66. Watch me burn

Uwaga, kochane moje! Bardzo szybko(patrząc na ostatnie kilka miesięcy) dodałam dwa rozdziały, także jeśli nie zauważyłyście rozdziału 65, który ukazał się w ubiegłym tygodniu, zapraszam TUTAJ

******************************

Lucia – Me over you

 

- Rose! Rose! Poczekaj! – Mia próbowała dotrzymać jej kroku. Tuż za nią truchtały Elaine, Lily, Eva i Roxanne, wszystkie wymieniając zmartwione spojrzenia.

- Co? – warknęła Rose, odwracając się energicznie. Jej serce biło mocno w jej piersi, czuła, jak każdy oddech niemal sprawiał jej ból. Zaczynała panikować, czuła to wyraźnie, ale jakże mogłaby nie? Widziała jego twarz wyraźnie, był tu i tym razem nie wiedziała dlaczego.

Elaine niepewnie wystąpiła z szeregu. Stały teraz na placu, tuż przed Trzema Miotłami, oświetlonym jedynie kilkoma latarniami. Po jednej stronie stronie Rose, po drugiej wszystkie jej towarzyszki.

- Rose, jest w porządku. W środku jest spory tłum. Może widziałaś kogoś podobnego… – brunetka próbowała ją uspokoić. Wiedziała, że pozostałe dziewczyny znały historię Rose w pewnej części. Ale ona sama, dzięki niezaspokojonej ciekawości Scorpiusa, wiedziała wszystko, i doskonale rozumiała niepokój Rose. Prawdę powiedziawszy, gdyby chodziło o nią samą, zapewne zareagowałaby tak samo. Ale tu chodziło o Rose i Elaine za wszelką cenę chciała ją uspokoić. Wszyscy wiedzieli, że Rose w panice i nerwach niemal zawsze wróżyła kłopoty.

- Wiem, co widziałam! – syknęła Rose, mierząc swoje towarzyszki wzrokiem. I bardzo nie lubiła tego, co widziała w ich twarzach – niedowierzanie, zwątpienie i zmartwienie. I jakiś cichy głos w jej głowie próbował jej wytłumaczyć, że tym razem to one brzmią logicznie i z sensem, ale Rose nie chciała słuchać.

- Rose, on jest we Francji, co niby miałby tu robić? – zapytała spokojnie Mia. Pamiętała jak dziś opowieść Grega. On sam nie znał wielu szczegółów dotyczących Rose i Pierre’a, ale wiedział jedno – Rose za wszelką cenę starała się wyprzeć te wspomnienia z pamięci i zawsze reagowała alergicznie choćby na wydźwięk jego imienia.

- A czego zazwyczaj ode mnie chce?! Podręczyć mnie! – warknęła Rose zirytowana niedomyślnością towarzyszek. Czuła, jak panika zaczyna infekować wszystkie jej wewnętrzne organy, jej głowę, jej duszę. Pierre nie robił niczego bez powodu, wiedziała o tym doskonale. I kiedy opuścił Hogwart nie sprawiając jej żadnych problemów, wiedziała, że musiało się za tym kryć coś większego.

- Okej, uspokójmy się wszystkie – powiedziała stanowczo Eva. – Rose, może Elaine ma rację? Może widziałaś kogoś podobnego?

- Myślisz, że nie rozpoznałabym tej twarzy nawet po dwustu latach?! – warknęła Rose.

- Rose, nie denerwuj się – Lily próbowała ją uspokoić. – Wszystkie wypiłyśmy kilka drinków…

- Nie jestem pijana! – oburzyła się Rose. – Wiem, co widziałam!

- Rose, nie denerwuj się, nie jesteśmy przeciw tobie – powiedziała Roxanne. – Ale sama popatrz, jak to wygląda. Dlaczego żadna z nas go nie widziała? Okej, je nigdy go nie widziałam na oczy, ale dziewczyny tak.

- Nie znasz go – powiedziała Rose półszeptem. – To zapewne jakaś jego sztuczka…

- To jakieś szaleństwo! – zirytowała się Lily. – Nie mógł się objawić tylko tobie! Rose, to fizycznie niemożliwe!

- Eliksiry mogą wiele – syknęła Rose.

- Ale nie to – wtrąciła Elaine. – Rose, przykro mi, ale zgadzam się z Lily. To niemożliwe. Nie ma takich Eliksirów!

- To, co Pierre pokazał w szkole, to nie jest nawet jedna setna jego możliwości. Ja wiem, bo mieszkałam z nim pod jednym dachem i widziałam na własne oczy, co potrafi! To absolutny geniusz, jeśli chodzi o eliksiry…

- Rose, na litość boską, czy ty siebie słyszysz? – przerwała jej Roxanne. – Wiem, że koleś nie był przyjemniaczkiem, ale wątpię, że stworzył specjalny eliksir, by cię gnębić!

- Nie zwariowałam! Wiem, co widziałam! – warknęła Rose po raz kolejny tego wieczora.

- Co się tu dzieje? – usłyszały nieco zaspany, męski głos tuż obok.

Scorpius przypatrywał się wszystkim uważnie. Wyraźnie ubierał się w pośpiechu, jego koszulka była wywinięta na lewą stronę, na jego stopach nie było śladu po skarpetach, jedynie dwa różne buty. Jego włosy były rozczochrane, co w tym momencie jedynie dodawało mu uroku.

Tuż obok niego stała Mia, z wyraźnie zmartwioną miną. W całym zamieszaniu nikt nawet nie zauważył, że zniknęła na kilka minut.

- Scor? Co ty tu robisz? – zapytała zdziwiona Elaine.

- Mia do mnie zadzwoniła mówiąc, że coś się stało – powiedział nieco zdezorientowany, przyglądając się Rose. – Przyszedłem tak szybko, jak mogłem.

- Rose wydawało się, że widziała Pierre’a w Trzech Miotłach – westchnęła Eva.

- Nie wydawało mi się! – syknęła Rose. – Wiem, co widziałam!

- Nikt inny go nie widział – wyjaśniła sceptycznie Roxanne.

- Nie oszalałam! Wiem, że tam był! Widziałam go! – krzyczała Rose, czując się nieco zaszczuta, przez wszystkich wokół. Była pewna, wszędzie poznałaby tą twarz. Ale wszyscy wokół zdawali się ignorować powagę sytuacji. Pierre był niebezpieczny i nie chodziło jedynie o niebezpieczeństwo, jakie potencjalnie sprowadzał na Rose.

- Okej! Dziewczyny! – zaczął Scorpius unosząc dłonie w pokojowym geście. – Tak bardzo, jak uwielbiam walki kociaków, wszyscy jesteśmy zmęczeni. Zabieram Rose do domu, a wy, cóż, róbcie, co chcecie.

Scorpius podszedł do Rose, zanim ta zdążyła zaprotestować, blondyn złapał jej dłoń i po chwili zniknęli z cichym kliknięciem.

 

- Wiem, co widziałam! – warknęła Rose ostrzegawczo, gdy tylko pojawili się w jej pokoju.

- Nie mówmy o tym – powiedział Scorpius, podchodząc bliżej i obejmując ją mocno. – Miałaś długi dzień.

- Nie wierzysz mi, prawda?

- Rose, nie zrozum mnie źle. Ale nikt inny go nie widział. Może ci się przewidziało? W każdym bądź razie, zostanę z tobą – mówił spokojnie.

Rose wyrwała się z jego uścisku zdenerwowana. Podeszła do biurka i zaczęła nerwowo ściągać całą biżuterię, którą miała na sobie. Nagle poczuła jego ciepłe dłonie na swojej talii, jego ciepły oddech na swojej szyi.

- Mówiłem ci już, że wyglądasz pięknie w tej sukience? – wyszeptał jej do ucha.

- Nawet nie próbuj – rzuciła krótko odkładając kolczyki z trzaskiem, po czym odwróciła się i spojrzała na niego. Uśmiechał się pod nosem, jak zawsze, gdy był tak pewny siebie.

Nachylił się nieco i pocałował jej policzek.

- Zawsze warto próbować – wyszeptał łobuzersko do jej ucha po czym pocałował jej szyję. Potem znów i jeszcze raz. I Rose bardzo chciała go po prostu odepchnąć, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że tęskniła za nim tak bardzo, jak on tęsknił za nią. Miesiąc spędzony przez niego w Meksyku i tydzień spędzony na kłótni po jego powrocie i zdawało się, jakby ostatni raz czuła jego dotyk lata wcześniej.

Spojrzał na nią uśmiechając się łobuzersko doskonale zdając sobie sprawę, że tym razem wygrał wszystko. Jego oczy były pełne pożądania i tryumfu.

- Widzisz, kto nie próbuje, ten nic nie ma – wymruczał i pocałował ją namiętnie.

 

***
Kendra Morris – Banshee

 

- Myślałem, że już nie przyjdziesz – powiedział Draco z wyraźną ulgą na twarzy. Od dwudziestu minut siedział przy niewielkim stoliku w rogu, w małej, ciemnej kawiarence na ulicy Pokątnej, wpatrując się w zegarek i zastanawiając, czy dziewczyna w ogóle się pojawi. Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, jak wiele potrafiła zrobić, by uniknąć poważnych rozmów.

- Wiem – powiedziała siadając naprzeciwko niego. Uśmiechnęła się lekko widząc, że czekało już na nią czekoladowe ciasto i herbata, wciąż gorąca dzięki magicznemu czajniczkowi.

- Wyglądasz, jakbyś nie spała za wiele – zauważył wpatrując się w jej bladą twarz, ciemne sińce pod oczami i włosy spięte w nieładzie. Najwyraźniej zdecydowała się przyjść w ostatnim momencie.

- Nie mogłam zasnąć – skłamała cicho wpatrując się w ciasto. Nie miała nic w ustach od wczorajszego wieczora, a dochodziła już dwunasta, ale zaskakująco nie czuła się głodna. Scorpius sprawił, że na chwilę zapomniała o feralnym wieczorze, ale wraz z porankiem wróciły myśli o Trzech Miotłach i o tym, co widziała.

- Rozmawiałem z Elaine. I przelotnie ze Scorpiusem – powiedział po chwili ze zmartwioną miną.

- Oczywiście – Rose uśmiechnęła się słodko, ale Draco znał ją doskonale i wiedział, że ten słodki uśmiech był jedynie wskaźnikiem jej irytacji.

- Martwią się o ciebie – próbował wyjaśnić. – Chcesz o tym porozmawiać?

- Nie ma o czym – odpowiedziała pozornie spokojnym głosem, wbijając widelec w kawałek ciasta.

- Ale Elaine i Scorpius powiedzieli, że wydawało ci się, że widziałaś Pierre’a – zauważył Draco.

- I właśnie dlatego – powiedziała po raz kolejny dźgając ciasto widelcem, nie smakując go. – Wydawało się. Wszyscy mi to powtarzają, dlatego nie mam ochoty o tym rozmawiać. Wiem, co widziałam. Wszędzie poznałabym tą twarz – rzuciła oschle i po raz kolejny wbiła widelec w zmasakrowane ciasto, tym razem biorąc kawałek do ust.

- Po prostu się o ciebie martwimy – Draco świdrował ją wzrokiem.

- Nie zwariowałam – syknęła Rose mocno ściskając widelec w dłoni.

- Tego nie powiedziałem – odpowiedział spokojnie Draco.

- Ale pomyślałeś – rzuciła krótko Rose nie patrząc na niego, biorąc do ust kolejny kawałek ciasta.

Westchnął cicho przyglądając jej się uważnie.

- Nie rozmawiajmy o tym – powiedziała w końcu Rose, kończąc ciasto. Nie lubiła być zła na Draco, wydawało jej się to dziwne i nienaturalne, niewłaściwe. – Nie po to poprosiłeś o spotkanie.

- Cóż, chciałem z tobą porozmawiać o twojej kłótni ze Scorpiusem, ale wywnioskowałem po jego porannym powrocie, że wszystko sobie wyjaśniliście?

- W pewnym sensie – odpowiedziała Rose nie patrząc na niego, ale była pewna, że doskonale zdawał sobie sprawę, co miała na myśli.

- Bardzo mnie to cieszy – powiedział uśmiechając się pod nosem. – Skoro wszystkie nieprzyjemne sprawy są już wyjaśnione, może porozmawiamy o czymś bardziej przyjemnym. Zgaduję, że nie masz jeszcze kreacji na zaręczyny Malcolma?

Rose zamarła na chwilę sięgając po czajniczek z herbatą.

- Kim jest Malcoml? – zapytała znudzona, jakby zupełnie jej to nie interesowała, choć z tonu głosu Draco wywnioskowała, że powinna była wiedzieć od tygodni.

- Daleki kuzyn Scorpiusa, Malcolm Malfoy – odpowiedział nieco zaskoczony Draco. – Za trzy tygodnie odbędzie się jego przyjęcie zaręczynowe z Elisabeth Connors. Scorpius nic ci nie mówił? – zapytał zaskoczony Draco.

- Ach! Tak, Malcolm!  – powiedziała Rose uderzając dłonią w czoło. – Kompletnie zapomniałam. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że zaręczyny już tak blisko. Straszny zamęt na uczelni, ostatnie egzaminy i te sprawy – wyjaśniła uśmiechając się lekko.

Naprawdę nie miała ochoty się uśmiechać. Miała ochotę wybuchnąć, spłonąć w tym samym miejscu, powstać z martwych i spłonąć jeszcze raz. Miała jedynie nadzieję, że Draco nie zauważył jej słodkich kłamstw. Naturalnie słyszała wcześniej o Malcolmie, raz czy dwa, gdy Elaine i Scorpius wspominali dzieciństwo. Ale zdecydowanie nie w ostatnich miesiącach i nie w kontekście zaręczyn. I Scorpius z całą pewnością jej nie zaprosił. Ba! Nawet nie wspomniał o żadnej rodzinnej uroczystości.

Nie zależało jej na przyjęciu, słyszała wiele o tych balach i rodzinnych uroczystościach i wiedziała, że zazwyczaj były bardzo oficjalne i nudne. Ale fakt, że Scorpius ukrył przed nią informacje o zaręczynach kuzyna był co najmniej alarmujący. Nie wspominając już o tym, jak wielką idiotką się poczuła, gdy Draco wypomniał o uroczystości, o której powinna wiedzieć.

- Więc? – zapytał Draco po chwili.

- Więc co? – zapytała wyrwana z zamyślenia.

- Przyjdziesz, prawda? Ja i Astoria uważamy cię za część naszej rodziny, bez względu na to, czy jesteś ze Scorpiusem.

- Ja… Nie wiem… Mam wtedy egzaminy, naprawdę powinnam się uczyć… – odpowiedziała niepewnie Rose.

- To tylko jeden wieczór – zauważył podejrzliwie Draco.

- Wiem. Pomyślę nad tym jeszcze. Ale już powiedziałam Scorpiusowi, że raczej sobie odpuszczę – skłamała.

Draco kiwnął jedynie głową, nieprzekonany. Coś było na rzeczy. Coś ukrywała, zbyt dobrze ją znał, by tego nie zauważyć.

- Przepraszam, ale muszę już iść. Mam jeszcze esej do napisania na jutro – skłamała ponownie podnosząc się z miejsca. Nie zniosłaby przenikliwego spojrzenia Draco, jego dokładnie ukierunkowanych pytań. Była pewna, że coś zauważył. Znali się zbyt dobrze.

- Jeżeli potrzebujesz pomocy, daj znać – uśmiechnął się lekko podnosząc się z miejsca.

- Dzięki – powiedziała i oboje ruszyli w stronę wyjścia. Draco przyglądał jej się uważnie i z każdą minutą nabierał pewności, że było coś, czego mu nie powiedziała.

- Rose – usłyszeli przed sobą.

- Scorpius? – zapytała zdziwiona Rose. – Co ty tutaj robisz?

- Chciałem z tobą porozmawiać – powiedział, po czym spojrzał na Draco i powitał go skinieniem głowy. – Tato.

- Zostawię was samych. Do zobaczenia Rose – powiedział starszy mężczyzna i zniknął z cichym kliknięciem.

Scorpius podszedł do Rose i przytulił ją.

- Okej – powiedziała przeciągle Rose uśmiechając się lekko. Nie zamierzała mu jeszcze mówić o zaręczynach Malcolma, to była jego szansa. – A to za co?

- Odkąd powiedziałaś, że widziałaś Pierre’a w Hogsmeade, martwiłem się – powiedział poważnie. – Gdyby się do ciebie zbliżył, myślę, że wiesz, że musiałbym go zabić.

Spojrzała na niego zmartwiona.

- Dlatego rozmawiałem z dyrektorem szkoły, w której pracuje Delaitre. I Rose, nie mogłaś go widzieć, bo Delaitre od trzech dni leży w Skrzydle Szpitalnym. Sędziował mecz Quidditcha i dostał tłuczkiem w głowę…

- Wiem, co widziałam – wycedziła Rose przez zęby odsuwając się od niego.

- Rose, on był nieprzytomny. Nie mogłaś go widzieć! – zirytował się.

- Wiem co widziałam, a widziałam Pierr’a. Nie wiem jak, ale to był on! – warknęła Rose i zniknęła z kliknięciem, zanim Scorpius mógł powiedzieć choćby jedno słowo.

 

***

Sam Smith – Make it to me

Willy uniósł głowę znad książki, którą czytał Grace, siedzącej na jego kolanach. Trzask drzwi, miał dziwne przeczucie, nie świadczył o niczym dobrym. Trzy lata wystarczyły, by poznał dobrze własną córkę i wiedział, że nie wpadała w złość łatwo, a nawet gdy jej się to zdarzało, nie okazywała tego przy Grace.

- Nawet nie pytaj! – warknęła Eva niemal wbiegając do salonu, siadając w fotelu w naprzeciwległym rogu pomieszczenia. Jej włosy były spięte w ciasnego koka, których tak nienawidziła. Ubrana była w bardzo oficjalną garsonkę, która wyglądała na niej tak nienaturalnie. Może to dlatego, że nigdy się tak nie ubierała, wolała kolorowe, zwiewne ubrania.

- Mamusia się gniewa? – zapytała cicho Grace unosząc główkę tak, by móc spojrzeć na twarz dziadka.

- Och, skarbie, mama się nie gniewa – odpowiedziała nieco zawstydzona swoim zachowaniem Eva.

- Mamusia kłamie – powiedziała Grace poważnym tonem wpatrując się w dziadka.

Eva uśmiechnęła się ciepło. Poważny ton i dorosła mina Gracie sprawiły, że nie mogła powstrzymać uśmiechu, nawet jeśli była rozjuszona.

- Chodź, daj mamie buziaka, mądralo – powiedziała Eva wyciągając ramiona do przodu.

Dziewczynka zeskoczyła z kolan dziadka ochoczo i podbiegła do swojej matki, po czym wskoczyła jej na kolana i pocałowała w policzek.

- Grace! – usłyszeli w przedpokoju. – Czas na spacer! – Leon wszedł do salonu trzymając parę małych niebieskich trampek.

Dziewczynka zeskoczyła z kolan Evy i podbiegła do Leona uśmiechając się szeroko.

- Będziemy karmić ptaszki? – zapytała uśmiechając się słodko.

- Co tylko zechcesz – odpowiedział Leon podnosząc Grace. – Jak poszło spotkanie? – zapytał Evy, ale szybko wycofał się z pomieszczenia widząc minę Evy i Willa energicznie potrząsającego swoja głową, jakby dawał mu znak, że to nie był dobry czas na to pytanie.

- Więc – zaczął Willy, gdy drzwi zamknęły się za Leonem i Grace, – co się stało?

- Och, to najbardziej arogancki i zapatrzony w siebie buc, jakiego kiedykolwiek spotkałam. Scorpius przy nim to istny anioł! – niemal wrzasnęła Eva. – Serio, nie wiem co mi strzeliło do głowy, żeby pomyśleć, że ktoś taki, jak ten buc, mógłby mieć choć odrobinę szacunku do innych!

- Myślałem, że powiedziałaś, że był bardzo miły, kiedy jego agent podał go do telefonu – powiedział nieco zdezorientowany Willy.

- Och, bo był! Może akurat trafiłam w pięć minut, kiedy nie był pijany!

- Był pijany? – zapytał zszokowany.

- Wszyscy wiedzą, że to imprezowicz! Ale nie, ja naiwna już sobie wyobraziłam, że jest całkiem miły i że uhonoruje mamę swoją obecnością!

- Więc, co się właściwie stało? – zapytał zmartwiony Willy.

- Po pierwsze, ten buc nawet nie pamiętał, że umówił się na spotkanie! Wyobrażasz to sobie? Kompletny brak profesjonalizmu! Ale(jak dobrodusznie!)zdecydował się mnie przyjąć. Był tak pijany, że ledwo stał, był niekompletnie ubrany, a na jego szyi była uwieszona dziewczyna, która wyglądała, jak prostytutka! Ale postanowiłam to zignorować, bo zależało mi, żeby zagrał na koncercie! Ale kiedy kompletnie nie słuchał co mówiłam, a potem zaproponował mi miłosny trójkąt, bo lubi dobrą zabawę, po prostu wstałam i wyszłam!

- Och… – mruknął Willy.

- Jakby jeszcze tego było mało wciąż nazywał mnie Ella, mimo, że poprawiałam go za każdym razem! – westchnęła z ulgą, że wreszcie mogła to z siebie wyrzucić, nie narażając Grace na straty moralne.

- Ella? – zapytał Willy.

- Ugh! Myślałam, że go zamorduję! Potrzebuje kąpieli – powiedziała podnosząc się z miejsca i szybkim krokiem udając się do swojej sypialni.

Gdy tylko usłyszał dźwięk zamykanych drzwi, Willy niemal podbiegł do telefonu.

- Ella – mruknął do siebie. – Nie wszystko stracone.

Otworzył notes Evy leżący tuz obok niego i szybko wystukał numer podnosząc słuchawkę.

- Halo? – usłyszał po chwili.

- Witaj Jamie – powiedział Willy.

 

***

Eels – It’s a motherfucker

 

Puk!Puk! Puk!

Głośne pukanie rozległo się w mieszkaniu. Po jego wystroju trudno się było domyślić, że ktoś w nim mieszkał. Oprócz mebli nie było w nim zbyt wiele osobistych rzeczy. Białe ściany świeciły pustkami. Większość przestrzeni w salonie z aneksem kuchennym zajmowały dwie kanapy, mały stolik, półka z książkami i półokrągły stół z dwoma krzesłami. Zupełnie, jakby ktoś się właśnie wprowadził, lub gotował do wyprowadzki. A przecież Albus i Mary mieszkali tu razem od trzech lat. Żadne z nich nie starało się uczynić tego miejsca domem. Mary nie czułaby się komfortowo rozstawiając wokół zdjęcia swoich rodziców wiedząc, jak potraktowali Evę – matkę dziecka Albusa, który z kolei nie chciał ranić Mary rozstawiając wokół pamiątki po Evie i Grace. Dlatego jedynym dowodem na to, że ktoś tu mieszkał i posiadał rodzinę było grupowe zdjęcie z wesela Jamesa. Wystarczająco neutralne, by nie ranić żadnego z nich.

Mary i Albus spojrzeli na siebie zaskoczeni, próbując wyczytać z twarzy drugiego, czy spodziewali się gości. Pukanie rozległo się po raz drugi, Potter zwlekł się z kanapy i ruszył do drzwi. Pukanie rozległo się po raz trzeci. Zirytowany Al otworzył drzwi energicznie.

- James? – wydukał zaskoczony.

- Ciebie też miło widzieć – powiedział James uśmiechając się łobuzersko i nie czekając na zaproszenie wyminął młodszego brata i wszedł do salonu. – Cześć Mary – powiedział rzucając się na kanapę obok blondynki.

- Cześć – odpowiedziała zaskoczona Mary.

Albus uniósł brew pytająco.

- Fajnie tu macie – powiedział James rozglądając się wokół.

- James, byłeś tu z milion razy. Czego chcesz? – Al skrzyżował ręce na piersi.

- Szukam Rose –powiedział James.

- Rose? – zdziwiła się Mary.

- Co z Rose? – zapytał nieco zmartwiony Albus siadając na pustej kanapie, świdrując starszego brata wzrokiem.

- Wiem, że odwiedza was regularnie, pomyślałem, że może tu się schowała – westchnął James składając dłoni z tyłu głowy. – Jak wiesz, dziewczyny zrobiły sobie wypad do Trzech Mioteł, ten na który MARY NIE CHCIAŁA SIĘ ZGODZIĆ – podkreślił, w razie, gdyby blondynka nie usłyszała. Ta jedynie pokiwała głową z dezaprobatą.

- Nie odbierz tego źle, ale Elaine potrafi być straszna – powiedziała Mary.

- Co ty gadasz, Elaine jest słodziutka! – oburzył się James. – Eh, wy kobiety i wasze gierki. No w każdym bądź razie, Rose zdawało się, że widziała tego typka z Francji…

- Grega? – zdziwił się Al.

- Nie, tego drugiego typka.

- Pierre’a?

- Nom – powiedział James zakładając nogę na nogę

- I ty tak spokojnie to przyjmujesz? – żachnął się Albus.

- Nikt inny go nie widział. No i jeszcze Scorpius zadzwonił przez Fiuu dziś rano do tej szkoły, gdzie teraz pracuje Delaitre…

- A skąd on wiedział gdzie typek teraz pracuje? – wtrącił podejrzliwie Al.

- Bo Draco go tam wysłał.

- Oh.

- No. Więc, dyrektor powiedział, że Delaitre jest od trzech dni nieprzytomny w Skrzydle Szpitalnym. Dostał tłuczkiem na meczu Quidditcha, czy coś. No i wtedy Rose się wkurzyła i się aportowała.  Nikt nie widział jej od tamtej pory. Zaczyna się robić ciemno, więc wszyscy się martwią.

- Może jest z Grace? – zapytał Al niepewnie. Logicznie byłoby zaproponować Evę, ale bał się, że wypowiadając jej imię może jakaś zdradliwa nuta nada jego głosowi ton, jakim nie powinien mówić o swojej byłej dziewczynie przy swojej dziewczynie. Więc zawsze, gdy tylko rozmowa sprowadzała się do Evy on uparcie odmawiał wypowiedzenia jej imienia, wspominając jedynie jej chłopców, lub jej ojca lub przy rzadkich okazjach ich córkę.

- Nie, byłem tam. Na pewno nie ma jej z Evą, miała spotkanie z jakimś muzykiem w sprawie koncertu charytatywnego dla swojej fundacji. Wyobraź sobie, że nie chciała powiedzieć, kto to! A Willy i Leon nie widzieli Rose od kilku dni. W każdym bądź razie, jeśli nie ma tu Rose, idę szukać dalej. Może Eva już wróciła i coś wie. Przy okazji, kiedy zamieszasz odwiedzić małą? Niedługo zapomni, że w ogóle istniejesz – powiedział James podnosząc się z miejsca.

Mary spojrzała na Albusa wyczekująco. Próbowała go namówić na wizytę od kilku dni, ale ten wciąż znajdował wymówki.

- Ja…

- No ty, a kto? – James pokiwał głową z dezaprobatą.

- Może jutro? Mamy wolne popołudnie, żadnych planów – powiedziała Mary.

Albus rzucił jej zirytowane spojrzenie. Chciał zobaczyć Grace. Bardziej niż cokolwiek innego. Ale by zobaczyć Grace, musiałby zobaczyć Evę. A on bardzo nie chciał widzieć Evy. Próbował sobie wmawiać, że to, co było, minęło. Próbował sobie wytłumaczyć, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Naprawdę starał się kochać Mary bardziej. Ale za każdym razem, gdy widział Evę, to wszystko rozpadało się, jak domek z kart przy lekkim podmuchu.

Sam przed sobą musiał przyznać, że tęsknił za nią, jak nigdy za nikim wcześniej. Nieustannie o nie myślał i przerażało go to. Przerażało go, gdy przechodził obok cukierni i patrząc w wystawowe ono widział przynajmniej trzy ciastka, które Eva z całą pewnością by polubiła. Denerwowało go, gdy widział na ulicy dziewczyny, którym wydawało się, że ich włosy są fantazyjnie upięte, ale on wiedział, że Eva potrafiła je upiąć o wiele lepiej. Irytowało go, gdy widział na wystawach sklepowych ubrania, których Eva nigdy by nie założyła, ale to nie miało znaczenia, bo przecież ona wyglądała dobrze nawet w starym, wyciągniętym swetrze. Nie mógł znieść, gdy w czasie świąt wszędzie było czuć cynamon i inne korzenne przyprawy, nie mógł znieść smaku grzanego wina, bo jedyne, co wtedy widział przed oczami to Eva w tą pierwszą noc, którą spędzili razem. Niemal czuł jej zapach, niemal słyszał jej drżący głos wypowiadający jego imię, niemal czuł jej dotyk na swoich plecach.

I doskonale zdawał sobie sprawę, że to nie było właściwe. Że powinien przestać. Że powinien myśleć o Mary, nie o Evie, ale jak mógłby?

- Dobra – wycedził przez żeby. – Jeśli będziesz się widział z Willym albo Leonem możesz im wspomnieć, że wpadniemy.

- A czemu nie możesz po prostu wysłać Evie sowy? – James skrzyżował ręce na piersi, świdrując brata wzrokiem.

- Przecież i tak tam idziesz – zauważył Albus.

- Jezus Maria, ja jej wyślę sowę, nie rozumiem naprawdę, w czym problem – zirytowała się Mary.

- Okej, spadam dzieciaki – James ruszył w kierunku drzwi. – Bawcie się dobrze! – zatrzymał się na chwilę tuż przy drzwiach i popatrzył na nich podejrzliwie. – Ale nie za dobrze – zaśmiał się i szybko zniknął za drzwiami.

 

***

Eminem & Rihanna – Love the way you lie

Drzwi zatrzasnęły się za nią powoli. Oparła się o nie plecami. Była zmęczona. Momentami sama zaczynała myśleć, że zwariowała. Może oni wszyscy mieli rację, może była tak zaślepiona strachem, że próbowała sobie wmówić, że widziała coś, czego nie było.

Potrząsnęła głową. Zaczynała w siebie wątpić, a to nigdy nie wróżyło nic dobrego.  To tylko umacniało ją w przekonaniu, że widziała Pierre’a. Znała go lepiej, niż ktokolwiek inny. Może nie wrócił po to, by ją nękać. Może miał inny powód, ale z całą pewnością postanowił podręczyć ją przy okazji.

Westchnęła cicho słysząc stłumione głosy w salonie. Z całą pewnością mieli gości, a ona nie miała tego wieczora ochoty na długie rozmowy o niczym przy kominku. Zwłaszcza, że rano znów musiała wcześnie wstać na wykłady. Ostatnio szkoła zdawała jej się jej jedynym azylem od zmartwionych spojrzeń rodziny po kolejnych kłótniach ze Scorpiusem, od samego Scorpiusa, a przede wszystkim od samej siebie.

Postawiła kilka kroków do przodu i stanęła w drzwiach salonu lekko zaskoczona.

- Hugo? Co ty tutaj robisz? Myślałam, że w ten weekend mieliście być u rodziców Kate – powiedziała spokojnie wyczuwając dziwną aurę w powietrzu.

Hugo nie był jedynym niespodziewanym gościem w salonie. Brakowało Kate, co oznaczało, że jej młodszy brat został wezwany na rodzinne spotkanie. Tylko dlaczego? Było to na tyle poważne, by ściągnąć go ze Szkocji, ale nie wystarczająco poważne, by towarzyszyła mu Kate.

Tuż obok niego siedział Scorpius, wyraźnie unikając jej wzroku. Na kanapie obok siedzieli jej rodzice, a na fotelach przy kominku Harry i Ginny.

- Coś przegapiłam? – zapytała Rose rozglądając się wokół.

- Rose – zaczęła Hermiona i dziewczyna doskonale znała ten ton.

Rose pokiwała głową z niedowierzaniem świdrując Scorpiusa wzrokiem.

- Martwimy się o ciebie – dokończył poważnie Ron.

- Niepotrzebnie – odpowiedziała oschle.

- Scorpius powiedział nam o waszym dziewczyńskim wypadzie i co się stało – zaczął Hugo. – Powiedział nam także, że sprawdził kolesia, a ten od trzech dni jest w szkolnym szpitalu.

- Po prostu martwimy się o ciebie Rose, nie odbieraj tego, jako ataku – dodał spokojnie Harry.

- W takim razie na co ta pseudo-interwencja? – zapytała pozornie spokojnie.

- Uważamy, że powinnaś porozmawiać z doktorem Beagle o tym, co się stało – Hermiona uśmiechnęła się lekko. – To dla twojego dobra.

- Z tego, co pamiętam do Beauxbatons też wysłaliście mnie dla mojego dobra. Tak świetnie na tym wyszłam – rzuciła oschle Rose i wszyscy w pomieszczeniu zamarli.

- Rose! – skarcił ją Scorpius.

- Co?! – warknęła Rose. – Żadne z was nie wie nawet dziesiątej części tego, jakim człowiekiem jest Delaitre. Wiem, że tu był! Nie wiem po co, nie wiem jak! Żadne z was tego nie zrozumie!

- Rose, jedna rozmowa z doktorem Beagle. To wszystko, o co prosimy – powiedział Hugo błagalnym tonem, gdy żadne z dorosłych nie śmiało się już odezwać.

- Zastanowię się – rzuciła chłodno, odwróciła się na piecie i już miała odchodzić, gdy usłyszała głos ojca.

- Powiesz nam chociaż gdzie zniknęłaś na cały dzień? Jest późno.

Odwróciła się energicznie nie zupełnie już kontrolując swój gniew.

- Byłam w Hogsmeade – rzuciła, a jej słowa wypełniły powietrze, gorzkie i trujące. – Byłam z Lysandrem, jedyną osobą, która wzięła pod uwagę, że mogę mieć rację!

Odwróciła się i pobiegła schodami na piętro, nie czekając na żadną odpowiedź. Była rozjuszona, czuła się, jak w potrzasku i potrzebowała być sama. Zatrzasnęła za sobą drzwi i podeszła do okna opierając dłonie na parapecie, oddychając ciężko.

Minęło zaledwie parę sekund, gdy drzwi otworzyły się i zamknęły ponownie.

- Mogę wiedzieć, co ty wyprawiasz? – zapytał zdenerwowany.

- Co JA wyprawiam? Nasyłasz na mnie pół mojej rodziny i masz czelność przychodzić tu i pytać co JA wyprawiam?!

- Nie udawaj świętej – warknął.

- O co ci właściwie chodzi? Żebym porozmawiała z Beaglem? Dobra! A teraz wyjdź! Jakoś średnio mam ochotę z tobą rozmawiać!

- Nie tak szybko – powiedział cicho podchodząc bliżej i chwytając jej ramię. – Co robiłaś z Lysandrem? – zapytał pozornie spokojnie.

Rose zaśmiała się głośno patrząc mu prosto w oczy. Choć raz, to nie ona błagała o szczerość, choć raz to nie ona wpatrywała się w niego czekając, aż zapadnie wyrok.

- Tu cie boli – powiedziała rozbawiona. Nie tylko on potrafił ranić.

- Bawi cię to? – syknął przyciągając ją bliżej.

- Już nie jest tak zabawnie, gdy próbujesz własnego lekarstwa? – zapytała słodkim głosem.

- PIEPRZYŁAŚ SIĘ Z NIM?! – krzyknął potrząsając jej ramieniem.

Ona uśmiechnęła się szyderczo, nie okazując choćby jednym gestem, jak wiele bólu pulsowało w jej ramieniu.

- Nie – odpowiedziała rozbawiona, szyderczy uśmiech nie schodził z jej twarzy.

- Więc dlaczego nic nie powiedziałaś?! – syknął puszczając jej ramię, odwrócił się na chwilę zdenerwowany, by znów spojrzeć na nią ponownie, z furią w swoich oczach. – Wiedziałaś dokładnie, że do niego idziesz, prawda? Zaplanowałaś to spotkanie z samego rana, prawda? – pytał bezskutecznie siląc się na spokojny ton.

- Nie miałam ochoty. Tak. I tak – odpowiedziała kolejno na pytania, wciąż rozbawiona.

- Dlaczego?! Dlaczego mi nie powiedziałaś, że do niego idziesz? – syknął, strącając w złości wazon z kwiatami, które przysłał jej kilka dni wcześniej.

Był rozjuszony. Rose była jego i nie mógł znieść myśli, że wciąż spotykała się z Lysandrem, nie kupował bajki o ich przyjaźni, nie kiedy doskonale wiedział, że łączył ich kiedyś przyjacielski seks. Wciąż miał w głowie obrazy z Hogwartu, gdy znając hasło do ich Sali treningowej, przerwał im w niedwuznacznej sytuacji więcej niż raz.

Wzdrygnęła się wystraszona, jej mina zrzedła i spoważniała. Spojrzała na niego z pogardą.

- Z tego samego powodu, dla którego ty nie wspomniałeś o zaręczynach Malcolma i o wyjeździe do Meksyku – rzuciła oschle.

Miała wystarczająco dużo czasu, by o tym pomyśleć i wciąż dochodziła do jednego wniosku – gdyby Scorpius zabrał ją na rodzinna uroczystość, oznaczałoby to, że traktował ją poważnie, że jest kimś wartym, by dołączyć do jego rodziny. On jednak nawet nie wspomniał o przyjęciu, wcześniej wyjechał na miesiąc do Meksyku nawet jej o tym nie wspominając. A to oznaczało tylko jedno. Była jedynie etapem przejściowym, tymczasowa rozrywką. Nie, nie chciała ślubu, dzieci, co nie oznaczało, że Scorpius nie mógł traktować jej poważnie. Ale skoro on nie widział dla niej miejsca w swoim życiu, dlaczego ona powinna robić dla niego miejsce w swoim?

On spojrzał na nią zaskoczony, wystraszony. Jak długo wiedziała? Czemu nie wspomniała o tym wcześniej? Wiedział, że to był błąd, który będzie go dużo kosztował, ale co innego miałby zrobić? Gdyby zabrał ją ze sobą Narcyza z całą pewnością zwiększyłaby częstotliwość swojego zrzędzenia na temat ślubu. Malfoyowie nie byli jak Weasleyowie. Przyprowadzenie kogoś na rodzinna uroczystość, jako osobę towarzyszącą było niemal równe z zaręczynami lub ich zapowiedzią. A Scorpius nie chciał się żenić. Miał dość wszystkich niedyskretnych pytań Narcyzy, ciotki Dafne, a czasem nawet samej Astorii. Wcale nie były tak subtelne, jakby im się mogło wydawać. A on był młody. Chciał się bawić, żyć, być wolny!

- A cóż to za powód? – zapytał spokojnie, ukrywając cały swój strach i wątpliwości pod grubą warstwą obojętności.

- Ty mi powiedz –  syknęła i wyminęła go nie racząc go choćby jednym pogardliwym spojrzeniem i zamknęła się w toalecie.

Gdy tylko zatrzasnęła drzwi poczuła, jak łzy palą jej policzki, jak nagle ciężko było oddychać. Jak bardzo chciała, by sobie po prostu poszedł!

I może podświadomie wyczuł jej życzenie, kilka sekund później usłyszała trzask zamykanych drzwi, dudnienie stóp na schodach, a potem trzask kolejnych drzwi. Najniewyraźniej był rozjuszony, nie zatrzymał się nawet, by się pożegnać z Weasleyami.

Może tak było lepiej. W tym momencie miała nadzieję, że poszedł sobie na dobre.

 

 

*************************************

Ekhem…

 Please don’t hate me????<robi maślane oczy>

16 Komentarze

  1. Okej, przeczytałam całego bloga w 4 dni, a zważywszy na to, że jestem w klasie maturalnej i mam maasę nauki to całkiem nieźle. Strasznie mnie wciagnęło i mega mi się podobało, ładnie analizujecie charaktery bohaterów i nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału, ani – tym bardziej – zgody pomiędzy Rose i Scorpiusem. No, ale wszystko przecież zależy od Was, prawda? ;)
    Weny życzę i będę zaglądała z nadzieją, że jest już kolejna część!

    • ŁAŁ! Cztery dni! Mój chłopak stwierdził, że nie dość, że niemal założyłam własną sektę, to jeszcze odciągam was od nauki :P:P:P Coś czuję, że szykuje mu się niedługo małe załamanko :D

      Bardzo się cieszę, że blog tak ci sie podoba, to miód na moje strapione uszy, bo powiem, wcale nie w sekrecie, że miałam koszmarny tydzień. Momentami sama już nie wiedziałam czy mam pracę i dla kogo(jeżeli w ogóle) pracuję. Normalnie ci ludzie mnie wykańczają eh, człowiek robi co musi.

      Jeżeli jesteś na rozdziale 66(a możliwe, że po prostu pod nim opublikowałaś komentarz i w tej sytuacji informacja którą właśnie przekazuje jest bez sensu) są jeszcze dwa opublikowane rozdziały, 67 i 68 :) Kolejny rozdział miał ukazać sie w ten weekend, ale wątpię czy sie wyrobię, jak już wspomniałam miałam małe zamieszanie w życiu zawodowym i nieco w prywatnym(jak zwykle muszę ratować cały świat), więc… Tak. Ale postaram sie napisać rozdział jak najszybciej:)

      Całusy,
      totalnie pogubiona,
      Hippie :*

  2. Hippie ty zua kobieto ._. . Hejcę cię w tym momencie bardzo,bardzo,bardzo. Joke, ciebie się nie da hejcić ._. .
    Co to za trudne sprawy ._. W sprawie Albusie … Podpisuję się pod tym co napisała Universe, obiema rękami. Nawet mu mogę wędkę zafundować. WHERE IS MY BIG LOVE ?!?! C: .
    Czo ten Scorpius ? Rose zresztą nie lepsza ._. . No nic czekam na cd. Klęska urodzaju, rozdział tydzień w tydzień <3 miód na me serducho.

    Pozdrawiam i ściskam,
    Cammie

    • Cieszę sie jak skrzat po porządnym sprzątaniu :D uwielbiam być zua, haha :)

      Obawiam sie , że w przypadku Albusa nawet łóz podwodna nie pomoże. No on uparty jest no. Co mu zrobisz?

      A Scorpius i Rose… Cóż nie powiem wiele, ale jeśli już coś mi sie wymsknie to z pewnością będzie fakt, że wiesz jak to mówią, czasami warto sie pokłócić bo godzenie jest tak przyjemne :P:P:P:P

      Całusy i przytulasy,
      Hippie

  3. Geja, Hippie :3
    PIERRE? Omfg. Co ta męska dziwka znowu kombinuje? D: Rose nie mogło się przewidzieć /:
    Albus, właź do tej rzeki, popluskaj się, połów rybki i WRÓĆ DO EVY! :c
    Gr, kocham Cię za tą scenie zazdrości. I za to, że zachowujesz Scorpiusa w waszym kanonie! <3
    Trzymaj się! :3
    Unierse

      • PS XD
        nie wiem czemu, ale mam straszną ochotę przeczytać reakcję Wesley’ów na gwałtowne zachowanie Scorpiusa, omfg *-*

        • „Co ta męska dziwka znowu kombinuje?” Nie wiem czemu, ale jak to przeczytałam to sie zaśmiałam. Dokładnie to samo powiedziała moja znajoma, po przeczytaniu rozdziału. Słowo daję, wielkie umysły myślą podobnie :D
          jednakże, mnie sie takich rzeczy proszę nie pytać, bo ja nic nie wiem absolutnie. A Albusik, jak juz wspomniałam no ja go do tej rzeki przecież nie wepchnę, anuz biedak nie umie pływać i sie utopi i co będzie :P

          Co do reakcji Weasleyów, cóż, chyba znają własna córkę. Po za tym no wiesz, przyganiał kocioł garnkowi :P

          xoxo
          Hippie

  4. I HATE YOU! :* Jak tak można? Scorpius….. Nie mogę po prostu. Myślałam, że się w końcu zmieni, a tu ani widu ani słychu i jak może jej nie wierzyc…………………………………… I Pierre……………………………… Brak słów. czekam na więcej, jakaś katastrofa za niedługo będzie, huh?

    • Oooops…

      No ja tez, no ale Scorpius to Scorpius, no ja nie wiem, co oni wszyscy tacy uparci, z całą pewnością nie po mnie(na pewno po Bezczelnej:P)

      Katastrofa? Jaka katastrofa? gdzie? ja nic nie wiem, mnie sie nie pytać proszę, o! :P

      xoxo
      Hippie

  5. Pierre ??! Jakoś wątpię żeby Rose miała przewidzenia. Czuję, że niedługo się coś zdarzy. Coś złego. Coś co sprawi, że Scor zrozumie ile Rose dla niego znaczy.
    A co z Albusem ? Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki ? Przecież rzeka nigdy nie jest dwa raz taka sama. Zmienia się nurt, głębokość, prąd.

    Hippie napisz coś więcej o Hugo. O tym jak wygląda sytuacja Rose od jego strony.
    A na wszystkich zjazdach rodzinnych nie ma ani słowa o Molly, Lucy, Percym, Georgu, Angelinie, Charliym, Billu i Fleur, no i o dziadkach. Brakuje mi szczególnie Billa, był strasznie mądrym facetem – może jakoś pomógłby Rose.

    Ok, już nie marudzę ;) Rozdział jak zwykle za krótki (żebyś nie wiem na ile stron napisała i tak będzie za mało :)

    A no i jeszcze jedno .. jestem zachwycona częstotliwością pojawiania się wpisów. Mam nadzieję, że to się utrzyma. Buziaki ;)

    • Pierre, Pierre, ale co, gdzie, jak, po co i dlaczego, to ja nie wiem, nie pytać mnie proszę :P
      A Albus, no to upartek jest, co mu zrobię, siłą go do tej rzeki nie wrócę przecież, ach niemądre wy :P:P:P

      Cóż, co do Hugo, bardzo chciałabym go gdzieś wcisnąć, ale żeby go gdzieś wcisnąć coś by się musiało dziać u niego, bo strasznie nie lubię półstronicowych scen, nie wiem, jakoś mnie wnerwiają. Czasami są potrzebne, ale wolę ich unikać. Ale okej, zobaczę co da się zrobić. Co do reszty rodziny, tyle sie dzieje, że jakbym jeszcze resztę chciała wcisnąć, to czytałybyście o Rose i Scorpiusie w co siódmym rozdziale. Jako takich zjazdów rozdzinnych nie było, zresztą oprócz przyjęć u Potterów i wspomniałam tam o reszcie. W domu Weasleyów to nie był jako taki zjazd rodzinny, tylko Harry i Ginny, Ron i Hermiona, Hugo i Scorpius. Rose trochę wyolbrzymiła z ta „połową rodziny”.
      Chociaż coś mi w głowie zaświtało, nic nie obiecuje jednak, nie każdy pomysł przelany na papier brzmi tak super jak w mojej głowie :P

      Czy sie utrzyma, zobaczymy, na pewno sie postaram, następny rozdział w weekend na pewno :)

      Całusy,
      Hippie

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.