95. Mimo wszystko

The American Authors The best day of my life

 

– Doprawdy nie rozumiem, czemu ja muszę pomagać w przygotowaniach –oburzyła się cicho Mia, rozglądając się nerwowo wokół, by upewnić się, że nikogo nie ma w zasięgu słuchu. – Ona jedynie przeszkadzała w przygotowaniach do mojego wesela, nie wspominając o podtruciu mojej świadkowej.

Rose uśmiechnęła się pod nosem. Dawniej drażniła ją ta niekończąca się zajadłość między Elaine i Mią, ale teraz, kiedy były skazane na swoje towarzystwo przez małżeństwo blondynki, było to dość zabawne.

Domniemanym podtruciu. Teoretycznie niczego jej nie udowodniłyśmy – zaśmiała się Rose, ale blondynka rzuciła jej mordercze spojrzenie. – Wiem, wiem, wszyscy wiemy, że Elaine to zrobiła. Ale wiesz, Elaine strasznie denerwuje się ślubem. Poza tym jesteś za miękka, żeby odmówić, a poza tym wiesz, że Markowi zależy, żeby twoje stosunki z Elaine się polepszyły i wydaje mu się, że tędy droga – powiedziała otwierając teczkę z wachlarzami próbek materiałów. Każdy wachlarz był w innym kolorze, ale Rose mogłaby przysiąc, że odcienie tych samych kolorów niewiele się od siebie różniły. – Mamy wybrać obrusy, serwetki, potem mamy iść z Elaine na przymiarkę, po lunchu musimy podejść do firmy cateringowej domówić jedzenie, Frank znowu doprosił kilka osób…

– Wiesz co? Może powinnam zarazić ciebie i Evę smoczą ospą, przypadkiem oczywiście – powiedziała Mia uśmiechając się łobuzersko. Podeszła do Rose i spojrzała na wachlarze materiałów, wypuszczając głośno powietrze.

Była niemal pewna, że jej własne wesele nie wymagało aż tylu przygotowań. Choć z drugiej strony, jej przygotowania trwały miesiącami, tu mieli zaledwie kilkanaście dni, a lista gości była znacznie dłuższa. I codziennie się wydłużała.

– Po pierwsze, Elaine ma do dyspozycji niemal całą rodzinę Potterów i Weasleyów, by poprosić na świadkową, wszyscy kochają Franka i nie odmówią jego narzeczonej. A nawet gdyby nie miała wyjścia i poprosiłaby ciebie, i tak byłabyś przykładną świadkową, bo nie umiesz być nie miła i nie mogłabyś się zmusić, żeby sabotować jej ślub. Poza tym, tak szczerze, obie wiemy, że  Elaine jest Ślizgonką. Poprosiłaś ją, żeby przekonała mnie, żebym przyszła na twój ślub i była świadkową, i to zrobiła. Na swój Ślizgoński sposób.

– Merlinie! Ja naprawdę jestem za miękka. Ale masz rację. W sumie, to zrobiła, o co poprosiłam. Ech, nieważne. O której przychodzi Eva? Może ona będzie wiedziała, co wybrać… Powinna już być, nie? Zazwyczaj się nie spóźnia… – westchnęła Mia przeglądając próbki.

– No niby powinna już być – Rose skrzywiła się nieco. – Ale bardzo bym na nią dziś nie liczyła, jeżeli w ogóle się pojawi.

– Czemu? Coś się stało? – Mia spojrzała na nią zmartwiona.

– Albus się stał. Cóż innego? – westchnęła Rose. – Lilka przyszła wczoraj do mnie po tej uroczystej kolacji, którą zwołał Albus. Nie byli w szampańskich nastrojach, nawet Sergius nie ukrywał zniesmaczenia, a zazwyczaj stara się nie ingerować w konflikty Potterów.

– Co tym razem? – zapytała zirytowana Mia. – Merlinie! Dałby już spokój dziewczynie!

– Albus podobno zaręczył się z Miriam – powiedziała chłodno Rose. – I stwierdził, że wiesz, Grace powinna zamieszkać z nimi, żeby miała dwoje porządnych rodziców.

– Że niby kto miałby być tym drugim porządnym rodzicem? Chyba nie myślał o sobie?

Rose spojrzała na nią zaskoczona unosząc do góry brew.

– Wiesz, gdybyś nabrała pazura, to byłabyś z Lilką całkiem zabójczym duetem. Ona powiedziała dokładnie to samo. Na głos, przy wszystkich.

– Nie… – Mia odpowiedziała przeciągle, nie dowierzając słowom Rose,  zasłoniła dłonią usta.

– O tak. Lilka nie ma skrupułów – stwierdziła Rose, po czy zaczęła konspiracyjnym szeptem. – W każdym razie, nie wiem dokładnie co i jak jej powiedział, bo podobno rozmawiali w kuchni. Ale Lilka mówiła, że Jamie nie zamierzał zostawiać Ewy na pastwę Pottera i poszedł za nimi, no i wszyscy słyszeli nieco podniesionych głosów, potem Eva i Jamie niemal wybiegli z kuchni, Jamie złapał w locie Grace i tyle ich widzieli. Potem podobno nie było wcale weselej. Natalie wkurzyła się tak bardzo, że zaczęła klnąc przy dzieciach. James też musiał być nieźle niezadowolony, bo nawet nie zwrócił jej uwagi i szybko się zwinęli. Lilka i Sergius wyszli zaraz po nich.

–Tak źle? Co ten koleś ma w głowie?

– Nie mam pojęcia… – westchnęła Rose. – No, kurwa! Jak mamy wybrać kolory, jak one wszystkie dla mnie są takie same! Co za bezsens!

– Uważaj, żeby ciocia cię nie usłyszała – usłyszały za sobą. – Będziesz musiała wysiedzieć trzygodzinny wykład na temat palety kolorów.

– Eva! – wydukała Rose, przyglądając się brunetce uważnie.

Była blada i zaspana, jej włosy były w nieładzie, zupełnie, jakby nie zdążyła się uczesać, a jej oczy były lekko podpuchnięte.

– Sorki za spóźnienie, trochę mi się zaspało – powiedziała dziewczyna podchodząc bliżej stolika. – Na obrusy ten, na wąskie obrusy ten, a na serwetki ten – po kolei wskazywała palcem na różne materiały. – I nie możemy zapomnieć o firmie cateringowej. W sumie jest dziesięć ekstra osób.

– Eva, jeśli nie czujesz się dzisiaj na siłach, to wiesz, my to możemy zrobić same. Elaine zrozumie, jeśli nie przyjdziesz na przymiarkę – powiedziała Rose.

– Obiecuje, że nie będę bojkotować przygotowań – dodała Mia szczerząc się wesoło.

– Nic mi nie jest, czuje się świetnie. Jestem tylko trooooooooooche niewyspana, ale przeżyję – odpowiedziała ziewając Eva.

– Evuś, wiemy, że na pewno martwisz się tym, co powiedział wczoraj Albus – zaczęła poważnie Rose. – Ale nie musisz się martwić, żaden sędzia przy zdrowych zmysłach nie dałby mu opieki. Zresztą, już to przerabialiśmy, nie tak dawno temu. Nie będzie miał jaj, żeby drugi raz cie pozwać, a jeśli nawet, Astoria zmiażdży go w sądzie.

– Rose, naprawdę czuję się dobrze – zapewniła Eva.

– Jasne! Widziałaś się dzisiaj w lustrze? Twoje słowa mogą brzmieć pewnie, ale twoja twarz mówi mi, że nie spałaś za wiele tej nocy. Na pewno zamartwiałaś się, co zrobi ten głupek!

– Rose, serio, nie przejmuje się Albusem ani trochę. Razem z Jamiem zdecydowaliśmy, że nie pozwolimy mu dyktować warunków szczęścia Grace, ani naszego – odpowiedziała rozglądając się wokół, by upewnić się, że nikt ich nie słyszy, ale było to zbędne. Wszyscy zebrani na sali weselnej stali pochyleni w grupkach przy różnych stolikach, pomagając zorganizować przyjęcie w tak krótkich czasie. Nawet Astoria nie podeszła się z nią przywitać, zbyt pochłonięta dyskusją z mistrzem ceremonii.

– Wiesz co, Eva? Rose ma trochę racji. Naprawdę wyglądasz koszmarnie – zauważyła Mia, wyciągając wybrane przez Evę próbki i chowając resztę do teczki.

– Ugh! – jęknęła brunetka, przestępując z nogi na nogę, rumieniąc się nieco. – Nie spałam dużo w nocy bo byłam z Jamiem – wymamrotała, spoglądając w bok.

– Och – odpowiedziała przeciągle Rose, wymieniając łobuzerskie uśmiechy z Mią. – Trzeba było tak od razu mówić. To ja ci pójdę po kawę, w razie, gdyby dziś wieczorem Jamie znów przyszedł cie pocieszać.

Eva zmrużyła oczy, ale nic nie odpowiedziała.

– A Mia cię uczesze i umaluje w tym czasie, żebyś wyglądała, jak człowiek dla naszego ulubionego złego chłopca – dodała na odchodne, śmiejąc się tak głośno, że przyciągała uwagę większości zebranych na sali weselnej.

– Okej, wiesz do mamy dalej w planie? – zapytała Eva ignorując ciekawskie spojrzenia, ciągnące się za Rose. Do wesela zostało zaledwie parę dni i nie zamierzała pozwolić Albusowi się rozproszyć.  To było święto Elaine i Franka i nie zamierzała go zamienić w dzień współczucia Evie. Nie zamierzała dać się zastraszyć.

– Przymiarki. Ale wiesz, może na serio lepiej cie uczeszę i umaluję… – zaczęła blondynka, ale Eva rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie. – Hm… Teraz już wiem, czemu Rose zawsze się śmieje, kiedy ja próbuje przybrać surową minę… – mruknęła  nieco zamyślona przyglądając się Evie. – No, ale nieważne. Mówię poważnie. Elaine nie powinna cie widzieć w takim stanie. I tak wygląda, jakby miała zemdleć, nie musimy dokładać ciebie do listy jej zmartwień. Cóż, przynajmniej, kiedy nie ma do tego tak naprawdę powodu – dodała z łobuzerskim uśmiechem.

Eva westchnęła, po czym wyciągnęła małe lusterko z torebki. Wzdrygnęła się nieco spoglądając na swoje odbicie.

– Zabiję Jamiego! Twierdził, że wyglądam nieźle! – wycedziła przez zęby.

 

 

***

DiSA – New world coming

 

 

Elaine dreptała nerwowo w tą i z powrotem, bawiąc się palcami. Między jej brwiami królowała poprzeczna zmarszczka, a jej twarz była tak pochmurna, że mogłaby konkurować z deszczową pogodą na zewnątrz.

– Nie możesz tego dalej sobie robić – powiedział stanowczo Lysander. Stał ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, oparty o zlew w kuchni, w której aktualnie krzątały się jedynie trzy elfy, by pomóc w przygotowaniach do wesela.

– Jesteś pewien? Nic, a nic? Nawet małego poruszenia? – dopytywała się Elaine.

– Nawet małego poruszenia. Jedyne, co się dowiedziałem, to że Maria może być gdzieś na południu Francji. Ale musimy jeszcze to potwierdzić – powiedział cicho. – Elaine, mówię poważnie, po prostu porozmawiaj z Frankiem. Nie jest głupi, wie, że coś się dzieje. A ty się jedynie zadręczasz. Rozumiem twoje obawy, ale powzięłaś wszystkie możliwe środki bezpieczeństwa. Nawet zaczarowałaś zaproszenia, by jedynie zaproszone osoby mogły faktycznie przejść przez bramy domu weselnego. Popadasz w paranoję – powiedział poważnie, świdrując ją wzrokiem.

– Ale co, jeśli coś przeoczyliśmy? – zapytała łamiącym się głosem.

– Elaine, musisz przestać! Przyjmujesz do wiadomości, że te sny mogą być tylko tym, snami? Już nic więcej nie można zrobić, żeby zapewnić Frankowi bezpieczeństwo.

Elaine prychnęła cicho. Zawsze można było coś zrobić lepiej, czyż nie taka była domena jej Hogwarckiego domu? Nie zamierzała się tak łatwo poddawać, chodziło o bezpieczeństwo Franka. Coraz częściej zastanawiała się, czy może nie powinna wszystkiego odwołać, ale jej samolubna część wciąż próbowała uciszać te wielkoduszne pomysły samo poświęcenia. Kochała Franka i chciała z nim być. Czy za wszelka cenę? To się miało okazać.

– Nie musisz pomagać, jeśli nie chcesz – powiedziała chłodno.

Lysander spojrzał na nią surowo, podchodząc do niej bliżej. Położył ręce na jej ramionach i spojrzał jej w oczy. Nie wiedział, jak powinien z nią rozmawiać. Każdą próbę uspokojenia przyjmowała niemal, jak próbę ataku na życie Franka. Nawet Scorpius nie był w stanie ukoić jej nerwów. Więc jak on mógłby pomóc?

– Elaine, jest jeszcze coś, o czym pomyślałem – powiedział wahając się.

– Co masz na myśli? – zmarszczka między jej brwiami pogłębiła się jeszcze bardziej.

– Nie wiedziałabyś, czy twoja matka opanowała legilimencję? – zapytał powoli. Był to dość niecodzienny pomysł, zdawał sobie z tego sprawę, ale czy sny Elaine były normalne?

Elaine spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.

– Myślisz, że moja matka przesyła mi te koszmary? – zapytała sceptycznie.

– Musisz przyznać, że prorocze sny brzmią znacznie mniej przekonująco – odpowiedział uśmiechając się ironicznie. – W każdym razie, wcale nie zaszkodzi spróbować oklumencji. Co masz tak naprawdę do stracenia? A może nawet coś zyskasz. Jeśli sny ustąpią, to znaczy, że jedynie z tobą pogrywała.

– Lub dręczyła mnie wizjami, by patrzeć, jak się męczę starając się zapewnić mu bezpieczeństwo, by w dzień mojego ślubu spełnić obietnicę – syknęła. – Ty nie bierzesz tego dostatecznie poważnie!

– Elaine! Robię co mogę! – uniósł ręce do góry w geście irytacji. – Merlinie, daj mi cierpliwość! Przynajmniej spróbuj oklumencji, będziemy mieli jakiś punkt zaczepienia!

– Wolę, żebyś ten czas poświęcił na szukanie mojej matki, by być całkowicie szczerą. Nikt inny kogo mogę poprosić o pomoc, nie ma takich dojść. jak ty – odpowiedziała po chwili.

– Ja? Słońce, jak chcesz się uczyć, to tylko od mistrzów. Tak się składa, że masz dwóch takich mistrzów pod ręką, którzy ucieszyliby się, gdybyś do nich przyszła i powiedziała: słuchaj, myślę, że te sny to sprawka mojej mamy, naucz mnie oklumencji’.

– Niby kto? – zdziwiła się.

Lysander westchnął ciężko, spoglądając w sufit.

– Serio? Czy wy dzieciaki cokolwiek wiecie? Najpierw wielki szoker, że Astoria jest adwokatem z wykształcenia, a teraz mi się pytasz, kto jest mistrzem oklumencji? Hmm, zastanówmy się, ile znasz osób, które z powodzeniem okłamywały Voldemorta?

– Nie proszę Harry’ego!

– Czy ty w ogóle czytałaś historię najnowszą? Kiedy niby Harry okłamał Voldemorta? Był nieco zajęty spierdalaniem przed nim, nie uważasz? Nikt inny nie przychodzi ci do głowy?

Elaine spojrzała na niego pytająco.

– Narcyza – odpowiedział kręcąc głową z dezaprobatą. – I Draco.

– No tak! – opowiedziała uderzając dłonią w czoło. – I gdyby Draco myślał, że dałam sobie spokój z tymi snami, przestaliby obserwować każdy mój krok! Może nawet przestaliby się na mnie patrzeć, jak na wariatkę!

Lysander jedynie pokręcił głową z niesmakiem.

– Przynajmniej tyle domyśliłaś się sama – skwitował blondyn.

– Lysander! Elaine? – usłyszeli przy wejściu.

– Frank! – ucieszyła się Elaine. – Myślałam, że już poszedłeś na przymiarkę.

Frank uśmiechnął się do niej. Tak rzadko widywał ją w harmidrze przygotowań. Ale nawet teraz, kiedy tak cieszyła się na jego widok, wiedział, że coś było nie tak. Już nie śmiała się do niego, jak dawniej. Zaczęła chodzić spać wyjątkowo wcześnie, lub wyjątkowo późno, byle tylko nie spędzić z nim chwili czasu. Byli ze sobą tyle lat, wiedział, kiedy go unikała. Wzdrygała się nawet na najmniejszy dotyk. Może rozmyśliła się gdzieś po drodze do ołtarza? Może zdecydowała, że jednak go nie kocha? Przynajmniej nie na tyle, by za niego wyjść. Może przyspieszyła ślub, by mieć go za sobą zanim całkowicie zmieni zdanie? Może poznała kogoś innego?

Spojrzał na Lysandra, kiwając lekko głową na powitanie. Wciąż widział ich razem, szeptających po kątach, lub kłócących się gdzieś w ciemnych korytarzach. Nie, nie był zazdrosnym typem, ale wszyscy widzieli, że coś było z nią nie tak. Nawet Astoria łypała na nią podejrzliwie. I Scorpius, sterczący przy jego boku niemal cały dzień.

– Czekamy na mamę. Nadal coś załatwia z Ginny – powiedział podchodząc bliżej. – Scorpius w międzyczasie musiał znosić moje gadanie przez całe rano – wyszczerzył się.

– Nie było aż tak źle. Wierz mi, Rose potrafiła być gorsza…

– Och, doprawdy? – usłyszał za sobą.

Odwrócił się energicznie, przygotowując się mentalnie na wiszącą w powietrzu pogadankę. Prawda, zawarli z Rose pokój, przynajmniej na czas wesela, ale Rose, jak każdy Weasley, źle znosiła jakąkolwiek krytykę. Spojrzał na dziewczynę z miną zbitego psa, po czym wypuścił głośno powietrze.

– To nie było zabawne, Alice! – oburzył się Scorpius.

– Było, było – wyszczerzyła się dziewczyna. ­– Gdybyś tylko mógł zobaczyć swoją minę, doceniłbyś żart. A wy co tak się wszyscy w kuchni chowacie i spiskujecie? Chyba nie planujecie dać dyla z przygotowań do własnego ślubu? – spojrzała na nich podejrzliwie.

– Ja tylko przyszedłem po kawę, ale chyba się jej nie doczekam – powiedział nieco głośniej Lysander zerkając na skrzaty, które nadal beznamiętnie kręciły się po kuchni z niezadowolonymi minami. Jeden z nich podniósł smętnie głowę spoglądając na Lysandra, po czym odwrócił się i odszedł w sobie jedynie znanym kierunku.

– A z nimi co? – zapytał zdziwiony Scorpius.

– Zachowują się tak, odkąd się dowiedziały, że nie gotują uczty na wesele. Znajoma Hannah ma firmę cateringową – westchnęła Elaine. – Ale tak szczerze ich zadowolenie to najmniejsze z moich zmartwień w tym momencie.

– Mów za siebie – mruknął Lysander krzywiąc się nieco.

– Mam pomysł! – powiedział Frank. – Lys, pójdziesz z nami mierzyć garnitur i przy okazji napijesz się dobrej kawy, a Scorpius odpocznie od mojego gadania i pomoże w przygotowaniach tutaj! – zaproponował wesoło. Może jego podejrzenia były bezpodstawne i śmieszne, ale nie zamierzał się poddawać tak łatwo. Może i był dość potulny, ale dorastanie z Rose nauczyło go przynajmniej jednej rzeczy: trzymaj przyjaciół blisko, wrogów jeszcze bliżej.

– Nie wiem… – zaczęła Elaine.

– To, braciszku, jest w zasadzie świetny pomysł! – przerwała jej Alice. – Lysander i tak miał pomagać przy usadzaniu gości, a Scorpius lepiej się do tego nada…

– Co? – zapytał ostro blondyn. – Chwila! Chwila! Jakim usadzaniu gości? Zapamiętaj to sobie, kotku, ja tu nie pomagam! Nie ma takiej opcji! To jest dżungla, już ja znam przygotowania do imprez, w których uczestniczy chmara Weasleyów i powiem ci tyle: ja nie zamierzam kiwnąć palcem. O nie! Ja tu tylko przyszedłem na chwilę! – oburzył się Lysander.

– Tu nie istnieje coś takiego, jak chwila – zaśmiał się Scorpius klepiąc go po plecach.

– A co tu takie walne zebranie? – Rose stanęła w drzwiach od kuchni, opierając dłonie na biodrach. Przyglądała się zebranym uważnie, doszukując się jakiegoś podstępu. – Chyba nie planujecie dać nogi z przygotowań? – zapytała po chwili. – Nie osądzam, ale wiecie, to tak jakby wasze wesele.

Elaine skrzywiła się nieco, w kuchni zrobiło się zdecydowanie zbyt tłoczno, jak na jej upodobanie. I jeszcze ten idiotyczny pomysł Franka, by zabrać Lysandra na zakupy! Przecież mógłby w tym czasie szukać informacji, a nie uganiać się za garniturem! Ale teraz nie było wyjścia, nie mogła wymyślić żadnego logicznego powodu, dla którego Lysander nie mógłby zastąpić Scorpiusa na zakupach.

Nikt nie zdążył jednak odpowiedzieć Rose, kiedy tuż za nią w drzwiach pojawiła się Hannah Longbottom. Dyszała ciężko, kręcąc głową z niedowierzaniem.

– Ciesze się, że ktoś o tym pomyślał! Żadne z was nie ma nic innego do roboty? – zapytała ostro świdrując wzrokiem wszystkich po kolei. ­– Elaine, Alice, powoli szykujcie się do wyjścia, Astoria będzie gotowa za dwie minuty. Scorpius, Frank, ruchy, nie mamy całego dnia. Rose, obawiam się, że będziesz musiała zostać  pomóc Lysandrowi w ustawianiu gości, Mia ci pomoże. Po prostu brakuje rąk do pracy, wszyscy nie możemy pójść na zakupy…

– Jasne – odpowiedziała Rose potulnie. – Chodź, Lys…

– Tak właściwie – przerwał jej Frank – Lys idzie z nami na zakupy, Scorpius zostaje. Może pomóc Rose i Mii.

– Hmm.. Nawet lepiej! Scorpius będzie wiedział, jak posadzić rodzinę Elaine. Wtedy Mia może pomóc Roxanne i Lily z kwiatami. Tak. Tak będzie najlepiej. Ktoś będzie w stanie je jakoś pogodzić… Ale na co wy wszyscy czekacie? No już ciap, ciap! Wszyscy na swoje stanowiska! – rzuciła, po czym odwróciła się energicznie i odeszła szybkim krokiem.

– Lepiej chodźmy – mruknęła Alice. – Kiedy jest w takim humorze, lepiej jej nie wkurzać.

Wszyscy ruszyli w stronę wyjścia, ociągając się nieco. Lysander spojrzał na Rose szukając wsparcia, ale ta jedynie wzruszyła ramionami. Po tylu latach powinien wiedzieć lepiej, niż przychodzić w samo centrum przygotowań do ślubu, kiedy Weasleyowie są zaangażowani.

 

The Lumineers – Nobody knows

 

– Nie wyglądasz na zawiedzionego – zauważyła Rose, kiedy ostatni zakupowicze zniknęli w korytarzu.

Naprawdę chciałem iść na te zakupy, ale wiesz, Frank wolał Lysandra. Nie to, że nie chciałem iść, ale wiesz. Dla niego jestem w stanie się poświęcić – powiedział przybierając minę niewiniątka, kładąc dłoń na sercu.

– Och, w to nie wątpię – zaśmiała się Rose.

– Ty tez nie wyglądasz na specjalnie niezadowoloną – skwitował, krzyżując ramiona na piersi.

– Nie bierz tego do siebie, ale kiedy twoja mama idzie na zakupy, coś takiego jak tylko godzinka nie istnieje – zaśmiała się. – Ale naprawdę nie sądziłam, że pofarci mi się wystarczająco, żeby usadzać gości – dodała z łobuzerski uśmiechem.

Scorpius spojrzał na nią pytająco. Jeszcze nigdy nie widział jej tak zadowolonej z bycia zmuszoną do udziału w przygotowaniach do dużej imprezy. Zazwyczaj chowała się po kątach, unikając zasięgu wzroku każdego dorosłego, który mógłby ją w coś zaangażować, ale teraz zdawała się szczerze zadowolona.

– Myślałem, że nie lubisz brać udziału w przygotowaniach?

– Scorpius, Scorpius, twoja nieświadomość jest urocza – uśmiechnęła się diabolicznie. – Mamy usadzać gości. W sensie ty i ja. Pamiętasz te wszystkie rodzinne uroczystości, kiedy musieliśmy siedzieć obok kogoś, kto nas wkurzał? Albo kogoś głupiego, jak but, ale nie mieliśmy wyjścia, tylko słuchać? Albo kiedy James usadzał gości na wigilijne przyjęcie Potterów trzy lata temu i musieliśmy siedzieć z ciotką Muriel, wujkiem Percym i dziadkami? Czas zemsty nadchodzi.

Scorpius uśmiechnął się łobuzersko. Otworzył już usta, by jej powiedzieć, że ta cierpliwa mściwość jest dokładnie powodem, dla którego się w niej zakochał, ale szybko zmienił zdanie. Teraz było między nimi dobrze, nie było potrzeby tego psuć. Jeżeli to jest jedyny sposób w jaki może ją mieć, niech tak będzie. Nie wierzył, że jeszcze kiedyś zaufałaby mu wystarczająco, by do niego wrócić. Nie, zaszedł w swoich błędach za daleko. Ale przynajmniej potrafiła się jeszcze śmiać w jego towarzystwie. To już było znacznie więcej, niż kiedykolwiek śmiał pomyśleć, po wszystkim, co się stało.

– James siedzi z ciotką Muriel, prawda? – zapytał.

Rose nie odpowiedziała, jedynie uśmiechnęła się znacząco. Już niemal zapomniała, że czasem rozumieli się ze Scorpiusem bez słów. Jeden z powodów, dla których się w nim zakochała. I kiedy tak stali planując swoją małą zemstę, wszystko było niemal jak dawniej, ona, on i niecne plany. Ale nie byli już razem i nie powinna na niego tak patrzeć. Przeklinała w duchu swoją własna słabość, ale w momentach jak ten, trudno jej było go nienawidzić.

Chciał odwrócić wzrok, speszony jej niemal ciepłym spojrzeniem, ale nie mógł się powstrzymać. Tęsknił za sposobem, w jaki na niego niegdyś patrzyła.

– Malcolm w końcu przychodzi? – zapytała po chwili, odwracając się pod pretekstem przygotowania kawy, ukrywając lekki rumieniec, który wpełzał zdradliwie na jej policzki, kiedy tak na nią patrzył. Karciła się w duchu za bycie tak uległą, tak zniewoloną wobec jego spojrzenia. A przecież przyrzekała sobie, że o nim zapomni! Może zgoda to wcale nie był dobry pomysł, ale czy mogła odmówić Elaine, kiedy tak bardzo denerwowała się ślubem? I tak przecież w głębi duszy nie była na niego zła. Zaakceptowała swój własny udział w rozpadzie ich związku, zamknęła za sobą ten rudział. Tylko dlaczego część zatytułowana Scorpius nadal dręczyła jej podświadomość?

– Lizzie go przekonała – odpowiedział Sorpius, przyglądając się uważnie każdemu jej ruchowi. Uśmiechnął się łobuzersko pod nosem dodając rozbawionym głosem. – Być może zaszantażowała to lepsze słowo. Malcolm powiedział, że postawiła mu ultimatum, albo pójdą na wesele Elaine i odwołają golfa z księciem Georgem, albo może zapomnieć o hockach-klockach do ślubu.

Rose zaśmiała się, kręcąc głową. Odwróciła się twarzą do niego, ściskając kubek kawy w obu dłoniach.

– Kto by pomyślał, że za tą słodką twarzą czai się taka mała zołza? – spojrzała na kubek w dłoni krzywiąc się nieco. – Nie wiem po co w ogóle ją parzyłam. Miała być dla Evy…

– Niech zgadnę – westchnął Scorpius. – Całą noc zamartwiała się Potterem i wygląda, jak siedem nieszczęść?

– E… tak właściwie, tym razem to sprawka Jamiego –  wyznała Rose.

– Tylko mi nie mów, że pokłócili się przez Pottera! Wiem, że Jamie może nie ma najlepszej reputacji, ale Eva zdaje się być z nim szczęśliwa! – mówił rozeźlony, kiedy zauważył znaczącą minę Rose. ­– Och… – powiedział przeciągle.  Otworzył usta, by dodać coś jeszcze, ale  coś za plecami Rose przykuło jego wzrok.

Dziewczyna odwróciła się i zobaczyła idących w ich stronę korytarzem Draco i Rona, szeptających, zbyt zajętych dyskusją, by zauważyć swoje dzieci.

– A wy co tu robicie? – zapytał ostro Ron, kiedy wreszcie spojrzał przed siebie.

– Układamy gości przy stołach – odpowiedziała szybko Rose, robiąc minę niewiniątka.

Scorpius uśmiechnął się lekko pod nosem. Musiała wiedzieć, że jej niewinne spojrzenie nie zrobi wrażenia na żadnym z mężczyzn.

– Bez pergaminu i pióra? – zapytał sceptycznie Draco, mierząc oboje wzrokiem.

– Właśnie – dodał Ron oskarżycielskim tonem.

– Przyszłam tylko zaparzyć sobie kawę! – odpowiedziała Rose z wyrzutem. – No nie mówcie, że już nawet kawy się nie można napić! Scorpius, wracamy na górę zanim zabronią nam oddychać na czas przygotowań.

– Zaczekajcie ­– powiedział Drcao, zanim zdążyli postawić choćby krok do przodu. – Muszę wam dać zaktualizowaną listę gości, pójdę z wami. Dokończymy nasza rozmowę innym razem – dodał spoglądając na Rona.

– Właściwie – zaczął Ron, zanim pozostali zdążyli choćby ruszyć się z miejsca. – Chciałbym cie prosić na słowo, Scorpius.

Blondyn i Rose wymienili zaskoczone spojrzenia, ale młody Malfoy kiwnął w końcu głową, na znak, że się zgadza. Rose rzuciła mu pytające spojrzenie, na które odpowiedział jedynie lekkim wzruszeniem ramion. Spojrzała niepewnie na ojca, po czym ruszyła za Draco w stronę głównej sali.

– Nie będę owijał w bawełnę – powiedział Ron, gdy tylko ostatnie kroki ucichły w oddali. Skrzyżował ręce na piersi i zmierzył Scorpiusa pogardliwym spojrzeniem. – Nie podoba mi się sposób, w jaki się do siebie odnosicie z Rose. Wiem, to tymczasowy pokój na czas przygotowań do wesela Franka. Ale widzę, jak się na nią patrzysz i powiem ci tylko tyle: trzymaj się z daleka od mojej córki! – syknął Ron, po czym oddalił się w stronę głównej sali spiesznym krokiem.

 

***********************************

Przepraszam kochane, że musiałyście tyle czekać(jeżeli ktoś czekał).

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle: ja i mój partner postanowiliśmy się rozejść.

Czuję się w porządku, ale wiecie, ciężko sie pisze o romansach innych, kiedy we własnym sercu huragan. Co prawda to była wspólna decyzja i rozstaliśmy sie w zrozumieniu i czymś na kształt przyjaźni, ale wiecie. Jednak człowiekowi trochę smutno.

Mam nadzieję, że kolejny rozdział uda mi sie skleić nieco szybciej.

xoxo

Hippie.

10 Komentarze

  1. Oj Ron, Ron kiedy ty się nauczysz że miłości nic nie zaradzisz. Albus jeżeli ważysz się choć spjrzeć na Grace to ukręcę ci ten pusty łeb (oczywiście za zgodą Mir). Elaine według mnie jesteś troszkę za bardzo rozwrażliwioma ( ta jasne, troszkę…). I jeszcze jedno ( teraz zwracam się do ciebie Hippi) mam nadzieje ze teraz masz czas by pisać rozdziały. Pozdrawiam.

    • Heh, chyba nigdy, jak każdy nadopiekuńczy rodzic :D

      Co dalej z Grace, Albusem i Elaine, będziesz musiała jeszcze chwilkę poczekać, ale mam nadzieję, że będzie warto :)

      Ha! Wiesz, nawet mnie rozbawiłaś :D Grunt to zawsze znaleźć jakieś pozytywy, nawet w najtrudniejszych sytuacjach :) Odpowiadając na twoją myśl, tak, podejrzewam, że teraz będę mieć więcej czasu na pisanie :*

      xoxo
      Hippie

  2. Rozdział jak zwykle świetny. Każdy ma takie pasmo czasu w życiu, gdy każdy z przyjaciół i rodziny bierze ślub. Rose ma tylu kuzynów i kuzynek, że u niej to połowa życia.
    Ciekawa jestem wątku Elaine. Czy jej obawy są słuszne? Nie mam pojęcia, w którą stronę skłania się odpowiedź.
    Co do spraw prywatnych (nie chcę się wtrącać), więc powiem tylko, że to oznacza, iż dla ciebie przygotowany jest ktoś specjalny.
    Całusy

    • Heh, dzięki. Nie wiem, czy był tak dobry, na jaki miał potencjał, ale ciężko było się zmotywować do poprawek.
      Ha, no u mnie się własnie tako pasmo zaczyna. I te nigdy niekończące się pytania w stylu „kiedy twoja kolej?”.

      Rose myślę, że to przeżyje, pod warunkiem, że nie zabronią im oddychać, żeby nie marnować czasu :P

      Dziękuję za słowa wsparcia, to bardzo miłe. Wierzę, że tak jest najlepiej i staram się myśleć pozytywnie:)

      xoxo
      Hippie

  3. Hm, ja czekałam i nie narzekałam w myślach na brak rozdziałów, bo wiadomo, że czasami człowiekowi może coś wypaść. No i Kukiełki są tak długo prowadzone, że nie musiałam się martwić, czy aby nie zostały porzucone. Czuję, że zostaną doprowadzone do końca, nawet jeśli ten koniec miałby z jakichś powodów się opóźnić. No chyba, że przez śmierć. *czarny pseudo-humor*
    W ogóle nie dziwię się Ronowi, który pewnie coś tam namiesza w (nie)połączeniu (póki co nie mam pojęcia, czy on koniec końców będą razem, czy nie, nie umiem przewidzieć niczego) Rose i Scorpiusa. Na pewno Ron chce dobrze dla Rose – w końcu to jego córka – ale, jak się domyślam, Rose tego by nie chciała. W sensie wtrącania się. Ja też nie chciałabym, żeby ktoś wtrącał się w moje związki-nie-związki, chociaż… ten… no wiedziałabym, że chcą dla mnie jak najlepiej i pewnie sama użyłabym podobnych słów, gdyby chodziło o chłopca, który skrzywdziłby moje dziecko.
    No i totalnie zauroczyło mnie to, że Draco i Ron sobie rozmawiali. Nie wiem o czym, ale pewnie po ludzku rozmawiali. A biorąc pod uwagę to, jakie relacje mieli w siedmioksięgu i, że Ron w epilogu insygniów napuszczał Rose na syna Draco, to naprawdę poprawia mi to humor.
    Ciągle martwi mnie ten ślub Franka i Elaine i naprawdę, naprawdę mam nadzieję, że to co najwyżej jakieś legilimencyjne sztuczki i matka Elaine jest tylko znęcającą się nad własną córką wariatką, ale taką która prawdziwej, fizycznej krzywdy nikomu nie zrobi. [*]

    • Cieszę się, że nie tracicie we mnie wiary nawet jeśli jestem czasem strasznie powolna :) To miłe, że ktoś we mnie wierzy :) Ale masz rację, nawet jeśli są opóźnienia, ta historia będzie miała swój naturalny koniec. Właściwie dlatego przestałam sama czytać opowieści na blogach, wciągasz się, a potem po kilku rozdziałach ktoś pisze, że jednak stracił wenę. Na prawdę nie cierpiałam tego i do blogowych opowieści sama się już nie zbliżam, bo nie chcę się znów zawieść.

      Ech, rodzina – zawsze im sie wydaje, że robią to, co dla nas najlepsze, i tak serio, ciężko ich winić, bo dużo razy mają rację. Nie w moim przypadku, bo u mnie w rodzinie nikt już nawet nie komentuje tego, co sie u mnie dzieje, wiedzą , że Magda i tak zrobi co zechce ;P Ale mam znajomych, gdzie rodziny nieco sie wtrącają. Niektóre są po prostu wścibskie, ale inne zwyczajnie sie martwią.

      heh, o czym oni sobie tam gawędzili wyjdzie w praniu, ale jeszcze nie teraz. A jeśli chodzi o ślub, to już bardzo niedługo wszyscy dowiemy się, co sie stanie i jak i dlaczego, także jeszcze odrobina cierpliwości. Ech, kiedyś mnie zamordujecie, za wieczne trzymanie was w niepewności.

      xoxo
      Hippie

  4. O jejku czyzbym była pierwsza
    Bardzo mi się podoba to że między Scorpiusrm i Rose zaczyna się znów układać
    Troche mnie wzięło na wspominki więc chyba zacznę czytać od poczatku
    Ps uwielbiam ta historie pisz dalej masz wielki talent

    • Na to wygląda! :)
      Ha, wiesz, ja też czasem czytam to wszystko od początku, żeby nie zapomnieć co, kto i z kim, idzie sie pogubić! :p
      Miłego czytania:)

      I dziękuję:) to dużo dla mnie znaczy :)

      xoxo
      Hippie

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.