62. Siedem emocji cz. 2.

Na początku pragnę bardzo wam wszystkim podziękować za wyrozumiałość i życzenia powrotu do zdrowia. To naprawdę dużo dla mnie znaczy.

Minęło sporo czasu od ostatniego rozdziału, więc mam nadzieje, że notka wam się spodoba :)

Także, korzystając z okazji składam spóźnione życzenia urodzinowe Cammi :) Ten rozdział jest więc ze specjalną dedykacją dla niej i przesyłam dużego urodzinowego buziaka :*

4. Gniew

Im więcej w sercu gniewu wobec przeszłości, tym mniej zdolni jesteśmy do kochania teraźniejszości.

The Cure – Maybe someday

Wszystko stało się ciche. Ucichły szlochy. Ucichły rozmowy. Ucichły szepty. Nawet krzyki Draco w bibliotece. Wszystko ucichło. I nagle ogarnęła go pustka. Nadmiar informacji i zapomnianych historii wyprał go niemal ze wszystkich emocji. Wszystkich z wyjątkiem jednej – gniewu.

Teraz, gdy siedział w fotelu w swoim pokoju, wpatrując się w ciemność za oknem, to było jedyne, co czuł. Złość na siebie, że nigdy nie próbował się dowiedzieć, kim była Maya dla Lucjusza. Złość, że nigdy nie zastanawiał się, czemu musiało to pozostać w sekrecie. Złość, że nigdy nie zauważył, jak markotni i dziwnie zamyśleni stawali się jego rodzice, gdy jako dziecko pytał ich o rodzeństwo.

Ale zaraz po fali złości na siebie, przychodziła kolejna. Złość na rodziców i Narcyzę. Przez niemal dwadzieścia lat żadne z nich nie wspomniało słowem, o tym, że miał siostrę. I mógł zrozumieć, że nie chcieli o niej rozmawiać często, ale fakt, że nie pozostawili po niej w swoim życiu śladu doprowadzał go do szaleństwa. Jak mogli ukrywać coś takiego przed nim tyle lat? Przecież był ich synem, miał prawo wiedzieć. Miał prawo być częścią tej żałoby, miał prawo znać prawdę! Ale odmówiono mu tego wszystkiego, zupełnie jakby wcale nie był tego częścią.

Im więcej o tym myślał, tym bardziej czuł narastającą w środku złość, agresję. Miał ochotę rzucać meblami, krzyczeć! Nowe myśli i pomysły zaczęły się wkradać do jego umysły, mroczne i ciemne, ale och! Jak przyjemnie niesprawiedliwe! Przez dwadzieścia lat nikt nie wymawiał w tym domu jej imienia. Przez dwadzieścia lat nigdy nie widział jej żadnego zdjęcia lub portretu na ścianie, czy w rodzinnych albumach. Drzwi na końcu korytarza zawsze były zamknięte, a gdy pytał, co znajdowało się w zamkniętym pokoju, jego rodzice zawsze spokojnie odpowiadali, że śmieci, ale nigdy nie pozwolili otworzyć pokoju, był zabezpieczony zaklęciami, które znacznie wykraczały poza możliwości Scorpiusa, Elaine i Evy.
Przez dwadzieścia lat skutecznie wymazali własną córkę z życiorysu, zupełnie jakby nigdy nie istniała, jakby nic nie znaczyła. I Scorpius zaczął się zastanawiać, czy może on sam nic nie znaczył. Może gdyby teraz umarł on też zostałby zapomniany i zakopany w pamięci, jak niepotrzebne wspomnienia sprzed lat? Może i Maya i on nigdy nic nie znaczyli, może byli jedynie potrzebni do przedłużenia rodu? Jaki mógłby być inny powód tych sekretów i ukrywania? Ból? Czy nie boli bardziej, gdy trzymamy wszystko w sobie?

Ale nawet to nie wzbudzało w nim tyle złości, co osoba, która miała z tym wszystkim rzekomo najmniej do czynienia. Rose. Pamiętał doskonale, jak zobaczył ją i swojego ojca na zdjęciach z terapii i wyciągnął pochopne wnioski. Ale czy sprawy nie potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby po prostu przyznała, że chodzą z Draco na jedną terapię? Czy nie zaoszczędziłoby to tylu nieporozumień i kłótni? Ale ona wolała ukrywać ten fakt miesiącami.

I tego ranka, zdaje się tysiąc lat temu, zapytał ją, czy wiedziała coś na ten temat. Zapytał ją patrząc prosto w oczy, czy wiedziała cokolwiek, co mogłoby dać mu choćby wskazówkę, co robić, jak się zachować, czego się spodziewać. A ona patrząc mu w oczy tak lekko odpowiedziała nie. Tak przepraszająco głaskała jego policzek, jakby żałowała dogłębnie, że nie mogła mu pomóc. Ale teraz, po wszystkim, co usłyszał, jak mógłby jej wierzyć? Może byłoby mu łatwiej, gdyby Astoria nie poprosiła jej, by uspokoiła Draco. Więc jak mogłaby nie wiedzieć? Czy nie mają obowiązku mówienia sobie wszystkiego i prawdy na terapii? Wiedziała, zapewne od miesięcy i znów nic nie powiedziała, nic nie wspomniała. Kolejny raz ukryła coś tak ważnego, choć wiedziała, jak skończyło się to ostatnim razem. Kolejny raz zawiodła jego zaufanie. Co jeszcze ukrywała, ile sekretów miała przed nim, o których wiedział jego ojciec? I ile sekretów mieli jego rodzice, o których wiedziała Rose?

Złość wypełniała każdą jego myśl, każdy ruch, każdy oddech. Znów go oszukała. Zdradziła go, w pewnym sensie. I nie zamierzał jej tego darować, nie tym razem. Gdyby jej nie zapytał, gdyby nie skłamała mu prosto w oczy, może mógłby ją nieco zrozumieć, może nawet wybaczyć? Ale teraz, naprawdę nie sądził, aby kiedykolwiek mógł jej to zapomnieć. By istniały słowa, którymi mogłaby go przekonać lub przynajmniej sprawić, aby zrozumiał. Ufał jej. Może nawet bardziej, niż ufał czasem samemu sobie. Zawsze brał jej rady do serca nawet, jeżeli chodziło o Draco. Tak bardzo cenił jej opinię, ale to już było przeszłością. Nie chciał jej tego wybaczyć, nie tym razem.

Dusił się w tych czterech ścianach, musiał wyjść, przewietrzyć się. Może napić się w barze, samemu. Nie potrzebował towarzystwa. Nie chciał towarzystwa. I zdecydowanie nie chciał jej.

Zerwał się z miejsca i energicznym krokiem opuścił sypialnię trzaskając za sobą drzwiami. Gdy zatrzaskiwał za sobą główne drzwi mógłby przysiąc, że słyszał, jak ktoś wołał za nim jego imię, ale nie miał ochoty na rozmowy. Tak naprawdę, nie miał ochoty widzieć swojej rodziny. Może i zniósłby Elaine i Evę, ale był pewien, że nawet gdyby wyraził swoją złość wobec Rose i rodziców te natychmiast zaczęłyby bronić ich wszystkich, a naprawdę nie był w bardzo miłosiernym nastroju. Chciał krzyczeć, rzucić się na kogoś i walić pięściami, aż jego dłonie spuchną i zdrętwieją.

***

Editors – When anger shows

- Wiesz, jak bardzo nie lubię, gdy wracasz tak późno – powiedział Ron siedząc przy stole w kuchni, nie podnosząc wzroku znad czytanej gazety.

- Wiem… – westchnęła Rose domykając za sobą drzwi. Nie była zirytowana wyrzutami ojca. Wiedziała, że póki mieszka w ich domu powinna przynajmniej w jakiejś części trzymać się ich zasad. I rozumiała, że Hermiona i Ron mieli wszelkie powody, by się martwić, gdy nie wracała do domu na czas. Nie była święta i zdawała sobie z tego sprawę. Czasem złościła ją ta nadopiekuńczość, ale nie dziś, kiedy Maya wypełniała każdą jej myśl. Kiedy wciąż miała przed oczami obraz Draco, który na granicy zwątpienia zmagał się z rzeczywistością. I na dodatek Scorpius, który wyszedł gdzieś nagle bez słowa i nawet nie odwrócił się na chwilę, gdy go zawołała. Był na nią zły? Może musiał sobie wszystko przemyśleć, ale Rose wiedziała, że Scorpius nie powinien być w takich momentach sam!

- Przepraszam – powiedziała opierając się o futrynę. – To była nagła sytuacja.

- Tak, Harry mi powiedział – odpowiedział Ron odkładając gazetę na stół i przyglądając jej się uważnie. Była zdecydowanie za spokojna.

- Wujek Harry? – zdziwiła się.

- Nie rozumiem, co cię tak dziwi. Jesteś bardzo blisko z Draco Malfoyem, jestem pewien, że jesteś świadoma, że Harry był aurorem prowadzącym tamtej sprawy. No i jeszcze Eva, która w trybie awaryjnym zostawiła u nich małą.

- Ach… – mruknęła Rose podchodząc bliżej. Usiadła obok ojca, uparcie wpatrując się w swoje splecione dłonie.

- W porządku? – zapytał cicho spoglądając na córkę.

- Tak… W zasadzie to nie. Martwię się o Scorpiusa. Chyba nie najlepiej to przyjął. Astoria i Draco nigdy nie rozmawiali o Mayi. Nigdy nie wiedział, że ma siostrę…

- Cóż, rozmawiałaś z nim? – zapytał nieco zaskoczony Ron. Był przygotowany na wiele ze strony Rose, ale nie na zwierzenia.

- Nie – potrząsnęła przecząco głową. – Wyszedł, kiedy rozmawiałam z Draco…

Nie dokończyła, telefon stacjonarny, który znajdował się na małym stoliku w przedpokoju zadzwonił głośno, rozdzierając głuchą ciszę nocy.

- Telefon o tej porze? – zdziwiła się Rose.

- Mam nadzieję, że to nic złego… – mruknął Ron podnosząc się z miejsca i ruszając w stronę telefonu. Rose obserwowała każdy jego ruch, każdy krok.

- Halo? – powiedział poważnie Ron podnosząc słuchawkę. – Harry? Jest niemal środek nocy… – przerwał na chwilę i spojrzał na Rose. – Jesteś pewny? – na jego czole pojawiła się poprzeczna zmarszczka, gdy wsłuchiwał się dalej w głos w telefonie. – Aha… – z trudem oderwał wzrok od Rose. – Nie, nie ma potrzeby zawracać im teraz głowy, zajmiemy się tym – spojrzał ponownie na Rose. – Tak. Dzięki. Spotkamy się na miejscu – odłożył słuchawkę i westchnął cicho.

- Wszystko w porządku? To wujek Harry? Coś z Gracie? – dopytywała się Rose.

- Scorpius został aresztowany w mugolskiej części Londynu – powiedział Ron nie owijając w bawełnę.

- Co?! – Rose zerwała się na równe nogi.

- Pobił się z jakimś mugolem w barze – odpowiedział spokojnie Ron. – Nie ma potrzeby martwić teraz Malfoyów… Pójdę z tobą go odebrać. Harry będzie na nas czekał na miejscu.

- Co z nim? Jest ranny? – dopytywała się nerwowo Rose.

- Tylko parę zadrapań, nic poważnego – powiedział spokojnie Ron. – Jest bezpieczny, nic mu nie będzie. A teraz chodźmy już, nie ma potrzeby, żeby dłużej czekał.

Rose kiwnęła głową i ruszyła za ojcem. Miała w głowie natłok myśli i wszystkie sprowadzały się do jednego – Scorpius był zły i miała dziwne przeczucie, że chodziło o nią. Czyżby powiedziała lub zrobiła coś niewłaściwego? Analizowała całą sytuację od momentu, kiedy pojawili się Greengrassowie i wciąż nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. I w tym momencie naprawdę chciała, by czas nieco zwolnił, by mogła się przygotować, by mogła opracować jakiś plan. Dziwne uczucie, że to ona zawiniła nie opuszczało jej, wręcz przeciwnie, z każdym krokiem przybierało na sile. Może po prostu tak bardzo martwiła się całą sytuacją, że zaczęła dostrzegać rzeczy, których nie było?

- Harry – powiedział Ron zatrzymując się w mugolskiej dzielnicy Londynu, tuż przed komisariatem policji.

Jego gmach górował znacznie nad pozostałymi budynkami, czerwone cegły wyróżniały się spośród pastelowych tynków sklepów i bloków mieszkalnych. Do wielkich, drewnianych drzwi prowadziły szerokie, szare schody.

Po ulicy kręciło się kilku przechodniów. Kilkoro dziewcząt, które najpewniej wracały z klubu, tuż obok nich przemykały taksówki. Kilku bezdomnych pałętających się w ciemnych zaułkach. I nikt nie zwracał specjalnie uwagi na trójkę czarodziei.

- Ron, Rose – Harry kiwnął grzecznie głową. – Scorpius jest w środku, ale lepiej żebym wszedł do środka sam. Dudley ma zapewne dość czarodziei na dziś.

- Niech tak będzie – powiedział Ron i po chwili Harry zniknął za drzwiami budynku.

- To jakiś specjalny program? – zapytała nagle Rose siadając na najniższym schodku.

- Co?

- No to, że wujek Harry wiedział, że Scorpius jest w mugolskim areszcie? Czy po prostu szpiegujecie z wujkiem naszych partnerów? Nie żeby mnie to bardzo zdziwiło… – powiedziała Rose uśmiechając się lekko, zupełnie jakby próbowała rozweselić nieco samą siebie.

- Przyznaję, myśleliśmy o tym przez chwilę – odpowiedział Ron siadając obok niej. – Ale stwierdziliśmy, że musimy wam dać kredyt zaufania. Nawet Jamesowi, a uwierz, że Harry’emu nie przyszło to łatwo. Akurat w tym komisariacie komendantem jest kuzyn Harry’ego, jestem pewien, że pamiętasz Dudleya z przyjęć u Potterów. Kiedy zobaczył przy Scorpiusie różdżkę od razu zawiadomił Harry’ego. Podobno ma złe wspomnienia z negatywnie nastawionymi czarodziejami. Możesz zapytać kiedyś Hagrida – uśmiechnął się lekko, po czym spojrzał poważnie na Rose. – Nie wyglądasz na specjalnie podekscytowaną by zobaczyć swoja drugą połówkę. Powinienem o czymś wiedzieć? – zapytał zmartwiony.

Rose westchnęła cicho. Jej ojciec nie był dokładnie osobą, z która miała ochotę dyskutować problemy sercowe, zwłaszcza wiedząc, jak skomplikowany był Scorpius. Jak skomplikowane były ich relacje.

- Nie, to nic takiego. Po prostu jeszcze z nim nie rozmawiałam odkąd dowiedział się o Mayi i nie wiem, czego powinnam się spodziewać…

- …nie mówiliśmy nic twoim rodzicom, żeby ich nie martwić – usłyszeli za sobą odgłos otwierających się drzwi i głos Harry’ego.

- Dziękuję – odpowiedział Scorpius i zatrzymał się w pół kroku widząc podnoszącą się ze schodów Rose.

Linkin Park – From the Inside

Spojrzała na niego, na jego rozciętą wargę i łuk brwiowy i rozdartą koszulę i nagle ogarnęła ją złość. Nagle sama chciała podejść i go uderzyć. Czy nie pomyślał wcześniej, że wszyscy będą się martwić? Że wszyscy mieli dostatecznie dużo wrażeń jak na jedną dobę? Czy zrobiła cokolwiek, by sobie zasłużyć na takie zamartwianie? Czy naprawdę był aż tak samolubny?

- Zwariowałeś? – zapytała nerwowo Rose stawiając kilka kroków do przodu.

Scorpius podszedł do niej, blisko, ich ciała niemal się stykały.

- Jesteś ostatnią osobą na tej planecie, która ma prawo robić mi wyrzuty – powiedział cicho, pozornie spokojnie.

- A to niby czemu? – zapytała niecierpliwie, krzyżując ramiona na piersi. Powoli zaczynała wyczuwać coś niebezpiecznego w jego tonie głosu, tą jedną zdradliwą nutę, która sugerowała, że wcale nie był spokojny. Znała ten ton tak dobrze, ale czy naprawdę było cokolwiek, czym mogła go tak rozzłościć? Jej pewność siebie topniała powoli, jak lodowy zamek narażony na nieco zbyt wiele słońca.

Scorpius nie odpowiedział. Uśmiechnął się lekko pod nosem i wyminął ją powoli. Był wściekły i z trudem opanowywał emocje. Ale Harry Potter właśnie wyciągnął go z aresztu w towarzystwie ojca Rose. Nie chciał dodatkowych kłopotów, dodatkowych wyjaśnień, dodatkowych świadków. Nie potrzebował wykładu od matki następnego dnia, że zachował się niewłaściwie w stosunku do Pottera i Weasleya.

- Dziękuję za pomoc – powiedział blondyn spoglądając na Pottera i Weasleya. – Sam trafię do domu.

Mężczyźni wymienili niepewne spojrzenia, bacznie obserwując i Rose i Scorpiusa, niepewni, czego właściwie byli światkami.

- Scorpius? – zapytała niepewnie Rose dotykając jego ramienia.

- Co? – warknął.

- Jesteś na mnie zły? – zapytała niespokojnie.

- Pytasz poważnie? – zapytał z wyrzutem.

- A co ja takiego zrobiłam? – zapytała, a w tonie jej głosu słychać było niepewność, poczucie winy.

- OKŁAMAŁAŚ MNIE! – wrzasnął Scorpius dysząc ciężko. Nie mógł już dłużej trzymać emocji na wodzy, to wszystko już było zbyt wiele w połączeniu z jej niewinną miną.

Kilkoro przechodniów odwróciło się w ich stronę, włącznie z dwoma oficerami policji, którzy właśnie wychodzili z komisariatu.

- Jakiś problem? – zapytał jeden z nich bacznie obserwując Scorpiusa.

- Nie, nie. Wszystko w porządku – odpowiedział szybko Harry. – Już idziemy.

Oficer spojrzał na niego niepewnie, podejrzliwie.

- W porządku, ale znikajcie już, zanim zmienię zdanie – powiedział w końcu.

Harry kiwnął głową, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć Scorpius już szedł przed siebie energicznym krokiem, tak wyraźnie unikając Rose.

Policjant wciąż ich obserwował, Rose próbującą dogonić Scorpiusa i Harry’ego i Rona, którzy próbowali dotrzymać im kroku, zachowując przy tym wystarczający dystans, by słyszeć, co się dzieje, ale nie być częścią kłótni.

- Scorpius, jak cię okłamałam? Jak… – zaczęła Rose, ale Scorpius nie pozwolił jej dokończyć zatrzymał się energicznie sprawiając, że wpadła na niego. A Rose w momencie gdy zadawała pytanie zorientowała się, o czym mówił Scorpius. Maya. Tylko to mogło go tak zdenerwować. I wiedziała, że tym razem to była jej wina, że może mogła to rozegrać inaczej.

- Wiedziałaś. Wiedziałaś od samego początku, prawda? – syknął.

- Przepraszam – powiedziała cicho.

- Przepraszam? Tylko tyle masz mi do powiedzenia? – zapytał cicho. – Zapytałem cię, a ty spojrzałaś mi prosto w oczy i zarzekałaś się, że nic nie wiesz!

- Co miałam powiedzieć, Scorpius? Och nie martw się, po prostu masz siostrę, o której nie miałeś pojęcia?

- Nawet nie zamierzasz udawać, że nie mogłaś mi powiedzieć? – zapytał cicho.

Rose nie odpowiedziała. Spuściła głowę, a po jej policzku popłynęła łza.

Scorpius zaśmiał się głośno i odwrócił się na pięcie. Ruszył przed siebie mamrocząc coś o zaufaniu i głupocie i o tym, jak naiwny był wierząc choćby jednemu jej słowu.

I Rose doskonale wiedziała, że ten jego spokój był jedynie ciszą przed burzą, jedynie iluzją, którą sam dla siebie tworzył, by w końcu nie mogąc już tego znieść wybuchnąć nagle gdzieś.

- Wygląda na to, że moja kolej – mruknął Ron. – Harry, weźmiesz Rose do domu?

- Tato? – zapytała niespokojnie Rose.

- Nie martw się, Rosie. Zabiorę go do domu – powiedział, po czym zniknął gdzieś za rogiem, w tym samym miejscu, gdzie zniknął Scorpius chwilę wcześniej.

- Wujku, zrób coś! – zirytowała się Rose.

- Nie masz powodów do obaw, Rose. Zaufaj mu.

- Łatwo ci powiedzieć – odmruknęła nieprzekonana.

- Nie chcę z tobą gadać! – warknął strzepując dłoń ze swojego ramienia i odwracając się energicznie. – Och… Przepraszam, myślałem, że…

- Że to Rose – dokończył Ron świdrując wzrokiem zmieszanego blondyna. – Odprowadzę cię do domu. Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia i komendant nie będzie znał Harry’ego.

- Panie Weasley, dziękuję za troskę, ale…

- To nie była sugestia – uciął Ron i ruszył powoli przed siebie.

Scorpius zmrużył oczy, zniecierpliwiony towarzystwem i kłopotami i kolejną rozmową, która tak nieuchronnie wisiała w powietrzu.

- Więc, Scorpiusie, jak się czujesz? – zapytał Ron po chwili milczenia.

Scorpius spojrzał na niego pytająco doskonale wiedząc, czego dotyczyło pytanie. Nie miał jednak ochoty na rozmowy, szczególnie te z ojcem jego dziewczyny. Nie był nawet pewien, czy wciąż powinien ją tak nazywać. Nie wiedział, czy chciał. Poczuł się zdradzony, oszukany. A przecież on sam nigdy nie okłamywał nawet Meg. Zawsze odpowiadał szczerze, nawet jeśli pytała o inne dziewczyny. Ale Rose tak wyraźnie nie miała do niego nawet tyle szacunku. Może teraz wreszcie nadeszła jego kolej, by być czyjąś emocjonalną zabawką?

- Obawiam się, że nie wiem, co ma pan na myśli – odpowiedział w końcu patrząc w dal.

- Oczywiście, że wiesz. Jesteś inteligenty – Ron zaśmiał się cicho, po czym spoważniał. – Jak sobie radzą twoi rodzice?

- Ja… – Scorpius westchnął cicho. – Nie najlepiej, chyba.

- Maya… – westchnął cicho Ron. – Wszyscy chcieliśmy wymazać ją z pamięci.

Scorpius zatrzymał się nagle świdrując Weasleya wzrokiem.

- Wszyscy?

- Porwanie i śmierć twojej siostry było naszą największą porażką. Nie tylko twoi rodzice próbowali o niej zapomnieć – powiedział smutno Ron ruszając ponownie przed siebie. – Może Rose ci kiedyś wspominała, że byłem aurorem?

- Jestem pewien, że kilkoro moich znajomych napomknęło o tym fakcie, gdy zacząłem spotykać się z Rose – uśmiechnął się lekko do swoich wspomnień, do swojej rozmowy z Weasleyem po wypadku Rose. I spochmurniał nagle wiedząc, że to wszystko już przeszłość, że już nic nie jest takie samo i wszystko potoczyło się tak źle i to wcale nie przez ojca Rose.

- Czasem wydaje mi się, że Rose po prostu uwielbia kłopoty – powiedział Ron widząc strapioną minę blondyna. – Ale to moja córka. Muszę jej wybaczać. Nie martw się jednak, nie będę próbował jej usprawiedliwiać, ani oceniać, zwłaszcza nie wiedząc, co zrobiła. Ale dzwoniła dziś do mnie twoja matka, tuż po tym, jak wyszedłeś z domu. Myślała, że prędzej czy później wylądujesz u nas w domu. Myśli, że jesteś na nich zły, że nigdy nie wspomnieli o twojej siostrze.

Scorpius westchnął zirytowany. Ronald Weasley nie był osobą, z którą chciałby rozmawiać na tak delikatny i drażliwy temat. Nie był jego rodziną, czy dobrym przyjacielem rodziny, ale Scorpius doskonale zdawał sobie sprawę, że o to właśnie chodziło jego matce. Ron był ojcem jego dziewczyny i Astoria wiedziała, jak bardzo Scorpius go szanuje. A skoro go szanuje to i wysłucha. Może nawet posłucha?

- To bardzo mądra kobieta, ta twoja mama – powiedział Ron nieco rozbawiony zirytowaniem Scorpiusa.

- Powiedziałbym raczej przebiegła. Prosić ojca mojej dziewczyny, by ze mną porozmawiał. Geniusz.

- Astoria nie poprosiła mnie, żebym z tobą porozmawiał, bo jestem ojcem Rose – powiedział spokojnie Ron. – Wie, że mnie szanujesz, co było mi niezmiernie miło słyszeć, ale jest coś o czym nawet Rose nie wie.

Scorpius uniósł pytająco jedna brew, ale jego twarz nabrała sceptycznego wyrazu.

- Byłem jednym z głównych aurorów prowadzących sprawę twojej siostry. Poprosiłem twojego ojca by jej o tym nie mówił.

Scorpius spojrzał na niego zaskoczony.

- I to dokładnie z jej powodu zrezygnowałem z pracy aurora i nigdy więcej o niej nie wspominałem. Zawsze uważałem, że rodzina twojego ojca bardzo łatwo uniknęła więzienia po wojnie. Ale twoja siostra zmieniła wszystko. Jestem sto procent pewny, że twój ojciec i dziadek sami zamknęliby się w Azkabanie, gdyby wiedzieli, co na nich czeka kilka miesięcy później. Widzisz, całe biuro aurorów jej szukało. Niemal każdy z nas praktycznie przeprowadził się do pracy na czas tamtej sprawy, a i tak zawiedliśmy. Nie myśl, że próbuję usprawiedliwiać twoich rodziców, moim zdaniem powinni ci o niej powiedzieć. Ale jestem w stanie zrozumieć, dlaczego nie chcieli. I może to pomoże tobie zrozumieć. Oszczędzę ci detali. Ale wiedz, że kiedy ją znaleźliśmy była niemalże nieidentyfikowalna. Znaleźliśmy każdego z jej oprawców i upewniliśmy się, że słono zapłacili za swoje zbrodnie. Ale to nie przywróciło twojej siostrze życia. Śmierć Mayi była jest i będzie moją największą porażką. I do dziś zastanawiam się czasem, czy było coś więcej, co mogłem zrobić. Nie jestem zaskoczony, że twoi rodzice nigdy nie chcieli o tym rozmawiać, że próbowali o tym zapomnieć. Niemal cały czarodziejski świat próbował. Twoja siostra stała się symbolem, ostatnią niewinną ofiarą wojny. I do dziś przypomina nam, że jesteśmy bezsilni wobec takiej nienawiści – Ron spojrzał poważnie na Scorpiusa. – Nie nienawidź swoich rodziców. Cierpienie rodzi milczenie.

Ron ruszył przed siebie zamyślony, a Scorpius podążył w jego ślady.

***

5&6. Nienawiść i pożądanie.

Nienawiść i pożądanie często razem idą w parze, bo kiedy nie możemy mieć tego, czego pożądamy rodzi się nienawiść, i do rzeczy pożądanej, i do osób, które ją posiadają.

IAMX – The stupid, the proud

Płomień w kominku trzaskał wesoło, ale była to jedyna oznaka radości w tym ciemnym salonie. Na niebieskich ścianach wisiały portrety dawnych Greengrassów spoglądających na małżonków z dezaprobatą.

- Głupia dziewucha! – syknęła Maria chodząc w tą i z powrotem przed kominkiem, trzymając w dłoniach kieliszek czerwonego wina. – Mówiłam ci, żeby nie zostawiać jej u Astorii! Ale ty się uparłeś i teraz masz! Niewdzięczne, sentymentalne dziewuszysko!

- Jest jeszcze młoda – powiedział spokojnie Zeus cierpliwie obserwując kobietę siedząc wygodnie w fotelu. – Z czasem zrozumie. Po za tym jest naszą córką, musi nas posłuchać.

- A co jeśli nie? – syknęła Maria. – Jesteśmy spłukani, nie mamy ani grosza i toniemy w długach a Rowle obiecał nam za dziewczynę całkiem sporo pieniędzy, chyba nie muszę ci przypominać? Nie zamierzam żyć, jak żebraczka!

- To wszystko, co cię interesuje? Pieniądze Rowle’a? – zapytał Zeus wbijając wzrok w kominek.

-Nie zaczynaj znowu tych sentymentalnych bzdur – Maria machnęła ręką i upiła nieco wina.

-To nasza córka!

-To interes. To zawsze był interes. Od pierwszej minuty, kiedy podpisaliśmy ślubne papiery to zawsze był interes. Nie muszę ci przypominać, że to był twój pomysł, żeby wydać to głupie dziewuszysko za Rowle’a.

- Mogłabyś przynajmniej udawać, że ją kochasz. Jeszcze nikt się nie zakrztusił wypowiadając jedno dobre słowo.

- Kocham? – zaśmiała się Maria, po czym kontynuowała rozbawionym głosem. – Nie, nie kocham tej głupiej dziewczyny. Nigdy nie kochałam i wiesz o tym doskonale. Miałam ci urodzić dziecko i je urodziłam, nie mamy zapisane w kontrakcie, że jeszcze miałam do tego ją kochać. Jeśli mam być szczera, to jestem niemal pewna, że jej nienawidzę tak, jak twoich przeklętych sióstr i ich cholernej moralności. Czasem nawet nienawidzę ciebie, ale muszę z tobą żyć. I jeśli musisz wiedzieć wcale nie jest mi przykro, że wspomniałam świętą Mayę. To tylko dziecko, które zmarło wiele lat temu, więc nie rozumiem, po co ta cała szopka, sekrety. Twoje siostry to wstyd dla twojej rodziny. Dafne jeszcze jest znośna, przynajmniej próbują żyć według starego porządku, ale Astoria zawsze była odrzutkiem i dziwadłem. Słyszałeś z kim spotyka się ich syn? Rose Weasley. Córka szlamy i zdrajcy krwi. Też mi bohaterowie! I ponoć nawet Draco ją uwielbia! Nasza córka spotyka z Longbottomem, a ta przybłęda Eva ma dziecko z synem Pottera! Gdyby Maya żyła pewnie też wydałaby się za któregoś parszywego Weasleya…

- Zamilcz! – Zeus podniósł się energicznie z miejsca.

- Och, tylko mi nie mów, że ty też wciąż ubolewasz nad śmiercią tego dziecka! – zirytowała się kobieta.

-Skąd w tobie tyle nienawiści?

Maria uśmiechnęła się kpiąco.

- Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie? – zapytała powoli. – Powiedz mi, jak zareagowała Matilda Disreali, kiedy powiedziałeś jej, że żenisz się z kimś innym? Och, poczekaj, zapomniałabym, że byłeś zbyt wielkim tchórzem, by spojrzeć jej prosto w twarz i powiedzieć, że wybierasz pieniądze. Twoja moralność nie sięga wyżej, niż moja. Kochasz pieniądze bardziej, niż cokolwiek innego, zupełnie jak ja. Jesteśmy tacy sami, chcesz to przyznać, czy nie. To niczego nie zmieni. Matilda się zabiła, a ty się wzbogaciłeś – mówiła powoli podchodząc bliżej. – A teraz wzbogacimy się kosztem naszej córki, bo taka jest nasza natura. Pójdziesz do domu twojej siostry i zabierzesz ze sobą Elaine i krótko później urządzimy jej wesele.

Zeus zmrużył oczy, zmęczony.

- Najpierw muszę porozmawiać z Astorią – powiedział w końcu ruszając w kierunku wyjścia, nie uraczając małżonki jednym, krótkim spojrzeniem.

- Zawsze byłeś taki słaby – usłyszał za sobą, ale nie zareagował.

Szedł przed siebie i choć o wiele łatwiej byłoby po prostu się teleportować lub użyć sieci Fiuu, wolał odetchnąć świeżym powietrzem. Czy był szczęśliwy? Nie wiedział, czy jeszcze pamiętał, co to słowo oznacza. Nie był nieszczęśliwszy. A może to dawniej nie był nieszczęśliwy? Czy można być szczęśliwym żyjąc z kimś, kogo się nienawidzi? A wiedział doskonale, że nienawidził Marii całym swoim sercem i duszą jeżeli jeszcze takową posiadał. Nie, nie był dobrodusznym człowiekiem. Był materialistą. Ożenił się dla pieniędzy, zresztą, dla obu małżeństwo było całkiem opłacalne. Ale z czasem nienawiść narastała. Czasem patrzył na nią i myślał sobie, że gdyby nagle umarła, nie poczułby nic, oprócz wolności. I pewnie znów ożeniłby się z kimś opłacalnym i pewnie z czasem ją też zacząłby nienawidzić. Ale Maria wciąż żyła i miała się dobrze. I co gorsza dla Marii, która darzyła go tym samym uczuciem, on także miewał się nie najgorzej. I trwali tak związani paktem nienawiści, który karmili każdego dnia, dopóki było to opłacalne. Ale teraz, gdy stracili wszystkie pieniądze i nawet dom, który od wieków należał do Greengrassów został przejęty przez bank, pakt nie był już opłacalny. Prawie. Mieli przecież coś wspólnego, coś co należało do nich i z pewnością odpowiednio użyte odświeżyłoby nieco ich konta. Tą jedną rzecz, którą Zeus odsunął od siebie jak najdalej, w obawie przed miłością. Elaine.

- Zeus? – usłyszał za sobą.

Przeklął w duchu, miał nadzieje, że spacer kupi mu nieco więcej czasu, ale oczywiście, że ten jeden raz, kiedy potrzebował, by Astoria została w domu, ta musiała wyjść mu naprzeciw.

- Nie spodziewałem się ciebie tutaj.

- Właśnie się do ciebie wybierałam. Chciałam porozmawiać o Elaine – powiedziała poważnie Astoria.

- Wybacz, co powiedziała Maria – powiedział po chwili milczenia. Był znany ze swojego zimnego serca, ale przecież nie musiał udawać przed Astorią, że śmierć Mayi go nie zabolała. To on miał jej pilnować. I nie sądził, by kiedykolwiek on lub Dafne mogliby zapomnieć.

- Przyznam, to nie było łatwe – powiedziała cicho Astoria. – Ale może wszyscy tego potrzebowaliśmy. Ale to teraz musi zejść na boczny tor. Maya to przeszłość i wierz mi nie jest mi łatwo to przyznać. A teraz muszę się zająć tymi z moich dzieci, które są żywe. Zeusie, nie możesz być poważny z tym śmiesznym planem wydania Elaine za Thorfinna.

- Wszystko już ustalone, nie zmienię zdania.

- Elaine to nie Maya. Nie potrzebuje opieki byłego śmierciożercy, który wciąż tkwi w swoich przekonaniach, by być bezpieczną. Czasy się zmieniły, Harry wyłapał ich wszystkich…

- As, wybacz, ale Elaine nie jest twoją córką. A czasy nie zmieniły się tak bardzo. Nie słyszysz, co mówią w ciemnych zakamarkach, ale ja tak.

- Nie. Nie jest. Ale kocham ją, wychowałam ja i wiem, że jest tak dumna i uparta jak ty. A my nie żyjemy w szesnastym wieku, jej świat się nie skończy jeśli się jej wyrzekniesz, ale twój owszem.

- Podjąłem już decyzję.

- Dlaczego zawsze ją odpychasz?! – zdenerwowała się Astoria. – Zawsze przed nią uciekasz!

- Widzę, że ta rozmowa nie ma sensu – mruknął Zeus odwracając się na pięcie. Ta rozmowa nie szła po jego myśli, a kierunek, który zaczęła obierać Astoria wyjątkowo mu nie odpowiadał.

- Znów to robisz! – Astoria złapała go za ramię. – Uciekasz! To twoja córka i wiem, że się o nią martwisz! Możesz zaprzeczać i uciekać, ale ja to wiem!

- Nic nie wiesz! – warknął Zeus wyrywając się i w sekundzie znikając z cichym kliknięciem.

*

-Z czasem zrozumie – powiedział pocieszająco Draco klepiąc ją po ramieniu.

-Nie zrozumie – uśmiechnęła się gorzko. – Ale to nic. Tym razem naprawdę zasłużyłam.

-Byłaś związana tajemnicą terapii.

-Ale nie byłam – powiedziała Rose patrząc mu prosto w oczy. Doceniała to, jak bardzo wszyscy starali się załagodzić sytuację i ją pocieszyć, ale zaczynało ją to męczyć. Nie wspomniała nikomu o aresztowaniu Scorpiusa, ale nie sposób było ukryć kłótnię, gdy Scorpius odmówił nawet zjedzenia śniadania w jej towarzystwie. Przynajmniej Astoria postanowiła się skupić bardziej na Elaine. – Spaliliśmy deklaracje, pamiętasz? Z resztą nie rozmawiajmy o tym. Widzę, że już się czujesz lepiej?

-Tak, znacznie. Oczywiście to nie zmienia faktu, że ta przeklęta kobieta weźmie Elaine po moim trupie.

-Słyszałam o niej tyle historii, ale nigdy nie sądziłam, że były aż tak prawdziwe. Wiem, że widziałam ją zaledwie kilka minut, ale niemal było czuć lód od niej bijący…

- To bardzo smutne, ale nigdy nie przejmowała się zbytnio Elaine. Zeus… Zeus się od niej odsunął ze strachu, że kiedyś może spotka ją taki sam los, jak Mayę i nie będzie umiał sobie z tym poradzić. I jestem to w stanie zrozumieć, sam zrobiłem dokładnie to samo ze Scorpiusem. Ale Maria kocha tylko pieniądze i wpływy.

- I luksus. Nie zapominaj o luksusie – powiedziała Astoria wchodząc do biblioteki.

- Tak szybko? – zdziwił się Draco.

- Spotkałam Zeusa po drodze. Szedł przeprosić za zachowanie Marii, ale zdania co do wesela nie zmienił.

- Oczywiście – mruknął Draco. – Tylko on na tym straci. Bo Elaine nie wychodzi za mąż. Cóż, przynajmniej nie za Rowle’a – ostatnie słowo wypowiedział z pogardą.

- Lepiej już pójdę – powiedziała Rose. – Ojciec nie jest zadowolony, że niemal całą przerwę świąteczną spędziłam u was.

I cała trójka doskonale zdawała sobie sprawę, że było to jedynie kłamstwo dające drogę ucieczki przed Scorpiusem. I żadne z Malfoyów nie zamierzało jej zatrzymywać, sami najlepiej wiedzieli, że Scorpius, gdy jest zły, musi najpierw ochłonąć, by logicznie na wszystko spojrzeć.

A Rose nie miała ochoty widzieć Scorpiusa. Wiedziała, jak uparty potrafił być. I nienawidziła czasami i siebie i jego, za to, że wciąż stawiali przeszkody na swojej drodze. I nienawidziła tego, że już nie była pewna, czy to nadal była ich droga. Nienawidziła tej ciągłej niepewności między nimi. Tak naprawdę nigdy nie byli pewni czy są razem, jak bardzo są razem i gdzie są granice.

The National – I need my girl(live)

- Słyszałam, że pokłóciliście się ze Scorpiusem – usłyszała za sobą tuż przy wyjściu.

Westchnęła cicho i odwróciła się spoglądając na Elaine. I nagle ją olśniło. Elaine. Draco i Astoria, nie byli jedynymi, którzy ciężko przeżywali ten czas, a jej kłótnia ze Scorpiusem nie była niczym istotnym w porównaniu z nieco zapomnianą w całym zamieszaniu Elaine. Fakt, rozmawiała o niej z Draco i Astorią, ale nie przyszło jej do głowy, że jako jej przyjaciółka powinna przynajmniej wpaść, by zapytać, jak się trzyma.

- Jestem okropna, prawda? – stwierdziła Rose.

- Zaprzeczam tylko z grzeczności.

- Przepraszam, tyle się działo… Jak się trzymasz?

- W porządku.

- Kłamczucha – powiedziała Rose podchodząc do niej bliżej i ściskając ją. – Przepraszam, kiepska ze mnie przyjaciółka.

- Ciocia poszła zobaczyć się z ojcem prawda? – zapytała Elaine uwalniając się z uścisku.

Rose kiwnęła niepewnie głową.

- Bez powodzenia, jak mniemam? – zapytała mimochodem zupełnie, jakby pytała o pogodę za oknem.

- Nie rozmawiali zbyt długo…

- W prządku, nie spodziewałam się innego. Matka zawsze powtarzała, że zrobi na mnie dobry interes.

- Elaine… – zaczęła Rose świdrując ją wzrokiem wyraźnie zmartwiona.

- Nie przejmuj się. Jestem przyzwyczajona. Poza tym, przecież siłą mnie nie zaprowadzi do ołtarza, nie zmusi mnie, żebym powiedziała tak. No i mam obie ciotki po swojej stronie. A jeśli się mnie wyrzekną, trudno. Nie sprawi mi to większej różnicy.

- Martwię się, kiedy tak lekko wszystko przyjmujesz.

- A co innego mam zrobić? Wszyscy wiedza, że moi rodzice mnie nienawidzą i chyba już z wzajemnością, bo co innego pozostało? Gdyby dziś umarli nawet nie byłoby mi przykro. W zasadzie ten cały Rowle mógłby zdechnąć razem z nimi – odpowiedziała spokojnie.

- Co ty tutaj robisz? – usłyszały obok siebie.

- Przyszłam zobaczyć Draco i Elaine – odpowiedziała Rose. Jej serce zabiło mocno, nie chciała być teraz w zasięgu jego wzroku. – Pójdę już.

- Zachowujecie się, jak dzieci – żachnęła się Elaine. – I co do diabła stało się z twoją twarzą?

- Nic.

- Jasne – odpowiedziała zirytowana Elaine. – Muszę się przewietrzyć – powiedziała niemal wybiegając przez frontowe drzwi.

- Elaine… – Rose próbowała pójść za nią, ale Scorpius chwycił ją za ramię.

- Potrzebuje być sama – powiedział wpatrując się w drzwi.

- Ale dokąd poszła? – zapytała zmartwiona Rose spoglądając to na Scorpiusa, to na drzwi.

- Nie wiem.

- Nie wiesz?! – niemal pisnęła Rose, ale szybko się uspokoiła przypominając sobie niewielką odległość, jaka dzieliła ją i Scorpiusa oraz fakt, że wciąż trzymał jej ramię.

- Nic jej nie będzie – powiedział spokojnie, puszczając ją wolno.

- Przepraszam – powiedziała po długiej i wyjątkowo niekomfortowej chwili milczenia. – Wiem, że to niczego nie zmienia.

- Z pewnością nie zmienia to faktu, że żadne z rodziców nigdy nie raczyło mi wspomnieć, że miałem siostrę – powiedział gorzko. – Ale zdaje się, że niemal wszyscy starali się o niej zapomnieć.

Był zmęczony. Złość i natłok myśli go wykańczały, a rozmowa z ojcem Rose wcale go nie uspokoiła. Wciąż zastanawiał się, czy śmierć jednej dziewczynki mogła mieć taki wpływ, na życie tylu ludzi? Czuł, że zaskakująco już nie był zły, ale chciał być zły, i wciąż napędzał swoją złość. Potrafił wybaczyć, ale nie chciał wybaczyć rodzicom, nie chciał wybaczyć Rose i starał się być oschły i zimny. Był rozdarty. Kiedy zobaczył Rose w korytarzu, chciał, by sobie poszła, chciał być dla niej niemiły. Ale gdy tak martwiła się o Elaine nie do końca potrafił.

Nienawidził tego, że dzięki Rose zaczynał patrzeć na uczucia innych, nie tylko swoje. Dawny Scorpius nie słuchałby tłumaczeń. Dawny Scorpius trwałby zawzięcie w złości odcinając się od współczucia. Dawny Scorpius patrzyłby z pogardą na tą całą szopkę cierpienia.

Ale teraz wszystko się zmieniło. Nie chciał wybaczyć rodzicom, a jednak to robił, mimowolnie, jakby decyzja wcale nie należała do niego. Nie chciał być spokojny i uprzejmy dla Rose, ale nie mógł siebie zmusić, by powiedzieć coś, co by ją zraniło. Może gdyby był pijany, ale i nawet alkohol ostatnio był dla niego zbyt gorzki. Może dlatego, że życie z Rose wydawało mu się tak słodkie?

- Lepiej już pójdę. Wiem, że jestem ostatnią osobą, na którą masz teraz ochotę patrzeć – powiedziała smutno Rose i odwróciła się.

Nie zdążyła nacisnąć klamki, gdy Scorpius odwrócił ją do siebie i przycisnął do drzwi.

- Wiesz, czego najbardziej w tobie nienawidzę? – zapytał dysząc ciężko. Jej serce zabiło mocniej, nigdy nie potrafiła przewidzieć, co zamierzał zrobić lub powiedzieć. – Kiedyś byłem mistrzem samokontroli, ale teraz już czasem nie pamiętam, co to znaczy. Na przykład teraz, tak bardzo chcę być na ciebie wściekły, być dla ciebie podłym. Ale jakaś część mnie nie potrafi się do tego zmusić.

Przełknęła głośno ślinę, zaskoczona takim obrotem wydarzeń. Spojrzała mu w oczy i zobaczyła ją, swoją okazję, by uzyskać jego wybaczenie, by wszystko mu wynagrodzić i jakoś go udobruchać. Nachyliła się i pocałowała go namiętnie, a on zaskoczony oddał pocałunek.

- Próbujesz mnie przekupić? – wyszeptał , jego twarz znajdowała się zaledwie milimetry od jej własnej.

- Działa? – zapytała cicho.

- Jak cholera – powiedział całując ją namiętnie, przyciągając blisko siebie. Nieważne, jak bardzo jej nienawidził, lub jak bardzo nienawidził wszystkiego, co zmieniała. Uwielbienie dla niej i dla właśnie tych zmienionych rzeczy zawsze przeważały szalę. Chciał jej, nieustannie jej pragnął. I im bardziej chciał pragnąć jej mniej, tym bardziej uczucie przybierało na sile.

***

7. Miłość

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest…

The National – I should live in salt(live)

- Szukałem cię. Twoja ciocia powiedziała, że wyszłaś z domu jakiś czas temu bez słowa – usłyszała za sobą.

Nie odwróciła się. Wciąż wbijając wzrok w zamarzniętą taflę jeziora chowała przemarznięte dłonie w kieszeniach swetra.

- Wiem – odpowiedziała i poczuła na plecach coś ciepłego. – Zmarzniesz.

- Nie bardziej niż ty – odpowiedział siadając obok niej na starej drewnianej ławce.

- Ojciec przyprowadzał mnie tu każdej niedzieli, kiedy byłam mała, zanim podrzucili mnie Malfoyom. Mówiłam ci kiedyś?

- Martwię się o ciebie – powiedział ignorując jej pytanie.

- Nie wyjdę za Rowle’a – powiedziała pewnie.

- Elaine, może znam cię krótko, ale wiem, że nawet, gdyby jakiś cudem zaciągnęli cię pod ołtarz, i jakimś cudem zmusili cię, żebyś powiedziała tak, zadźgałabyś staruszka kuchennym nożem przy pierwszej sposobności.

Uśmiechnęła się mimowolnie pod nosem.

- Ale nawet do tego by nie doszło, bo porwałbym cię, zanim mogliby cię do czegokolwiek zmusić.

- Frank – zaśmiała się z politowaniem. -Ty i te twoje pomysły.

- Mówię poważnie. Porwałbym cię i byśmy sobie zamieszkali na jakiejś bezludnej wyspie. Mogłabyś wtedy chodzić w skąpych ubraniach, ja napawałbym się widokiem…

- Ze wszystkich fajnych i nawet nie w połowie tak popieprzonych, jak ja dziewczyn, porwałbyś mnie? – zaśmiała się.

- Oczywiście. Ale kiedy powiedziałem, że martwię się o ciebie, nie mówiłem o ślubie. Wiem, że spotkanie z rodzicami nie było dla ciebie łatwe, potem jeszcze ta spawa z twoją kuzynką.

- Nie było łatwo, nie zamierzam kłamać, czytasz mnie, jak otwartą książkę. To wszystko jest popieprzone. Ta cała rodzina. I jeszcze Rose i Scorpius…

- Co z Rose i Scorpiusem? – zdziwił się Frank.

- Pokłócili się wczoraj i tym razem chyba na dobre.

- Widziałem ich parę minut temu i całkiem nie wyglądali na pokłóconych. Scorpius niósł ją przerzuconą przez ramię, zgaduję, że do swojego pokoju, i oboje się śmiali. Po za tym, odnoszę dziwne wrażenie, że unikasz tematu, i by być całkowicie szczerym, mnie.

- Zastanawiałeś się kiedyś co będzie za pięć lat? Czy jeszcze będziemy razem? A może spieprzę to, tak jak moi rodzice spieprzyli mnie? – powiedziała cicho.

Frank złapał ją za dłoń i zaśmiał się cicho.

- Nie zamierzam ci obiecać, że nadal będziemy razem za pięć lat. Bo nie wiem, jak się życie potoczy. Ale mogę ci obiecać, że skończymy tak, jak to zaczęliśmy, jak przyjaciele. Nawet jeśli nie będziemy razem, wciąż jesteś moją najlepszą przyjaciółką i ja jestem twoim najlepszym przyjacielem. Mówię ci rzeczy, o których nigdy nie rozmawiałem z Albusem. I nieważne, jak się sprawy potoczą, zawsze będziesz dla mnie wyjątkowa. Jesteś pierwszą dziewczyną, w której naprawdę się zakochałem. Którą chciałem przedstawić rodzicom. I zawsze będziesz dla wyjątkowa. Nieważne, co się stanie. Chyba, że wyjdziesz za Rowle’a. Wtedy będę musiał go zabić, pójdę do Azkabanu i nie będziemy mogli się widywać.

- Jesteś szalony, wiesz?

- Wiem – wyszczerzył się do niej. – A teraz wracajmy do domu, twoja ciocia wspomniała coś o pysznym obiedzie, a wiesz jaką mam słabość do jedzenia.

- A więc chodźmy – podniosła się z miejsca, a Frank podążył za nią. Żadne z nich nie wypowiedziało już choćby jednego słowa, ale tak było dobrze. Nie potrzebowali słów. Frank miał rację, przede wszystkim byli najlepszymi przyjaciółmi i nikt nie mógł tego zmienić.

Kiedy dotarli do domu wszyscy siedzieli już przy stole. Astoria i Draco, wyraźnie czując się lepiej i nawet uśmiechając się lekko do siebie. Dafne z mężem i dziećmi, już wyraźniej spokojna, śmiejąc się z synami. Rose i Scorpius trzymający się za dłonie na stole. Nawet Narcyza, która od kilku dni pozostawała w swoim pokoju z powodu złego samopoczucia wyglądała znacznie lepiej i przyglądała się im wszystkim z uśmiechem.

- Tu jesteście – powiedziała ciepło Astoria. – Już się martwiliśmy, że będziemy musieli zacząć bez was.

- Wiesz, że ten głodomór – wskazała palcem na Franka – nie przegapi obiadu za nic w świecie.

Frank zaśmiał się tylko nieskrępowany i oboje usiedli przy stole. I wszystko zdawało się tak dobre, tak spokojne, tak poukładane. Wszystko wracało do normy.

- Ekhem – usłyszeli przy wejściu.

- Chyba mam deja vu – mruknęła Dafne obdarzając Marię i Zeusa lodowatym spojrzeniem.

- Zeus – zaczął Draco podnosząc się z miejsca.

- Przyszliśmy, by coś ogłosić – powiedziała Maria uśmiechając się złowieszczo.

- Mario, nie jesteś już mile widziana w tym domu i byłbym wdzięczny gdybyś opuściła go w trybie natychmiastowym – powiedział poważnie Draco.

- Tak zrobię, nie sprawia mi przyjemności przebywanie w tym miejscu, ale Zeus najpierw chciałby coś ogłosić. Kochanie?

- My… Ja… Chciałbym ogłosić, że… – spojrzał na Elaine iwestchnął cicho. – Ślubu z Rowlem nie będzie.

- CO?! – wrzasnęła Maria.

Przez salon przebiegł szmer zaskoczenia.

- Och, Zeusie – Astoria podniosła się z miejsca i podbiegła do brata ściskając go mocno.

- Co ty wyprawiasz?! – wydarła się Maria.

- Mój szwagier poprosił cię, abyś grzecznie opuściła ten dom – powiedział poważnie Zeus.

- Zapłacisz za to wiesz, o tym doskonale!

- Niech tak będzie.

Maria spojrzała na niego nienawistnie, dysząc ciężko ze złości i niemal wybiegła z domu trzaskając drzwiami.

- Elaine – powiedział Zeus podchodząc do córki. Ta jednak nie ruszyła się z miejsca, nie spojrzała na niego, wciąż w szoku, że po raz pierwszy postawił się matce. – Wiem, że nie masz ochoty na mnie patrzeć i rozumiem to. Nie zajmę ci dużo czasu. Chciałem tylko powiedzieć, że cię przepraszam. Nie sądziłem, że brak naszej obecności tak cię zrani. Zrozumiałem także, że zasługujesz, by być z kimś, kto naprawdę o ciebie zadba. Nie chciałem podsłuchiwać, ale usłyszałem twoją rozmowę z panem Longbottomem nad jeziorem i jestem pewien, że uczyni cię bardzo szczęśliwą.

Elaine nie odpowiedziała, czując na sobie wzrok wszystkich zebranych. Widziała kątem oka, że jej ojciec odchodzi, ale nie potrafiła się zebrać, by coś powiedzieć lub zrobić.

- Idź do niego – usłyszała ciepły szept Franka tuż przy swoim uchu. I może tego potrzebowała, gdyż podniosła się i podbiegła do ojca.

- Ojcze – powiedziała, a Zeus odwrócił się spojrzał na nią tak, jak patrzył na nią, gdy była zaledwie małą dziewczynką i zadawała naiwne pytania. – Dziękuję – wyszeptała.

- Chciałbym się z tobą spotkać, zanim wrócę do Paryża, jeśli nie masz nic przeciwko, oczywiście. Pan Longbottom oczywiście również byłby mile widziany.

Kiwneła niepewnie głową.

- Możesz zostać na obiad – powiedziała Astoria.

-Dziękuję, ale muszę opanować pewną bestię – Zeus uśmiechnął się lekko i odwrócił się i w kilka sekund zniknął w korytarzu.

- Mówiłem ci, że twoi rodzice nie będą w stanie mi się oprzeć – poczuła ciepłe ramię Franka na swoich.

Wszyscy zaśmiali się na jego komentarz. I wszystko znów było dobre i szczęśliwe w tym domu. I może teraz miało być już tylko lepiej?

************************************

Kochane!!!

Przepraszam za wszystkie błędy, publikuję notkę z lotniska, właśnie jadę na zasłużony urlop.[Edit: poprawiłam już wszystkie błędy] Po prostu bardzo chciałam dać wam rozdział, zanim zniknę na dwa tygodnie!

xoxo

Hippie

18 Komentarze

    • Tak! Tak, żyję, jeszcze i proszę kochane o wybaczenie, rozdział pojawi się na dniach, jeśli nawet nie dzisiaj!

      Przepraszam ale miałam normalnie taki natłok pracy(tyle z obiecanek szefa, że da mi trochę luzu), natrętna rodzina no i masz już popisane!

      Jeszcze raz przepraszam i jak już wspomniałam, rozdział już za bardzo niedługo, może nawet dziś jeśli sie wyrobię!

      xoxo
      Hippie

      • Spokojnie :) Tylko się bałam, że coś Ci się mogło stać, na rozdział i tak każdy zaczeka- bo wie, że warto ^.^

        Zabieram się do czytania 63- który już dodałaś (!), a Ty sobie spokojnie tam wszystko poukładaj :)

  1. Rozdział jak zwykle cudowny.

    Scorpius jest dokładnym odzwierciedleniem mnie. Też bym była zdenerwowana i najprawdopodobniej postąpiłabym jak on. Chciałabym się tak zakochać ;)

    • Dziekuję:)

      A kto by nie chciał? Ale pamietajmy, że to tylko fikcyjna postać, nikt nie jest idealny, a prawdziwa miłość może czekać tuż za rogiem, więc miej oczy otwarte, Nie musisz jej desperacko szukać, ale szukaj, „i patrzaj sercem” :) a ja będę trzymać kciuki:* I życzę ci z całego serca żebys się tak zakochała!

      całusy,
      Hippie

  2. Dziękuję za urodzinową dedykację :D
    Mówiłam już że uwielbiam kukiełki ? Pewnie nie raz. Rozdział, dzięki lekkiemu piórowi, przeczytałam tak szybko że nawet nie zauważyłam kiedy.

    „-Próbujesz mnie przekupić? – wyszeptał , jego twarz znajdowała się zaledwie milimetry od jej własnej.

    -Działa? – zapytała cicho.

    -Jak cholera ”

    Kocham ten moment. Właściwie to podobnie jak każdy w fanficu ale ten mnie tak urzekł, że nie wiem <3

    Pozdrawiam,
    Cammie

    • Proszę bardzo, z największą przyejemnością dedykowałam ci rozdział:)

      Ja tez lubię ten moment. Podobał mi się najbardziej z całego rozdziału i powiem(choć zapewne pomyślisz, że skromność nie jest moją mocną stroną), że patrzyłam na ten fragment i myślałam „jestem legendą” :P haha, żart oczywiście, ale naprawdę lubie ten fragment. Mój chłop osiąga szczyt romantyczności, gdy odda mi 3/4 kołdry kiedy śpi, więc chociaż tak sobie nadrobię :P

      xoxo
      Hippie

  3. Ach jak ja uwielbiam Franka! Jeden z lpszych bohaterów!
    No, ale o to właśnie chodzi! Wszyscy są happy to ja też!
    Koniec kropka!
    Pozdrawiam
    Śliczna

  4. Rose i Scorpius- po prostu ich KOCHAM!!!

    Czekam z niecierpliwością na więcej,…

    … a i przejrzyj może ten tekst jeszcze raz, czasem wkradły Ci się drobne literówki, ale ogólnie to super!!!

    • Cieszę się i więcej juz niedługo! A tekst już przeglądam, tak naprawde zrobiłam bardzo szybką korekte i próbowałam sobie wmówic, że jest dobrze. czasami tak mam :P

      pozdrawiam,
      Hippie

  5. Kochana Hippie, zdaje się, ze Frank miał coś Elaine obiecać, a nie „obiec” ;p

    A rozdział jak zwykle wspaniały. Już dostawałam palpitacji serca, gdy zaczęło się psuć między Scorpiusem i Rose, no bo kurczę tak ich uwielbiam, że głowa mała! Na szczęście się pogodzili, uff.

    Uściski!

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.