zapewnić bezpieczeństwo Frankowi.

Zmarszczyła czoło myśląc o narzeczonym. Ostatnio dziwnie się zachowywał, wciąż przyglądał jej się badawczo i zadawał tysiące pytań, gdy mówiła, że wychodzi. Zapewne przeczuwał, że coś było nie tak, ale nie zachowywał się, jak zazwyczaj, kiedy miała problemy. Nie był wyrozumiały i zmartwiony, a jedynie wciąż zadawał jej podchwytliwe pytania, jakby czekając, aż pogubi się w zeznaniach.

– Tylko mi nie mów, że sprawdzasz wszystkie plany po raz kolejny? – usłyszała za sobą.

– Frank! – powiedziała zaskoczona. – Myślałam, że miałeś iść na degustację z Hannah i Astorią? – zapytała, czując w powietrzu zbliżającą się chmurę pytań.

– Zdecydowałem, że poradzą sobie beze mnie – powiedział podchodząc bliżej, siadając na blacie biurka, przy którym sprawdzała papiery. – Pomyślałem, że ostatnio nie mamy dla siebie ostatnio wcale czasu. Może moglibyśmy wyskoczyć na kolację?

Elaine spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami.

– Teraz? Kiedy zostały tylko dwa dni do wesela? – zapytała zaskoczona.

– Mamy milion Weasleyów do pomocy, na pewno nikomu nie zrobi różnicy, jeśli znikniemy na dwie godziny – odpowiedział przyglądając jej się uważnie.

– Frank, naprawdę bym chciała, ale za dwadzieścia minut mam spotkanie z Lysandrem, a potem z Draco, później jeszcze muszę skoczyć na ostatnią przymiarkę i do fryzjerki na próbę… – powiedziała przepraszającym tonem.

Spojrzał na nią poważnie, nie odpowiadając. Spojrzał na swoje splecione na kolanach dłonie, wzdychając cicho. To zaczynało się robić nie do zniesienia. Wszystko właściwie było już załatwione odnośnie ślubu i wesela i nabierał pewności, że jego przyszła żona, unikała go, jak ognia. Czasami miał wrażenie, że umawiała się na nic nie znaczące spotkania tylko po to, by nie spędzić z nim czasu. Dlaczego tak bardzo zależało jej by zobaczyć się z Lysandrem, miał swoją teorię. Ale dlaczego nie mogła przełożyć spotkania z Draco? To nie mogło być nic aż tak naglącego, albo Astoria ścignęła by ich oboje dawno temu.

– Czy ty mnie unikasz? – zapytał, rzucając jej wyzywające spojrzenie.

– C-co? – wydukała, zaskoczona i pytaniem i jego nastawieniem.

– Czy ty mnie unikasz? – zapytał ponownie, choć doskonale znał odpowiedź.

– Nie bądź śmieszny – odpowiedziała zirytowała, nie patrząc mu w oczy. Wbiła wzrok w kawałek trzymanego pergaminu, wiedząc, że zapewne nie da się nabrać na sztuczkę pewności siebie.

– Nie chcesz ze mną jeść posiłków, nie chcesz ze mną spać, nie chcesz ze mną rozmawiać, nie chcesz się ze mną kochać. Może i nie jestem ekspertem, ale myślę, że można to nazwać unikaniem – odpowiedział spokojnie, świdrując ją wzrokiem.

Kiedy patrzył na nią w ten sposób, niemal przechodziły ją ciarki. Miał rację, oczywiście że miał rację, choć nie zamierzała mu jej przyznawać. Musiałaby wyznać dlaczego go unika, a to na pewno nie skończyłoby się dobrze. Nie na darmo był w Gryffindorze, na pewno próbowałby jej udowodnić, że jest bezpieczny, przez podejmowanie głupich ryzyk. Jedyną rzeczą, której teraz potrzebowała to dotrwać do wesela, potem będzie już tylko dobrze, wynagrodzi mu ten cały chłód, tą obojętność, może nawet wyzna prawdę i on zrozumie, on zawsze rozumiał. A może tym razem popychała to wszystko za daleko?

– Frank, jestem po prostu zmęczona i zaganiana, chcę to wszystko jakoś ogarnąć i mieć ten cholerny ślub za sobą – westchnęła cicho. To wszystko zaczynało ją męczyć. Wszystkie kłamstwa, intrygi, śledztwa. Czasem wolałaby być sierotą, jak Eva. Nikt nie oczekiwał od niej zamożnego narzeczonego, ani nie próbował jej sprzedać staremu Śmierciożercy. Życie nie było dla niej sprawiedliwe.

– Skąd ta zmiana, Elaine? – zapytał, a ją przeszedł dreszcz na wydźwięk swojego imienia. Rzadko kiedy go używał. Zawsze była jego kochaniem, miśkiem lub kotkiem.

– Proszę? – wydukała.

– Mieliśmy ustaloną datę ślubu, wystarczająco czasu, by wszystko w spokoju przygotować. Skąd ta nagła zmiana? – zapytał spokojnie, ale wyczuła w jego głosie jakąś dziwną nutę, choć nie potrafila powiedzieć, co to było. Chłód? Złość? Zawód? Podejrzenie?

­– Ja… Ja po prostu chciałam być już twoją żoną – wydukała. Klęła siebie w duchu, powinna bardziej się kontrolować, zamiast wciąż się jąkać i dukać. Frank nie był idiotą, do tej pory musiał się zorientować, że kłamała, jak z nut.

– Raczej wątpię – uśmiechnął się ironicznie, zeskakując z biurka. Podszedł do niej bliżej, pogłaskał jej policzek, po czym odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy. – Czy ty masz romans z Lysandrem? – zapytał, na pozór spokojnie, ale jego głos zadrżał nieco wypowiadając imię innego mężczyzny.

Im dłużej o tym myślał, tym większej pewności nabierał, co do słuszności swoich podejrzeń. Wciąż spędzała z nim czas, wciąż szeptała z nim po kątach, lub kłócili się w miejscach, gdzie myśleli, że nikt nie może ich usłyszeć. A Lysander znany był ze swoich miłosnych podbojów. Nigdy nie sądził, że Scamander upadł by tak nisko, by zdobywać kobiety przyjaciół, ale czego mógł się spodziewać po bawidamku, który sypiał swego czasu z uczennicą? I Elaine, która wciąż go unikała, uciekała nawet przed drobnym pocałunkiem na dobranoc. Może znalazła słodsze pocałunki gdzie indziej? I może nie chciała zrywać z Frankiem, by Potterowie nie zaczęli myśleć, że Malfoyowie to wszystko uknuli. Najpierw całkowita porażka, jaką był związek ich przybranej córki Evy z Albusem. Potem ten nieszczęsny koniec związku Scorpiusa i Rose. Gdyby i Elaine zakończyła związek z Frankiem w atmosferze skandalu i romansu, prasa na długo nie dałaby im o tym zapomnieć, a przecież Malfoyowie tak ciężko pracowali na, przynajmniej częściową, odbudowę reputacji.

To wszystko miało sens.

– Co? Zwariowałeś?! – odskoczyła od niego, jak oparzona. – Skąd ci to w ogóle do głowy przyszło?!

– Coś jest z tobą nie tak – powiedział spokojnie, starając się, by nie usłyszała, jak bardzo był zraniony. Może to jego urażona duma, ale nie chciał, by widziała ile zniszczenia w nim powodowała. – Chyba udowodniłem już dawno temu, że możesz mi powiedzieć wszystko. Nie dbałem o twoją przeszłość, uzależnienia, byłych facetów. Więc tak naprawdę pozostaje tylko jedna rzecz, której kobieta nie może powiedzieć narzeczonemu. A ty ostatnio spędzasz z Lysandrem dużo czasu.

– Wiesz co?! – warknęła. – Nawet nie zamierzam odpowiadać tak głupie pytanie! A teraz wybacz, mam ślub do zorganizowania – wzięła torebkę ze stołu i ruszyła energicznym krokiem w stronę wyjścia. Zatrzymała się nagle w połowie drogi, spojrzała na niego ze łzami w oczach. – Czy się pojawisz w kościele, czy nie, impreza się odbędzie więc nie odwołuj swoich gości. Szkoda, żeby jedzenie się zmarnowało – rzuciła najbardziej pogardliwym tonem, na jaki była w stanie się zdobyć i ponownie ruszyła przed siebie, zatrzaskując za sobą drzwi.

Otarła łzy płynące po jej policzkach, pędząc przed siebie. Nie miała w tym momencie ochoty widzieć ani Lysandra, ani Draco. Franka nie chciała widzieć do dnia wesela, choć szczerze wątpiła, że wciąż zamierzał pojawić się w kościele. Może powinna była zaprzeczyć, walczyć o swoją niewinność, ale samo oskarżenie z jego ust, było jak kubeł zimnej wody. Jeśli była jedna osoba na świecie, w którą wierzyła, że nigdy w nią nie zwątpi, był to Frank.

Dla niego zarywała noce, organizowała ślub i uczyła się oklumencji. Dla niego angażowała kogo mogła w organizację bezpieczeństwa. Wszystko, co robiła, robiła dla niego, ale to wszystko na nic. Chyba sama pogubiła się sie gdzieś po drodze. Może miał rację? Może za bardzo go odepchnęła, ale teraz było już za późno na gdybanie. Musiała się zmierzyć z konsekwencjami swojej własnej dumy.

 

 

***

Alice Kristiansen – Blank space(cover)

 

– Czy mówiłem ci już, jak nieziemsko seksownie wyglądasz w tej sukience – wymruczał między pocałunkami.

Eva zaśmiała się cicho, uwięziona między ścianą, a jego ramionami.

– Tylko z milion razy – odpowiedziała.

– Warto było powtórzyć – wyszczerzył się.

Puk! Puk! Puk!

Jamie wywrócił oczami.

– Mogę ich posłać do diabła? – zapytał, robiąc minę słodkiego szczeniaka.

Eva pokręciła jedynie głową i podeszła do drzwi, gdy pukanie rozległo się po raz kolejny, tym bardziej głośniejsze i bardziej natarczywe. Otworzyła drzwi, Jamie stał parę kroków za nią, opierając się jednym ramieniem o ścianę. To nie mogło być nic dobrego.

– Natalie? – wydukała Eva.

– Przepraszam, że przychodzę tak bez zapowiedzi, ale pokłóciłam się z Jamesem i muszę się komuś wygadać – wymruczała blondynka wchodząc bez zaproszenia do środka. Zatrzymała się w pół kroku do salonu, gdy zobaczyła Jamiego. – Chyba wam w niczym nie przeszkodziłam? – zapytała zmartwiona, dostrzegając jego wymiętą koszulę i jej włosy w lekkim nieładzie.

– Nie, nie, skąd – powiedział Jamie uprzejmie.

– Och! No tak! – uderzyła się dłonią w czoło. – Harry i Ginny zabrali i nasze dzieciaki, żebyśmy mogli pobyć sami. Nie pomyślałam! Lepiej sobie pójdę, pogadamy jutro – powiedziała zmieszana.

– Nie bądź śmieszna. Nie jesteśmy przecież jakimiś wiecznie napalonymi nastolatkami – odpowiedziała Eva, zamykając drzwi.

– To ja wam zaparzę herbaty, a wy sobie ponarzekajcie na facetów – odwrócił się i postawił krok do przodu, ale zatrzymał się i spojrzał na nie łobuzersko. – Poprawka. Ponarzekajcie sobie na wszystkich facetów za wyjątkiem mnie. Jestem niemal idealny – puścił im oko i zniknął w korytarzu.

Eva jedynie pokręciła głową prowadząc blondynkę do salonu.

– Strasznie cie przepraszam Eva, naprawdę nie pomyślałam – powiedziała blondynka siadając na kanapie. – Mogę sobie pójść, jeśli chcesz. To naprawdę żaden problem.

– Daj spokój – Eva machnęła ręką. – Lepiej powiedz, co się stało. Myślałam, że mieliście mieć romantyczny wieczór we dwoje? Coś poszło nie tak?

– Ten kretyn, James, poszedł nie tak – warknęła Natalie. Jej policzki przybrały purpurowy rumieniec. – Znamy się tyle lat, a on wciąż potrafi tak mnie wkurzyć, że mam ochotę go udusić!

– Nie mogło być tak źle – powiedziała łagodnie Eva. – Jestem pewna, że nie chciał cię urazić.

– Och na pewno! Wiesz, że Potterowie zabierają dzieciaki od czasu do czasu, żebyśmy mogli spędzić czas tylko we dwoje. Nie narzekam, ale wiesz, z zera do trójki dzieci to wielka zmiana i przyznam, czasem jest ciężko, czasem tęsknie za czasem, kiedy byłam tylko ja i James. Jestem okropną matką, prawda?

– Wcale nie – Eva usiadła obok niej. – Rzadko się zdarza, że któraś się do tego przyzna, ale tak szczerze, to wszystkie matki tak myślą od czasu do czasu. Dziecko to wielka odpowiedzialność. To normalne czasem zatęsknić za życiem przed. To nie znaczy, że nie kochasz swoich dzieci, ani że jesteś złą matką. To tylko znaczy, że jesteś człowiekiem. Z resztą, sama to powiedziałaś, od zera do trójki dzieci w jeden dzień to nie lada wyczyn. Ja mam tylko jedno i nie wiem, co bym zrobiła bez pomocy rodziny i znajomych. Mogę sobie jedynie wyobrazić, jaki sajgon macie z trójką.

Natalie uśmiechnęła się lekko.

– Dzięki.

– No, ale opowiadaj, co tym razem zrobił James.

Natalie prychnęła cicho.

– Więc w nasz jeden romantyczny wieczór w miesiącu, kiedy jesteśmy tylko we dwoje, mój mąż zdecydował, że musimy naprawić relacje z jego najwspanialszym bratem.

– Oo… – Eva uniosła brwi zaskoczona.

– I zapomniał mi o tym wspomnieć.

Eva zmarszczyła nos. Mogła sobie jedynie wyobrazić zaskoczenie blondynki, kiedy wieczorem pojawił się nie tylko jej mąż, ale i szwagier i potencjalna szwagierka.

– Więc ja, ucieszona, że nasz wieczór wolny od dzieci wreszcie nadszedł zaplanowałam dla nas romantyczną kolację, potem romantyczny wieczór przy kominku, kupiłam sobie sexy wdzianko, żeby mój najwspanialszy mąż miał na czym oko zawiesić. I czekam, aż mój wspaniałomyślny mąż wróci do domu. I oczywiście przyprowadził ze sobą Albusa i Miriam. Teraz, nie zrozum mnie źle, wiem, że to jego rodzina i że musimy jakoś ze sobą żyć, ale nie muszę ci chyba mówić, że wolałabym, żeby mój szwagier nie oglądał mnie w skąpym wdzianku. Na całe szczęście, mój wspaniały mąż wszedł pierwszy do jadalni i zatrzymał gości w przedpokoju, kiedy ja się ubierałam. Wyobraź sobie, że mój cudowny mąż miał jeszcze tyle tupetu, by skomentować moje nowe wdzianko, kiedy Albus i Miriam byli zajęci sobą. Chyba myślał, że jeszcze mu się poszczęści, ale stracił na to wszelkie szanse, kiedy zaoferował naszym cudownym gościom, by zostali u nas na noc. Albus na szczęście nie chciał się zgodzić, ale zanim wyszli minęły całe wieki. I ty wiesz, co on do mnie powiedział, jak tamci sobie poszli? Że swoimi fochami praktycznie zrujnowałam wszystkim wieczór i że nie było wystarczająco jedzenia, by wszyscy się najedli przy kolacji!

Eva zakryła dłonią usta. Wiedziała, że James potrafił być niedomyślny, ale nie sadziła, że aż do tego stopnia. Mogła sobie jedynie wyobrazić awanturę, jaka urządziła mu Natalie, zastanawiając się, czy coś z niego zostało i czy nie powinna poprosić Jamiego, by sprawdził, czy James jeszcze żyje, ewentualnie powiadomił Harry’ego, że jego pierworodny został zamordowany przez własną żonę.

– No kurwa, myślałam, że go rozszarpię! Oczywiście skończyło się awanturą. Przyszłam prosto tutaj, bo nie miałam ochoty nawet przebywać z nim w jednym budynku…

Nie dokończyła, kiedy z kominka, jak pocisk, wyskoczyła Roxanne.

– Faceci, to świnie! – oznajmiła Evie i Natalie, nawet się nie witając.

Jamie pojawił się w drzwiach salonu z tacą z herbatą, ale słysząc groźne powitanie Roxanne i widząc bojową minę Natalie, odwrócił się na pięcie mrucząc coś o potrzebie czegoś znacznie mocniejszego.

– Sorki, że tak się wpraszam, ale zaraz uduszę Franco! Musiałam się stamtąd wyrwać. Zostawiłam mu dzieciaka, niech sobie sam radzi! – oznajmiła, siadając obok blondynki.

– Chyba dziś nienajlepszy dzień na romanse – skrzywiła się Natalie.

– Ty też? – Roxanne uniosła brew.

– James wciąż żyje tylko dlatego, że mamy tak blisko do Evy – mruknęła w odpowiedzi, po czym pokrótce opowiedziała swoją historię.

– Ja pierdole! – Roxanne niemal podniosła się z miejsca w geście irytacji. ­– Chyba wszyscy faceci w tej rodzinie powinni sobie ułożyć na nowo priorytety! – syknęła.

Jamies wszedł do salonu, rzucając wszystkim paniom swój najbardziej czarujący uśmiech.

– Stwierdziłem, że na wasze bojowe miny potrzebujecie czegoś mocniejszego od herbaty – wyszczerzył się stawiając tacę z winem na stoliku, po czym szybko zniknął w korytarzu.

– Ty to masz szczęście – westchnęła Natalie. – Też bym chciała takiego Jamiego, zamiast tego mojego niedorozwiniętego Jamesa.

– Wiesz, co mówią, trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie góry – skwitowała Eva. – Nie mogę na niego za bardzo narzekać, jest naprawdę kochany dla Grace i dla mnie. Ale wiesz, to tylko facet. Liczy na to, że później mu się poszczęści, jak to nazwałaś. Ale co takiego zrobił Franco? – zwróciła się do Roxy.

– Pamiętacie, jak mówiłam wam o Sally, mojej kierowniczce? – zapytała Roxanne, a kiedy obie kiwnęły głowami, kontynuowała. ­– To nie jest sekret, że nie jest zbyt mądra, okej, ale to nadal moja kierowniczka i na pewno nigdy nie dostanę podwyżki, jeśli nie będę z nią w dobrych stosunkach. Więc, umówiliśmy się ze znajomymi w pracy na kolację wraz z partnerami. Wiecie jak Franco nie cierpi takich wypadów, no ale raz na sześć jebanych miesięcy nic mu się nie stanie, jak przecierpi te dwie godziny, tak?

Obie słuchaczki kiwnęły głowami, próbując sobie wyobrazić, jak historia potoczyła się dalej? Czyżby Franco się nie pojawił? Może się spóźnił? Wyszedł w połowie spotkania?

– No, więc jakoś go tam zaciągnęłam, zostawiliśmy Charliego u moich rodziców. Franco oczywiście siedział cały sfoszony, ledwo się odzywał. Nie muszę podkreślać, jak mi było wstyd, kiedy wszyscy współpracownicy uznali mojego męża za totalnego gbura. I kiedy już myślałam, że mamy ten koszmarny wieczór za nami, Sally prowadziła swój bezsensowny monolog, i wtedy mój małżonek luzak, rozsiadł się w krześle, jak jakiś krnąbrny nastolatek, spojrzał na Sally z kpiną i powiedział znudzonym tonem: Merlinie, jaka ty jesteś kurwa głupia.

Eva i Natalie zakryły dłonią usta, jak zsynchronizowane, łapiąc głośno oddech.

– Nie powiedział tego! – powiedziała Nat na wpół rozbawiona, na wpół wystraszona.

– Co było potem? – dopytywała Eva.

– Co miało być? Przy stoliku zapadła grobowa cisza, ja myślałam, że zamorduje Franco łyżką deserową, Sally zrobiła się czerwona i bardzo szybko się zmyła, jak zresztą wszyscy moi współpracownicy. Napisałam do Sally list z przeprosinami, ale kiepsko to widzę. Chyba powinnam szukać nowej pracy – westchnęła Roxanne.

– Chyba nie będzie aż tak źle, kobieta ma męża, może zrozumie – próbowała ją pocieszyć Natalie.

– Wątpię – Roxanne spojrzała na nią załamana. – Sally odpisała na mój list. Napisała: nic się nie stało Roseanne. Kiedy Sally zaczyna przekręcać twoje imię, wiesz, że czas pakować walizki.

Natalie pogłaskała ją po ramieniu.

– A co z Franco? Przeprosił? – zapytała Eva.

– No – prychnęła Roxanne. – Powiedział, że Sally nie przeprosi, bo nie czuje się winny, powiedział tylko prawdę. Mnie nie przeprosił, bo przecież nie mnie obraził. Kiedy mu powiedziałam, że stracę pracę, wiecie co mi powiedział? Znajdziesz lepszą, w której nie będę musiał słuchać pasjonujących historii Sally. Rozumiecie? Nie dość, że jest głupi, to jeszcze do tego napuszony!

– Wiesz, co Roxy? Już się czuję lepiej. Mój mąż jest tylko głupi – powiedziała Natalie sięgając po kieliszek wina.

Roxanne skrzywiła się sięgając po kieliszek dla siebie.

– Nawet mi nie mów – mruknęła. – Najgorsze jest to, że kiedy odbieraliśmy Charliego i powiedziałam rodzicom, co się stało, ojciec powiedział mu, że jest z niego dumny. Czaicie? Matka przynajmniej była po mojej stronie, choć niewiele to dało kiedy tamci zachowywali się, jakby to był jakiś dowcip roku… – urwała, kiedy rozległo się głośne pukanie do drzwi.

 

Woodkid – I love you(quintet version)

 

– Spodziewamy się kogoś jeszcze? – Natalie uniosła brew.

– Ja otworzę! – usłyszały głos Jamiego z przedpokoju i nie minęła chwila, kiedy do salonu wpadła Rose, rzucając się w fotel.

Sięgnęła po kieliszek wina przeznaczony dla Evy i wypiła go niemal jednym susłem.

– Okej – powiedziała przeciągle Eva. – Coś się stało?

– Jeszcze nie słyszałyście? – zdziwiła się dziewczyna, ale zanim zdążyła cokolwiek dodać, do salonu wszedł Jamie z dwiema butelkami wina i dodatkowym kieliszkiem.

– Może się przydać – powiedział konspiracyjnym szeptem i szybko się ulotnił.

– Nie słyszałyśmy o czym? – dopytywała się Roxanne.

Rose wzięła butelkę wina, nalała sobie pełny kieliszek i ponownie wypiła go jednym susłem.

– Pocałowałam Scorpiusa – powiedziała wbijając wzrok w podłogę.

– Co zrobiłaś?! – zapytały jednocześnie Eva i Roxanne.

Natalie jedynie patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami.

– Nie patrzcie tak na mnie, to wszystko wina mojego ojca – jęknęła Rose, wypijając kolejny kieliszek. – Wciąż próbuje kontrolować moje życie, wiecie jak mu się pogorszyło od mojego rozstania ze Scorpiusem.

– Pogorszyło mu się po Scorpiusie i dlatego pocałowałaś Scorpiusa? – Natalie uniosła jedną brew.

– Czekajcie – Roxanne uniosła dłonie do góry, by wszystkich uciszyć. – Zdefiniuj pocałowałam w skali od krótki całus w policzek do ślepego obściskiwania.

Rose spojrzała na nie nerwowo, po czym wbiła wzrok w kieliszek trzymany w dłoni.

– Zdefiniuj ślepe obściskiwanie? – mruknęła Rose unikając ich wzroku.

Roxanne wybuchnęła gromkim śmiechem.

– Więc obściskiwałaś się ze Scorpiusem, żeby zrobić na złość Ronowi, tak? A co on tam był i się przyglądał? – zakpiła Natalie.

– Tak właściwie, to wszyscy tam byli – mruknęła Rose. – Pocałowałam go na sali weselnej.

– Okej – powiedziała przeciągle Eva, nalewając sobie kieliszek wina. – Trochę się pogubiłam. Jeszcze raz, dlaczego go pocałowałaś?

– Och, ojciec ciągle się wtrąca w moje życie i zabronił Scorpiusowi się do mnie zbliżać. Pokłóciłam się z nim na sali i jeszcze miał czelność powiedzieć, że on lepiej wie, co dla mnie dobre. Kiedy powiedziałam,że jestem dorosła i sama decyduję, on mi na to, że to się okaże. Byłam tak wkurzona, że zrobiłam jedyną rzecz, która przyszła mi do głowy, która wkurzyłaby go najbardziej.

– I Scorpius nadal żyje? – zapytała Roxanne.

– Nie mam pojęcia, bo dałam dyla, szwendałam się po mieście jakiś czas, a potem przyszłam tutaj – jęknęła Rose chowając twarz w dłoniach. Z perspektywy czasu jej genialny pomysł zrobienia na złość ojcu wcale nie wydawał się tak wspaniały. Jak miałaby teraz spojrzeć w oczy Scorpiusowi? Jak miałaby mu wyjaśnić, co dokładnie zaszło? Gdyby tylko mogła go unikać w nieskończoność, ale wiedziała, że to było ciężkie do zrealizowania, wciąż mieli przed sobą ślub Elaine i Franka.

– Co zamierzasz teraz zrobić? – zapytała Eva.

– Nie mam pojęcia – mruknęła Rose. – Nie do końca to w złości przemyślałam, by… – urwała, kiedy ponownie rozległo się pukanie do drzwi. – Co jeśli to Scorpius? – wyszeptała spanikowana Rose.

– Daj spokój. Dlaczego miałby cię szukać tutaj? Po za tym, nawet jeżeli twój ojciec go nie zamordował jakimś cudem, wątpię, że przyszedł by cię szukać. Gdybyś zostawiła mnie w takim kotle, jedynym powodem dla którego miałabym ochotę cię zobaczyć, to tylko po to, by cię zamordować – powiedziała Roxanne. – Po za tym… – urwała, kiedy w drzwiach salonu pojawił się Jamie, obejmując ramieniem zapłakaną Elaine.

Poprowadził ją bliżej i posadził w fotelu, wymieniając zmartwione spojrzenia z Evą. Przestąpił nerwowo z nogi na nogę, po czym wyszedł z salonu, decydując, że kobiece towarzystwo o wiele lepiej jej zrobi.

– Elaine… – powiedziała cicho Eva, podnosząc się z miejsca. Podeszła do dziewczyny i uklękła przed nią na podłodze. Pogłaskała jej udo, wymieniając zmartwione spojrzenia z pozostałymi kobietami. ­– Co się stało?

– Ślubu… chyba… nie… będzie… – wychlipała cicho.

– Co ty mówisz? – oburzyła się Rose. – Pokłóciliście się? Jestem pewna, że się pogodzicie! – dodała pewnie.

– Nie… Nie tym… razem… – wychlipała Elaine.

Eva podniosła się i usiadła na oparciu fotela, przytulając dziewczynę do siebie. Nie przypominała sobie, by choć raz Elaine tak otwarcie cierpiała, by płakała przy tak licznej grupie ludzi. Poczuła narastający w jej żołądku węzeł. Czy wszystko naprawdę mogło tak się posypać w jedną noc?

Problemy Natalie, Roxanne i Rose nagle wydały się wszystkim dziwnie śmieszne.

– Ale o co poszło? – zapytała Natalie. – Jestem pewna, że to nic wielkiego. Też czasem w złości wrzeszczę, że rozwiodę się z Jamesem, wcale nie znaczy, że naprawdę to rozważam.

Elaine otarła łzy rękawem, by lepiej im się przyjrzeć, choć nie wiele to dało. Łzy napływały tak szybko, że skutecznie rozmywały jej wizję. Wzięła głęboki wdech, by nieco się uspokoić choć i to niewiele pomogło.

– Frank myśli… że ja i Lysander… mamy romans… – wychlipała, ponownie zalewając się łzami. Wiedziała, co za chwile usłyszy. Że Frank zmądrzeje, że wszystko się ułoży, że jeszcze będzie się z tego śmiać. Ale nie tym razem. Wciąż widziała jego wypraną z emocji twarz, wciąż słyszała jego chłodne oskarżenie. Tyle razy obiecywał, że zawsze będzie w nią wierzył, zwątpił przy pierwszej okazji. I nie była pewna, czy tym razem było cokolwiek, co mogło im pomóc wszystko naprawić, kiedy on był pewien jej niewierności. I jej ostatnie słowa! Jej samozachowawcza strona dała o sobie znać w najgorszym momencie. Czy mogła powiedzieć cokolwiek gorszego, by upewnić go co do zasadności swoich oskarżeń? Nie zamierzał pojawić się w kościele, była tego pewna.

– Że co?! – oburzyła się Rose. – No nie! Skąd faceci biorą takie pomysły, to ja nie wiem! – warknęła do siebie.

– Powiedziałam mu… że nie będę nawet… odpowiadać… na tak głupie… oskarżenia… i że impreza… się odbędzie… czy pojawi… się w … kościele czy nie… – wychlipała.

– Co? – zapytała Eva z niedowierzaniem, przeklinając w duchu malfoyowską potrzebę pokazania światu, że wcale nie zostali zranieni tak bardzo, jak wszystkim mogłoby się wydawać.

– Byłam taka… taka wściekła! – broniła się Elaine.

– Okej, wszystkie się uspokójmy – zarządziła Roxanne podnosząc się z miejsca. – Mamy tu sytuację kryzysową na wszystkich frontach. Więc potrzebny nam dobry plan. Eva, masz coś przeciwko, żeby Elaine została tu na noc? Jeśli Malfoyowie zobaczą ją w takim stanie, wybuchnie panika, a wiesz jak to się skończy…

– Jasne, żaden problem!

– Super. Natalie, może zostaniesz z Elaine i Evą? Dobrze Jamesowi zrobi, jak zostanie w domu sam na noc. Może trochę zmądrzeje.

– Jasne – odpowiedziała blondynka, rzucając pytające spojrzenie Rose. To ona bardziej przyjaźniła się z Elaine.

– Rose pójdzie pogadać ze Scorpiusem – oznajmiła Roxanne, jakby w odpowiedzi na nieme pytanie Natalie.

– Co?! – oburzyła się Rose. – Nie ma mowy!

– A własnie, że pójdziesz! – Roxanne oparła dłonie o biodra, rzucając kuzynce surowe spojrzenie. – Jesteś mu winna przeprosiny, plus Elaine i Frank będą potrzebowali wsparcia wszystkich świadków. Nie rób z tego spektaklu o sobie!

Rose otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale szybko je zamknęła. Roxanne miała nieco racji. Teraz najważniejsza była Elaine i jej własne życiowe dramaty musiały zejść na drugi plan. A przeprosiny Scorpiusowi się i tak należały. Nie mogła go unikać w nieskończoność.

– A ty? – zapytała Rose.

– Ja idę pogadać z głupsza połową naszej rodziny – powiedziała mściwie.

 

 

***

Kings of Leon – Walls

 

Wzięła głęboki wdech stanąwszy przed zamkniętymi drzwiami. Czuła się niemal, jakby cofnęła się w czasie, kiedy przychodziła tu późnymi wieczorami, by zaciągnąć go do domu. Nic się tu nie zmieniło, wygląd, zapach, nawet margaretki na biurku sekretarki. Tak jak wtedy, przechodziły ja ciarki na widok ciemnych pustych korytarzy. Nigdy nie potrafiła zrozumieć, dlaczego najlepiej pracowało mu się w pustym budynku.

Przestąpiła nerwowo z nogi na nogę, zastanawiając się, co miałaby mu powiedzieć? Była całkowicie zażenowana swoim zachowaniem, czuła, jak jej policzki nabierały koloru. Jak mogłaby mu spojrzeć w oczy? Czy był na nią zły? Może rozżalony? Czy zechce jej wysłuchać? A może, podążając za instrukcjami jej ojca, wyprosi ją z gabinetu i swojego życia?

Wypuściła powoli powietrze i zapukała do drzwi, szybko, zanim miałaby wystarczająco czasu  by się rozmyślić. Otworzyła je, zanim zdążył odpowiedzieć, wiedząc doskonale, że zaczytany mógł wcale nie usłyszeć pukania.

Siedział za biurkiem, z nogami opartymi o blat. Nerwowo przygryzał końcówkę ołówka, marszcząc czoło. Jego krawat leżał na biurku, górne guziki koszuli rozpięte, jak zawsze, gdy siedział godzinami nad drobnym problemem, który mógł przysporzyć firmie wiele kłopotów. Nic nie wskazywało, by słyszał jej pukanie lub wejście. Prawdę powiedziawszy, miała taką nadzieję, dając sobie choćby kilka sekund więcej na przemyślenie wszystkiego, co powinna mu powiedzieć.

– Cześć Scorpius – powiedziała po chwili, gdy wciąż pogrążony myślami w sprawach firmy, nie zauważył stojącej w cieniu otwartych drzwi.

– Rose – wydukał zaskoczony, podnosząc wzrok znad opartej na kolanach teczki.

– Draco powiedział mi, że tu jesteś – wyjaśniła swoje nagłe najście.

– Coś się stało? – zapytał zmartwiony.

– Nie, nie – odpowiedziała szybko. – Właściwie, to tak – dodała, kręcąc głową nad własną głupotą. – Elaine i Frank mają mały kryzys. Nie wiadomo, czy wesele się odbędzie – wyjaśniła. – Frank jest pod silnym wrażeniem, że Elaine ma romans z Lysandrem.

– A ma? – zapytał unosząc brew.

– Nie bądź głupi! Oczywiście, że nie! – zirytowała się, ale po chwili skarciła się w duchu. Przyszła go przeprosić. Obelgi wcale nie ułatwiały jej prośby o wybaczenie. – Elaine jest całkowicie załamana. Teraz jest u Evy – dodała łagodniej.

– I chcecie, żebym porozmawiał z Frankiem? – zapytał podejrzliwie. – Nie sądzę, że jestem odpowiednią osobą. Wszyscy wiedzą, że zrobiłbym dla Elaine wszystko. Wie, że skłamałbym dla niej bez mrugnięcia okiem.

– Roxanne ma z nim porozmawiać – wyjaśniła Rose. – Tak właściwie to przyszłam, bo chciałam z tobą porozmawiać – dodała poważnie, podchodząc bliżej.

– O czym? – zapytał zdawkowo, ponownie skupiając uwagę na aktówce.

Rose miała ochotę krzyczeć. Zdawało się, że Scorpius nie zamierzał w ogóle wspominać jej pocałunku. Zachowywał się, jakby kompletnie nic się nie stało i nie potrafiła powiedzieć, dlaczego tak bardzo ją to irytowało. Miała cichą nadzieje, że on sam zacznie ten temat, oszczędzając jej nieco wstydu, ale najwyraźniej nie zamierzał jej niczego ułatwiać.

– Ja… – zaczęła niepewnie

Spojrzał na nią wyczekująco, ale nie odezwał się słowem. Czuła, jak rumieńce palą jej policzki pod jego przenikliwym spojrzeniem.

– Ja… ja chciałam cię przeprosić za wcześnie. – mruknęła cicho.

– Wcześniej? – zapytał zdziwiony.

Była pewna, że udawał niewiedzę, by ją ukarać, by wszystko jej utrudnić. I jakaś część jej samej wiedziała, że zasłużyła na taką karę, ale czy naprawdę nie mógł się zdobyć na  odrobinę współczucia?

– Za wcześniej, kiedy cię pocałowałam – powiedziała cicho, unikając jego wzroku.

– Aaa… – powiedział przeciągle. – Za to wcześniej.

Podniósł się z miejsca, nie spuszczając z niej wzroku. Obszedł biurko dookoła, stając naprzeciwko dziewczyny, opierając jedną dłoń o blat. Westchnął głośno, stukając palcami o biurko, jakby próbując podjąć decyzję, czy powinien na nią nawrzeszczeć, czy po prostu udusić. Im dłużej przyglądał jej się w ten sposób, tym więcej czarnych scenariuszy przewijało się jej w głowie. Może powinna była przeprosić go na sali weselnej? Przy świadkach na pewno nie zrobiłby jej krzywdy.

– Wiesz, jeśli tak desperacko chciałaś mnie wykończyć mogłaś zatrudnić seryjnego mordercę, zamiast podpuszczać ojca, który niewątpliwie skończyłby w Azkabanie, nawet jeśli jest najlepszym przyjacielem Chłopca, który przeżył – powiedział w końcu.

Spojrzała na niego zaskoczona. Otworzyła usta, by coś odpowiedzieć, ale słowa ugrzęzły jej w gardle. Czy to była jedynie cisza przed burzą? Czy może jedynie droczył się z nią, wiedząc, jak bardzo czuje się zażenowana?

– Jestem nawet przekonany, że Ron pomógłby ci znaleźć takowego zabójcę, gdybyś poprosiła. Był swego czasu Aurorem, wie to i owo o półświatku – kontynuował Scorpius.

– Ty… Ty się ze mnie śmiejesz? – zapytała niepewnie, ale nie czekając na odpowiedź uderzyła go w ramię. – Śmiejesz się ze mnie! – wysyczała na wpół rozbawiona.

Scorpius wyszczerzył się wesoło. To było całkiem zabawne, jej zażenowanie, kiedy mówiła o pocałunku, jej konsternacja, kiedy myślała, że był na nią wściekły, jej irytacja, gdy zorientowała się, że jedynie z nią pogrywał.

– Zakładam w takim razie, że nie jesteś na mnie zły? – zapytała, siląc się na poważny ton, ale kąciki jej ust unosiły się mimowolnie.

– Rose, znam cię od lat. Ron cie wkurzył, więc zrobiłaś pierwszą rzecz, która ci przyszła na myśl, żeby go wkurzyć – zaśmiał się.

– Jestem aż tak przewidywalna? – zapytała, opuszczając ramiona.

– Nie do końca. Wiedziałem, że zrobisz coś, żeby go wkurzyć. Nie myślałem, że obściskiwanie się ze mną, będzie pierwszym, co ci przyjdzie do głowy – powiedział nieco ciszej, stawiając krok w jej stronę.

– Tylko cię pocałowałam – wyjaśniła słabym głosem.

– Tak to nazywasz? – zaśmiał się cicho stawiając kolejny krok w jej stronę.

Przełknęła głośno ślinę. Stał tuż przed nią, dzieliły ich zaledwie centymetry. Jakiś rozsądny głos w jej głowie wrzeszczał, by się odsunęła, by postawiła choćby krok do tyłu. Ale nie ruszyła się z miejsca.

– Tak – odpowiedziała słabo. – Tylko taki mały całus…

Uśmiechnął się pod nosem, ale jego mina szybko spoważniała. Nie zasłużył na to, by jeszcze kiedyś jej dotykać, ale kiedy była tak blisko niemal nie mógł się powstrzymać. Jakiś magnes sprawiał, że był coraz bliżej.

– Przeprosiny przyjęte – wymruczał, wpatrując się w jej twarz. Musiał wyglądać tak jak ona, rozdarty między tym czego chciał, a tym, co było słuszne, ale przecież wszyscy wiedzieli, że był egoistą. Wszyscy wiedzieli, że lubił dostawać to, czego chciał, a w tym momencie chciał posmakować jeszcze raz ust Rose Weasley.

Musnął jej wargi swoimi, czekając cierpliwie, aż go odepchnie, aż uderzy, aż nawrzeszczy. Ale nie ruszyła się z miejsca, więc pocałował najpierw jej policzek, by przejść małymi pocałunkami aż do jej ust.

Zadrżała, kiedy objął ją ramionami i przyciągnął do siebie, oddychając ciężko. Nie było odwrotu. Moment, by się odsunąć, odejść, zabronić, dawno przeminął. Dotknęła jego policzka, czując na sobie jego przenikliwy wzrok.

Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale szybko je zamknął. Słowa jedynie zepsułyby ten moment. Miałby jej powiedzieć, że mu przykro? Że stracili przez niego tyle czasu? Że nie mógł przestać o niej myśleć? Nachylił się i pocałował ją jeszcze raz, obejmując mocno, wciąż pamiętając, że ją zranił i w każdej sekundzie mogła go odepchnąć.

Powinna odejść. Powinna go odepchnąć, przypomnieć mu, że między nimi wszystko skończone, ale jak mogłaby odsunąć się choćby na milimetr, kiedy jego pocałunki były tak słodkie? Jak mogłaby odejść, kiedy jego dłonie tak czule jej dotykały? To prawda, ich związek zakończył się niemal pół roku wcześniej, ale to wcale nie znaczyło, że pomiędzy nimi wszystko było skończone. Wciąż nie mogła przestać o nim myśleć. Czasem wyobrażała sobie, że błaga ją o wybaczenie i próbuje odzyskać każdego dnia, aż w końcu ona sama łamie się i wybacza i żyją szczęśliwie do końca swoich dni.

Przesunął ją w stronę biurka, wbijając palce w jej pośladki.

– Rose, doprowadzasz mnie do szaleństwa – wymruczał jej do ucha, zdobywając się na odrobinę odwagi. Do tej pory go nie odepchnęła, choć miała miliony okazji. Gdyby śmiał, pomyślałby nawet, że podobały się jej jego pieszczoty, pocałunki. Gdyby śmiał, pomyślałaby, że to może zajść znacznie dalej, niż planował, kiedy musnął jej usta. Gdyby śmiał, pomyślałby, że poszczęści mu się wystarczająco by znów ją posiąść i nigdy więcej nie wypuścić.

Niemal zapomniała, jak bardzo uwielbiała, kiedy tak na nią patrzył. Mogłaby spłonąć pod jego spojrzeniem i narodzić się na nowo. Może popełniała błąd. Ale czy to naprawdę błąd, jeśli wszystko wydaje się w tak najlepszym porządku? Czy to błąd, jeżeli wszystko po raz pierwszy od pół roku wydaje się na miejscu? Czy to błąd, jeżeli to wszystko ma sens?

– Scorpius… – wyszeptała między pocałunkami.

Uśmiechnął się na wydźwięk swojego imienia. Był pewien, że już nigdy nie usłyszy go w ten sposób. Że już nigdy nie usłyszy go wypowiedzianego w chwili przyjemności.

Odsunęła się nieco od niego, nagle, niespodziewanie. Oddychała ciężko, patrzyła mu w oczy. Przełknął głośno ślinę, pewny, że to pożegnanie, ale i tak dostał więcej, niż kiedykolwiek mógłby zamarzyć.

Uśmiechnęła się lekko, zaczepiając palce na zapięciu paska jego spodni. Zmrużył oczy, zastanawiając się, czy jedynie droczyła się z nim za jego zuchwałość. W tym momencie był gotów poddać się każdym torturom, które dla niego przygotowała.

Ale Rose nie w głowie były tortury. Tak bardzo jak nienawidziła tego przyznać, tęskniła za nim. W sekundy uwinęła się z paskiem i zapięciem spodni. Spojrzała mu w oczy, czując jak palą ją policzki, zupełnie jakby jej krew wrzała na samo wspomnienie Scorpiusa.

– Kochaj się ze mną – wyszeptała.

Spojrzał na nią zaskoczony, ale nie potrzebował, by powtarzała dwa razy. Jej przyzwolenie było niemal jak obietnica, od tego momentu wszystko miało się zmienić, wszystko miało być dobrze. Do diabła z konsekwencjami! Do diabła ze znajomymi i rodziną! Do diabła z wyrzutami sumienia.

W tym momencie nie potrzebowali niczego, prócz siebie.

 

******************

Hej, hej :)

Wiem, miałam się pospieszyć z rozdziałem, a tu znowu trzy tygodnie. Ale biorąc pod uwagę, że ten rozdział jest dwa razy dłuższy od poprzednich, chyba nie macie na co narzekać :)

Miłego czytania;)

xoxo

Hippie

11 Komentarze

  1. Wróciłam!
    Nie obiecuję, że od teraz będę tu regularnie zaglądać (skłamałabym), ale się postaram!
    Wiem, wiem, długo mnie nie było…
    I przepraszam.
    Musiałam dojść do ładu z życiem, nauką, początkiem roku, zmarnowanymi wakacjami, nauczycielami, polityką, …
    Wciąż się błąkam, nie umiem zorganizować, nie wysypiam, nie ustaliłam priorytetów, ale powoli pnę się do przodu ;)
    W gruncie rzeczy przeczytałam te rozdziały w przerwie między bezowocnym przeglądaniem internetu, słowników i encyklopedii filozoficznych w poszukiwaniu konkretnych informacji na temat poglądów husserlistów, neokantyzmu psychologicznego i monadologii Leibniza… Byłam bliska degobijacji, używając nowo nabytego słownictwa, ale ciiii….
    Ważne, że w końcu tu trafiłam ;)
    Odnośnie kilku ostatnich rozdziałów:
    bardzo zmartwił mnie obrót jaki przybrała relacja Draco i Rose, właściwie to jest to, co mnie boli najbardziej. Martwię się o to, bo ich przyjaźń była ostoją dla nich obu i każdego z osobna, utrata tego, choć może jeszcze tego nie widać, znowu poważnie ich zrani.
    Czuję, że to po prostu sny zsyłane Elaine, ta hipoteza brzmi dla mnie najbardziej prawdopodobnie. Aczkolwiek spodziewam się rozróby na weselu Elaine, niekoniecznie jednak ze strony jej biologicznej matki.
    Kilkakrotnie miałam ochotę potrząsnąć Elaine by porozmawiała z Frankiem, by wyjaśniła mu o co chodzi, zwłaszcza w momencie kiedy ten sam zdecydował się na rozmowę. Ech…
    Na temat Albusa nawet się nie wypowiem…
    Ron jest nieco zbyt gwałtowny i niestabilny emocje, także zbyt pochopny w ocenie. Nie myślałaś o tym by spróbować wykorzenić / ułagodzić nieco te cechy poprzez jednego z bohaterów? Jego stereotypowe myślenie, nadopiekuńczość i nierozsądne działanie bez zastanowienia stają się coraz bardziej irytujące.
    Scorpius… Bardzo się boję tego zakończenia, czuję, że nie wyjdzie im to na dobre, jeszcze nie teraz, że przerazi ich to, że wciąż siebie pragną, wciąż o sobie myślą i nie potrafią zapomnieć, przez co będą starali się od siebie uciec, odizolować, zignorować uczucia i pragnienia. Nie wiem czy to nawet nie pogorszy stanu rzeczy.
    Jamie był przecudowny i przeuroczy przez te rozdziały <3
    Po prostu cud-miód. Aczkolwiek (don't kill me, please) zdawał się w tym nie pasować do Ewy – mocno uwidaczniała się tu różnica ich charakterów.
    Cieplutko pozdrawiam (choć za oknem plucha) bo nareszcie uruchomili centralne ogrzewanie i mogę się wygrzewać w pokoju ;)
    Papa, wracam do nierównej walki z Witkacym^^

  2. NARESZCIE! <3 Jezu! jak ja się stęskniłam ! :D
    Rozdział cud, miód i orzeszki! Uwielbiam Rose i Scora, i moje serce za każdym razem krwawi, gdy są zbyt daleko od siebie.. Mam nadzieje, że po tym zdarzeniu, to oni nie będą siebie unikać! Mają być razem, nawet jeśli nie pasuje to rodzinie, czy tam ich przyjaciołom.. co do Ron'a ja nie przepadam, za postacią, i za rodziną Rose tez. Uważam, że to wszystko co ją spotkało w dużym stopniu to ich wina, i powinni ponosić tego konsekwencje, niech Rose nie będzie ciepłą kluchą! Uwielbiam jak ma pazur, i pokazuje 'rodzince' na co ją stac, i że nie da sobą rządzić. Ona i Scor to mieszanka wybuchowa, i dlatego będą się kochać do końca. Co do Elaine, to sądze, że wszystko się ułoży, i ślub jednak sie odbędzie, a Frank się pokaże! :P A jej mamusia, nie odwali powstania ;D
    Czekam, z niecierpliwością na nowy rozdział!
    P.S nie każ długo czekac! :<
    P.S.2 Pozdrawiam cieplutko! :*

    • :D sorki, wiem, że sie wlekłam jak ślimak z tym pisaniem, ale dałam wam więcej, co jest warte podkreślenia :)
      Heh, Rose i Scorpius. Co więcej trzeba powiedzieć, lubią nas torturować. ale cóż, takie życie.

      Myślę, że po części masz rację, co do rodziny Rose, ale ja generalnie uważam, że ewentualnie można komuś doradzić, ale każdy powinien żyć tak jak uważa za słuszne.

      No, ja tez mam nadzieję, że mama Elaine nie „odwali powstania”. heh, to może byc moja nowa ulubiona fraza. Odwalić powstanie. Hm.

      Postaram się być szybka
      I pozdrawiam wzajemnie :P

      xoxo
      Hippie

  3. Zlot dziewcząt u Eve na swój sposób był całkiem zabawny. Znaczy to, że one wszystkie się tam zleciały, Franco zachował się bezczelnie i chamsko, a Jamie przynosił te wina i kieliszki, ale tak ogólnie to udawał, że go nie ma.
    Szkoda mi Elaine. Znaczy niby Frank miał powody, żeby zacząć coś takiego podejrzewać, ale, kurczę, przykro mi, że uważa, iż Elaine jest w stanie go zdradzić…
    Ron trochę przesadza. Wtrącanie się na zasadzie „powiem temu złemu, żeby odwalił się od mojej córeczki, bo już raz złamał jej serce” rozumiem, ale szpiegowanie i czytanie czyichś korespondencji właściwie bez żadnego konkretnego powodu („bo MOŻE coś tam…”) jest mocno nie okey. Chociaż właściwie to dzięki Ronowi – być może – dojdzie do zejścia się Rose i Scorpiusa. Ich tak, kurde, ciągnie do siebie i schodzą się i rozchodzą, a ja już sama nie wiem czy trzymać za nich kciuki, czy nie. No bo niby jak są razem, to się tak często ranią i póki co zawsze kończyli się źle, no i może gdzie indziej, w innych ramionach byłoby im bardziej szczęśliwie. Ale przecież widać, że to, co do siebie czują, jest takie silne, no. Może i kiedyś zejdą się, ogarną (chociaż już zaczęli się ogarniać) i przestaną ranić. Albo umrą, patrząc na to w jakim kierunku ten ficzek może zmierzać (ze mną jest naprawdę coś mocno nie tak, bo aż się wyszczerzyłam z ekscytacji; to nic, że kiedy doszłoby do czegoś podobnego, ryczałabym jak ranne zwierzę).

    • Heh, nie można mieć wszystkiego, prawda? A Franco zawsze miał w sobie odrobinę z gbura. Cóż poradzić. Jestem pewna, że Roxanne mu za to da słono popalić. Także wiesz. Nic straconego.
      Co do Franka i Elaine, myślę, że oboje sie trochę pogubili. Nie wydaje mi się, że Frank tak jest całkowicie pewny zdrady. bardziej wydaje mi sie, że już nie wie co myśleć i tylko to jedno rozwiązanie ma sens. No, ale zobaczymy w przyszłym rozdziale, jak to sie rozwiąże :)
      Ach, żeby tylko zaborczy ludzie w ogóle myśleli logicznie liczba morderstw spadłaby o połowę. Niestety nie żyjemy w idealnym świecie. To jest chamskie i niemal niewybaczalne, ale co zrobić.
      Heh, bo wiesz, oni tak specjalnie się w kotka i myszkę bawią, żeby was zmylić. teraz już same nie wiecie co robić :D

      Ale spokojnie, nie umrą… jeszcze.

      xoxo
      hippie

  4. Hippie!
    Zawału przez Ciebie dostanę! Do ostatnich linijek myślałam, że „rozsądek” wygra i będziemy musieli cierpliwie czekać na więcej, a tu taka niespodzianka! Idę utopić się we łzach szczęścia :’)

    • Heh, wiesz, jak uwielbiam was trzymać w napięciu. Nie mogłam wam tak po prostu dać happy-endu bez małego „ale”. I tak mnie kochacie :D

      hej, hej! Nie top się jeszcze! Musisz napisać co najmniej jeszcze z trzy książki! Przynajmniej!!!

      xoxo
      Hippie

  5. I w końcu świat odzyskał równowagę
    Ja nie wybaczyłabym Scorpiusowi i wiem to doskonale, ale może ze strony Rose to nie był błąd? Może będzie już wszystko dobrze?
    Rozdział jak zwykle genialny. Bohaterowie żywi, ukazujący swój charakter.
    Elaine-normalnie zamordować za to co wyprawia! Polecam jej kubek zielonej herbaty i szczerą rozmowę.
    Całusy
    Śliczna

    • Oj, tam, oj, tam. Wiesz jak jest z równowagą, dziś jest, jutro jej nie ma.

      czy Rose popełniła błąd? ha! To jest dopiero pytanie, na które nawet najstarsi Indianie nie znają odpowiedzi. Nie wiem, czy ja potrafiłabym wybaczyć. Ale zobaczymy jak to sie potoczy. To w końcu jest udowodnione naukowo, że zdradza w pewnych okolicznościach może być błogosławieństwem dla związku :P

      Obawiam się, że w przypadku Elaine zielona herbata to za mało. no ale wiesz, Roxanne wyruszyła na misję ratunkową, więc może coś się ruszy :)

      xoxo
      Hippie

  6. Ty miałaś dodawać szybciej rozdzialy, a ja miałam każdy na bieżąco komentować. Jesteśmy kwita XD Jeżeli mogę tak powiedzieć. W życiu bym nie pomyślała, że szkoła może być aż tak wyczerpująca.
    W każdym razie rozdzialy ( te poprzednie i ten teraz) są WOW. Nie wiem jak inaczej mogę je opisać. Brakuje polskich przymiotników. Scena Rose I Scorpiusa była tak romantyczna. Emocje bohaterów w każdej najmniejszej glosce. Frank… To wcale nie tak,że mam do niego słabość,nie, nie , po prostu nie można go winić za to,że Elaine zaczęła świrować ( chociaż całkiem słusznie, chyba).
    A Jamie? Czy tylko ja tak mam,że zazwyczaj zwracam uwagę na bad boy’ów. Silnych, charyzmatycznych, pewnych siebie, sarkastycznych romantycznych. Troche jak Jace Herondale- Jeżeli czytałaś Dary Anioła Cassandry Clare. I właśnie Jamie mnie rozwalił tym winem i w ogóle sobą. Kocham go. Przepraszam Eva, ale go kocham. Będę sobie go kochać ( z daleka).
    Nie chce rozdrapywac starej rany, ale jakoś w tym pokręconym światku się dzieje, że gdy wydaje się, że po zerwaniu świat ,ma nie wiele do zaoferowania to nagle pojawia się ktoś, kto wywraca je do góry nogami w najmniej wyczekiwanym( a czasem w najmniej odpowiednim xD) momencie. I tym ktosiem zazwyczaj jest ktoś taki, jak Frank dla Elaine, jak Jamie dla Evy, jak Scorpius dla Rose. Czasem mam wrażenie, że w życiu nic nie jest banalne. Że te historie miłosne, te najbardziej „nieprawdopodobne” są właśnie najbardziej prawdopodobne. Zwłaszcza jak słyszę opowieści miłosne swoich rodziców,dziadków. Czyż nie są magiczne i romantyczne. ( Tak, pójdę na psychologie, a co xD) A mówi( wróć) pisze ci to dziewczyna, która w życiu nie była prawdziwie zakochana, a jedyny rekord związku to w przedszkolu jeden dzień ( Ale liczy sie? Liczy się :D)

    Powodzenia na nowej drodze życia :D
    Z wyrazami szacunku i zapasem żelków ( dla nieletnich) i wina ( dla tych bardziej letnich) z weną xD
    Love, Neyliero

    • Heh, okej, to jesteśmy kwita :)
      co do szkoły, to świetnie cię rozumiem. ja nie muszę nawet chodzić do mojej a jedynie oddawać prace na zaliczenie co jakiś czas, ale i tego czasem mam dość. takie ślęczenie nad pracą domowa zawsze wysysa z człowieka energię :/ Świetnie cie rozumiem!
      Bardzo sie cieszę, że spodobały ci sie rozdziały:) zawsze miło to usłyszeć :)

      Ech, te nasze Kukiełkowe chłopaki… Chyba stworzyłam sobie idealnego faceta, jakby tak wszystkich posklejać. Ech, czasem sama chciałabym być postacią z Kukiełek. napisałabym sobie cudowny happy end z Jamiem. Albo Jamesem. Albo Lysandrem, skoro i tak jest singlem… Ale sie rozmarzyłam…

      heh, co do miłości zgadzam się z tobą. Najlepsze rzeczy przychodzą niespodziewanie. A brakiem zakochania się nie przejmuj. Ja nigdy nie byłam zakochana ani w związku do 20 roku życia. Na pewno miał z tym coś wspólnego sposób w jaki wtedy wyglądałam(ale tez nie przesadzajmy, nie zawsze było tragicznie), ale miałam zasadę, że nie będę się chytać pierwszego kretyna, który się nawinie, tylko dlatego, ze wszystkie moje koleżanki „zakochiwały się” po 3 minutach rozmowy. Albo gorzej, zmuszały mnie, żebym z nimi szpiegowała obleśnych kolesi, którzy im sie wtedy podobali. Z perspektywy czasu to jest zabawne, wtedy nie tak bardzo. Ale wracając do tematu R. był moją pierwszą miłością i wiem, że mój związek ostatnio sie rozpadł, ale rozstaliśmy sie w kulturalny sposób, niczego nie żałuję i nie czuję sie zraniona. warto było poczekać. Więc jako osoba, która po raz pierwszy posmakowała miłości w wieku dwudziestu lat mówię ci, nic sie nie przejmuj. Czasem warto poczekać. Poprawka. Zawsze warto poczekać :)

      Dziękuję i wzajemnie. Mam nadzieje, że taki Jamie albo Lysander staną na naszych drogach :)

      xoxo
      Hippie

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.