51. Broken Strings

Michael Kiwanuka – Worry walk beside me

 

Deszcz bębnił smutno o szybę. Cały świat zdawał się szary, smutny i opuszczony. Ludzie uciekali do domów i Dolina Godryka, choć zawsze tętniąca życiem, zdawała się opustoszała.

Siedziała na parapecie wpatrując się w samotne ulice. W obręcze, które tworzył deszcz w wielkich kałużach. W drzewa, które uginały się pod silnym podmuchem wiatru. Deszcz, w pewnym sensie, uspokajał ją nieco. Dawał wymówkę, by zamknąć się w swoim pokoju i nie wychodzić. Nie miała ochoty na zakupy i wygłupy z Mią, lub Evą. Nawet Elaine. Nie chciała słuchać tych wszystkich krępujących pytań, dlaczego wyszła z balu tak szybko. I, co najważniejsze, dlaczego Scorpius wyszedł zaraz za nią. Lily zdążyła już jej zdać relację z reszty wieczoru.

Scorpius. Przez chwilę poczuła się szczęśliwa, chciana, może nawet kochana? Ale to wszystko było jedynie snem, złudzeniem. Nie chciał jej, nigdy, nawet przez chwilę. Bawił się jej uczuciami, mamił pocałunkami. A potem wyprosił ze swojego życia, jak każdą jednorazową dziewczynę. Może tyle dla niego znaczyła? Może faktycznie była grą inną niż zwykle. Tylko czemu jej nie dokończył? Czemu nie przespał się z nią, by mieć zwycięstwo po swojej stronie? Choć może samo jej upokorzenie było dla niego wystarczającą nagrodą.

- Rose, zamierzasz kiedykolwiek wyjść na zewnątrz? Minęły cztery dni – zaczęła zmartwiona Hermiona stojąc w drzwiach jej pokoju.

- Pada – mruknęła wpatrując się w okno.

- Nie zamierzasz mi powiedzieć, co się stało?

Rose prychnęła cicho.

- James i Natalie są tutaj. Idą do Evy, może do nich dołączysz?

- Na pewno zdajesz sobie sprawę, że Scorpius tam zapewne jest.

- Rose, cokolwiek się między wami wydarzyło… Jeśli się pokłóciliście… Nie możesz go unikać do końca życia…

- Wyzwanie przyjęte – powiedziała sarkastycznie.

- Rose…

- Mamo, chcę być sama – przerwała jej Rose.

Westchnęła cicho i zamknęła drzwi. Ruszyła schodami w dół czując na sobie wyczekujące spojrzenia, gdy tylko zbliżyła się do ich końca.

- Nie idzie – powiedziała zmartwiona.

- Wiedziałem, że ten chłopak Malfoyów to same kłopoty… – mruknął Ron.

-Nie, nie wiedziałeś. Żadne z nas nie wiedziało i nadal nie wiemy, bo nie wiemy, co się stało. Chyba nie zapominasz, jak pomógł Rose po wypadku. Prawdopodobnie jedyny powód, dla którego zaczęła z nami rozmawiać.

- Może ja spróbuję? – zapytał James.

- Nawet Mia nie zdołała jej wyciągnąć z pokoju.

- Cóż, zostało tylko jedno wyjście – powiedziała spokojnie Natalie. – Nie znam Rose zbyt dobrze, ale jest jedna osoba, której nikt nie odmówi.

- Kto? – zapytał zdziwiony James.

Natalie uśmiechnęła się łobuzersko.

 

- Eva! Co tutaj do diabła robisz? Szłaś tu w taka pogodę? – zdenerwowana Rose zeskoczyła z parapetu.

- Cóż, ty nie chcesz przyjść do mnie… – odpowiedziała brunetka. Była blada i wyraźnie zmęczona. Ale Rose doskonale wiedziała, że Eva nigdy w życiu nie przyznałaby, że czuje się źle.

- Eva, wiem, że miałam ci pomóc z przeprowadzką…

- Ale nie chcesz widzieć Scorpiusa? – dokończyła za nią.

- Zapewne już ci zdał relację.

- Właściwie, nie widziałam go od balu. Nie chce mnie odwiedzić w obawie, że przypadkiem na ciebie wpadnie, tyle zrozumiałam z tego, co powiedziała ciocia. Więc liczyłam po cichu, że ty mi powiesz, co się stało?

- To skomplikowane – powiedziała Rose odwracając wzrok.

- Serio? Nastolatka w ciąży z facetem, który nie chce mieć z nią nic wspólnego, opiekująca się ojcem, którego sama ledwie pamięta, a który nie pamięta nawet, jak używać sztućców, mieszkająca z trzema niespokrewnionymi kolesiami. Dodatkowo ojciec mojego dziecka spotyka się z moją kuzynką, z którą nie miałam kontaktu, bo jej matka wolała, żebym została w sierocińcu. A wszystko przez to, że pokłóciła się z moją nieżyjącą matką dwadzieścia lat temu. Serio chcesz się targować, co jest bardziej skomplikowane?

Rose westchnęła cicho.

- Ja… Nie chcę o tym rozmawiać, Eva. Przepraszam.

- Nie przepraszaj. Po prostu przyjdź do mnie czasem. Wiesz, potrzebuję cię teraz, Rose. Was obojga. I myślę, że ze wszystkich kochanych przyjaciół, którzy mi pomagają, ty jedna rozumiesz, jak bardzo się boję. Wiesz, lekarze się martwią, że nie utrzymam dziecka. Nie chciałam nic mówić, bo nie chciałam nikogo martwić. Nie chciałam go, ale to nie znaczy, że go nie kocham. I ty jedna, Rose. Ty jedna wiesz, jak się teraz czuję… Nie zostawiaj mnie, nie przez Scorpiusa…

- Och, Eva – Rose podeszła do brunetki i uścisnęła ją mocno. – Przepraszam, już nie będę.

 

***

Angus & Julia Stone – All of me

 

Przy stole panowała grobowa cisza. Blade światło poranka wlewało sie do jadalni przez lekkie, białe zasłony poruszane przez bryzę wpadającą do pomieszczenia przez uchylone okna.

Oprócz uderzających o talerze sztućców i bębniących lekko o szyby kropli deszczu w pomieszczeniu nie było innych dźwięków. Panowała niezręczna cisza, która ostatnimi miesiącami tak rzadko tu zaglądała. A w ciągu ostatnich paru dni zagościła się na dobre. Astoria i Draco wymieniali porozumiewawcze spojrzenia.

- Więc, synu, wcześnie wyszedłeś z przyjęcia… – zaczął Draco.

- Nie jestem głodny – przerwał mu Scorpius podnosząc się. Wyszedł z pomieszczenia szybkim krokiem.

- To się musi skończyć! Minęły już cztery dni – oburzyła się Narcyza.

- Całkowicie się zgadzam – dodała Astoria. – Draco, porozmawiaj z nim.

- Ja? Skarbie, on nie chce z nami rozmawiać. Może Elaine….?

- Wujku, z całym szacunkiem, jakbyś nie zauważył, mnie też unika i mam zakaz wstępu do jego pokoju. Nie chce z nami rozmawiać, nic mu nie zrobisz.

- I nie tylko z nami – zauważyła Astoria. – Omija Evę szerokim łukiem, a o Marku nie chce nawet słyszeć.

- Doprawdy, to zaczyna się robić śmieszne! – żachnęła się Narcyza.

- Niestety, muszę ci przyznać rację, Narcyzo.

- A co z dziewczyną Weasleyów? – zapytała starsza kobieta.

- To samo, co u Scorpiusa – mruknął Draco. – Ale nie chce ze mną rozmawiać.

- Eva mogłaby pomóc… – zaczęła Narcyza.

- Wykluczone! – oburzyła się Astoria. – Eva ma teraz większe problemy, niż kłótnia Rose i Scorpiusa.

- Myślę, że sama Eva nie miałaby nic przeciwko – kontynuowała Narcyza.

- Scorpius jest dorosły. Rose też. Nie potrzebują swatki.

- Ja myślę – powiedział Draco podnosząc się, – że najlepiej, żeby sami to rozwiązali. Wszyscy wiemy, jak skończył się udział osób trzecich ostatnim razem – spojrzał wymownie na Elaine. – Muszę iść do pracy. A wy – wskazał na Nacyzę i Elaine – zamiast spiskować pomóżcie Evie się rozpakowywać.

Draco ruszył w stronę wyjścia. Astoria podniosła się z miejsca.

- Narcyzo, Elaine – powiedziała, po czym ruszyła za Draco.

Przytuliła go, gdy stanęli przy wyjściu.

- Postaraj się zapanować nad żądzą swatania mojej matki – powiedział Draco uśmiechając się łobuzersko.

- Kochanie, nie zapominaj, że rozmawiamy o Narcyzie.

- Wiesz, po dwudziestu latach małżeństwa, chyba możesz zacząć nazywać ją matką.

- Draco, bardzo cię kocham, ale piekło prędzej zamarznie, niż przejdzie mi to przez gardło – powiedziała uśmiechając się łobuzersko, po czym pocałowała go krótko. – Miłego dnia.

- Wiesz, kiedy dwadzieścia lat temu zarzekałaś się, że w życiu nie nazwiesz jej matką, nie myślałem, że wytrzymasz tak długo – powiedział uśmiechając się pod nosem.

- Nie tylko ona potrafi być uparta – zaśmiała się Astoria, po czym ruszyła w głąb domu.

 

***

 

- Eva, kochanie – Astoria podeszła do brunetki ściskając ją mocno. Zamarła na chwilę spoglądając w stronę kuchni. – Rose…

- Musiałam tu ściągnąć przynajmniej jedno – wyszczerzyła się Eva.

Narcyza i Elaine również przywitały się z brunetką. Nie trzeba było pokazywać im drogi do salonu. Przychodziły niemal codziennie pomagając Evie i chłopcom rozpakowywać i zdobywać najpotrzebniejsze rzeczy.

Dom Evy, jej rodzinny dom, nie należał do małych. Duży przedpokój pomalowany na niebiesko prowadził  do dużej, drewnianej kuchni. Przez łuk zastępujący drzwi, łatwo było dostrzec biały kolor ścian. A na jej środku znajdowała sie wyspa z kilkoma wysokimi taboretami. Po prawej stronie znajdowała się jadalnia. Jego największą ozdobą był duży, stary, okrągły stół otoczony dziesięcioma krzesłami. Ściany oblepione były kwiatową tapetą, a na niej powieszone były rodzinne zdjęcia, wyróżnienia i dyplomy. Po przeciwnej stronie znajdował się salon z wielkim marmurowym kominkiem. Ściany, soczyście zielone, tak bardzo przypominały ślizgońskie dormitoria. Tuż obok wejścia do salonu znajdowały się schody wiodące na piętro.

Narcyza uśmiechnęła się z satysfakcją, rzucając Elaine porozumiewawcze spojrzenie.

- Coś nie tak? – zapytała Eva przyglądając im się uważnie.

- Willy! – zawołała Astoria, gdy mężczyzna w średnim wieku o kruczoczarnych włosach stanął w drzwiach salonu wraz z Franco. Podeszła do niego i uściskała go. – Wyglądasz już o wiele lepiej.

- Eva… – mruknął.

Willy, choć nareszcie w domu, trudno było powiedzieć, że znajdował się w dobrej formie. Wypadek i lata bez odpowiedniej rehabilitacji zamieniły go niemal w małe dziecko. Potrzebował pomocy w najdrobniejszych czynnościach, jak ubieranie się, kąpiel, jedzenie. I wciąż jedynym słowem, jakie od niego słyszano było Eva.

Ale sama dziewczyna nie poddawała się. Wciąż udając, że to wszystko jest normalne, zajmowała się nim, jakby tak miało być. I kiedy wymawiał jej imię, nie myślała już o poświęceniu na jakie się pisała, deklarując zajmowanie się i dzieckiem i ojcem. Cieszyła się, że żył i już nie była na świecie sama jedna.

- Jestem tu, tatku – powiedziała Eva podchodząc do mężczyzny. – Chodź, pora coś zjeść.

Wzięła go pod rękę i wolnym krokiem ruszyła w stronę jadalni.

- Rose, przyniesiesz mi owsiankę? – zawołała.

- Jasne – odpowiedziała Rose.

Wszyscy usadowili się w jadalni na wygodnych krzesłach rozmawiając o mało znaczących detalach, plotkach i nowinkach.

Rose weszła do jadalni i zatrzymała się na chwilę widząc Astorię. Jej serce zabiło mocniej. Słyszała z kuchni, że mieli kolejnych gości, ale tyle osób przewinęło się przez dom odkąd Rose przyszła, że przestała zwracać uwagę, kto przychodził. Narcyza nie sprawiała już takiego wrażenia, może dlatego, że Rose jej nie znała. Widziała ją parę razy, ale nigdy nie miała okazji zamienić z nią choćby słowa. Astoria natomiast była tak ciepłą i wyrozumiałą osobą, że Rose czuła się wręcz winna swojej złości na Scorpiusa. Ale jednocześnie zdawała sobie sprawę, że Astoria jej nie osądza. Nigdy w jej oczach nie dało się dostrzec choć cienia pogardy lub osądu i to najbardziej w niej kochano. A teraz stały w jednym pomieszczeniu, wiedząc, że coś się wydarzyło miedzy Weasleyówną, a jej synem, i Rose już nie wiedziała, jak spojrzeć w jej wielkie brązowe oczy.

- Proszę – powiedziała kładąc miskę tuż obok Evy i jej ojca, po czym pospiesznie ruszyła w stronę kuchni.

- Rose, wiesz może gdzie są te małe ręczniczki? Podobno dziś muszą być wypakowane. Eva mówi, że wiesz – zapytał Loen wchodząc do kuchni.

- Są w którymś z pudeł na górze. Przyniosę – odpowiedziała ruszając przed siebie.

 

 

- Cóż, jest całkiem ładna, trzeba przyznać – powiedziała Narcyza, gdy Rose opuściła jadalnię.

- Narcyza, to nie jest miejsce i czas – podkreśliła Astoria obserwując Evę karmiącą ojca.

- Cóż, ja myślę, że jest – powiedziała Eva.

- Skarbie, wiem, że masz złote serce i kochasz Scorpiusa, jak brata, ale masz teraz większe zmartwienia, niż problemy sercowe mojego syna.

- Ach, ale ciociu, no ja nie mogę na nich patrzeć…

- Wiem, skarbie, ale pewne rzeczy muszą dogadać sami. Po za tym, Narcyzo, czy to nie ty mówiłaś, że Scorpius nie powinien sobie zaprzątać głowy dziewuchą Weasleyów?

- Mówiłaś, nie-mówiłaś. Nawet ja czasem się mylę.

- Muszę to sobie zapisać w kalendarzu – mruknęła cicho Astoria, tak, że jedynie Elaine była w stanie ją usłyszeć. Obie uśmiechnęły się pod nosem.

Puk!Puk!

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Franco, otworzysz? – zawołała Eva.

- Jasne – usłyszała w odpowiedzi.

Szedł powoli, z całą pewnością byli to jedynie kolejni goście Evy. Najpewniej Potterowie. Przynajmniej jedno z nich każdego dnia przychodziło, by nieco pomóc Evie. Najczęściej kilkakrotnie w ciągu dnia, wciąż przynosząc wielkie ilości słodyczy i owoców dla Evy. Franco śmiał się nieraz w duchu, że ten dom przypominał czasem dom otwarty. Goście przebywali w nim od rana do wieczora.

- Scorpius? – wydukał zaskoczony.

- Mogę wejść? – zapytał blondyn.

- Jasne – odpowiedział Franco usuwając się z drogi.

- Leon, znalazłam te ręcz…niki – zawołała Rose zbiegając po schodach z pudłem w ramionach, zatrzymała się na ich końcu wpatrując się w Scorpiusa. To nie było możliwe, nie mógł tam być. Nie odwiedzał Evy w obawie, że spotka Rose, więc co tu robił? Jego wyraz twarzy mówił tak wyraźnie, że on także jej się tu nie spodziewał. Jej serce biło w jej piersi, jak szalone. Cała złość, cały żal, który w niej siedział, widać było teraz wyraźnie na jej twarzy. Była oburzona, rozgoryczona, wściekła. Miała ochotę zacząć okładać go pięściami, ale nie chciała go dotykać. Czuła się tak wściekła, że ta złość mogłaby wylewać się jej uszami i ustami, nosem i oczami. Czuła, że za chwilę z tej złości zacznie się trząść, rzucać przedmiotami, chciała go rozszarpać na miliony małych kawałeczków. I wcale nie była zdziwiona, że choć oboje unikali Evy, by się nie spotkać, w momencie, kiedy jedno zdecydowało się ją odwiedzić, drugie także wymiękło. Czyż nie jest tak, że absolutnie zawsze tak się zdarza? Wszystkie osoby, których nie chcielibyśmy zobaczyć, pojawiają się w najmniej odpowiednich do tego miejscach, najmniej spodziewanych.

Nie myślała długo, gdy wcisnęła trzymane w dłoniach pudło w ramiona Franco, który wciąż stał pomiędzy nimi, jakby w obawie, że rzucą się sobie do gardeł. Jednym zwinnym ruchem zebrała swoją kurtkę i ruszyła w stronę wyjścia.

- Rose… – zaczął Scorpius.

Chciał coś powiedzieć, przeprosić może? Gdy widział ją tak wściekłą i zranioną, tak bardzo rozżaloną, że nie zdziwiłby się, gdyby zaczęła w niego rzucać zaklęciami niewybaczalnymi, i najpewniej, nawet nie próbowałby jej zatrzymać, wiedział, że najprawdopodobniej sobie zasłużył.

- Nie fatyguj się, już chyba wszystko zostało powiedziane – syknęła niemal wybiegając na zewnątrz.

Patrzył w otwarte drzwi, gdzie zniknęła kilka sekund temu. Wiatr wdzierający się do środka uderzał w jego twarz, niczym niewidzialne rózgi, ale nie miało to większego znaczenia.

Wszyscy inni patrzyli na niego. Czuł wyraźnie, że obserwowali każdy, najdrobniejszy ruch jego ciała, każde mrugnięcie.

- Wiesz, zapomniałam o jednym! – zawołała Rose wracając do przedpokoju. Spojrzał na nią zaskoczony. Może nawet z nadzieją? Nadzieją, że zrozumie, że wybaczy. Ale wiedział doskonale, że to nie było możliwe, nie po tym, jak ją potraktował, upokorzył.

Zamachnęła się i uderzyła go w twarz z głośnym mlaskiem. Odwróciła się na pięcie i zniknęła.

- Co?! – warknął po chwili, czując na sobie wzrok wszystkich zebranych.

- Scorpius – zaczęła Astoria, ale blondyn już szedł w kierunku wyjścia zamykając za sobą drzwi z głośnym trzaskiem.

- To by było na tyle, jeżeli chodzi o happy end… – mruknęła Elaine.

- Naprawdę nie sądziłem, że mógłby ją bardziej wkurzyć, niż wtedy, kiedy oskarżył ją o romans z jego ojcem… Ale chyba nie doceniłem jego wyobraźni – mruknął w odpowiedzi Franco.

 

 

***

Nelly Furtado & Jim Morrison – Broken Strings

 

Hotel Vermount był jednym z najbardziej luksusowych w Hogsmeade. W zasadzie był jedynym, który mógł sobie przypiąć łatkę luksusowego. Może dlatego był ulubionym miejscem spotkań Ślizgonów i ludzi bogatych. Czerwone ściany, białe meble. Kwiaty w wysokich wazonach i bardzo dyskretna obsługa. Rzadko zadawali pytania, szczególnie te odnośnie wieku. Niektórzy zwykli mawiać, że co dzieje się w Vermount, zostaje w Vermount, a sekrety, które obsługa widziała i słyszała mogłyby pogrążyć więcej niż połowę ministerstwa.

I jak co roku, równy tydzień po zakończeniu szkoły Ślizgoni, ci obecni i ci, którzy skończyli już edukację, urządzali przyjęcie. I choć zdecydowana wiekszość osób była wychowankami domu węża nie brakowało byłych i obecnych Puchonów, Krukonów, czy choćby Gryfonów. Każdy, kto był zaproszony, choćby słownie, był mile widziany. Zatargi i różnice między domami tonęły w Ognistej Whiskey.

Przyjęcie trwało w najlepsze i nie trzeba długo zgadywać, co się działo w hotelowym pubie. Dziewczyny w skąpych sukienkach tańczyły w grupach, to z chłopcami, a czasem nawet na stołach wypełnionych pustymi szklankami, kuflami i butelkami. W powietrzu unosił się zapach alkoholu, potu i dymu papierosowego. Niektóre pary ukrywały się gdzieś w kątach obściskując się namiętnie lub znikając gdzieś na parę minut, inni przypatrywali się im z wygodnych loży, i do tych ostatnich należał Scorpius Malfoy.  Zazwyczaj był tym, który znikał gdzieś co chwilę z jakąś naiwną, atrakcyjną, młodą dziewczyną. Ale nie tym razem. Tym razem obserwował wszystkich z loży. Był już pijany, ale nie miał ochoty na tańce. Ani nawet na atrakcyjną brunetkę wtulającą się w jego tors.

Czuł się winny. Odrzucenie Rose nie sprawiło, że poczuł się lepiej, tak jak nie poczuł się lepiej po zapewnieniu Marka, że tak jest lepiej. Nie poczuł się, jak bohater, który uratował niewiastę przed szponami potwora. Nie poczuł, jakby robił jej przysługę. I wbrew temu, co mówił Mark, czuł, że nie mógłby jej bardziej zranić, niż odrzucić ją w taki sposób. Ta jedna łza, którą uroniła, gdy ubierała się w pośpiechu. Ten wyrzut w jej spojrzeniu, gdy natknęła się na niego w domu Evy. Cierpiała. Znał ją tak dobrze i wiedział, że tak cholernie cierpiała! A on siedział tu, w tej loży i zamiast bawić się z innymi coraz poważniej myślał o powrocie do domu i propozycji ojca. Może powinien wyjechać? Odetchnąć od tego wszystkiego, zostawić Rose na jakiś czas, pozwolić jej ochłonąć?

- Scorpius, serio?

- Co?

- Nic i o to chodzi! Nudzę się. Kiedyś byłeś bardziej zabawny – powiedziała obrażona. – Kiedyś byś po prostu, no wiesz, przeleciał mnie i oboje bylibyśmy zadowoleni. Słyszałam, że masz ostatnio sercowe problemy… Uczucia to taka zabawna gra, czyż nie?

- Oboje wiemy, że uczucia nie są moją mocną stroną – uciął.

Lousie Laurent i Scorpius znali się bardzo długo, głównie za sprawą ich rodziców. Czasem łączył ich przygodny seks, mieli podobne podejście do życia. Nie lubi narzuconych im zasad i partnerów. Ale o tyle o ile rodzice Scorpiusa nie zamierzali wybierać mu małżonki, rodzice Louise już dawno wybrali dla niej właściwego kandydata, którym był – ach jaki los przewrotny i mściwy – nikt inny, a Matthew Nott.

- Racja. Więc może wreszcie zajmiesz się tym – wskazała ręką na siebie. – Albo poszukam sobie zabawniejszego towarzystwa. Nott wygląda na znudzone…

Nie dokończyła, gdy przyciągnął ją do siebie.

- Chcesz zabawy? To ją dostaniesz – mruknął, po czym pocałował ją namiętnie.

Nott. Sam wydźwięk jego nazwiska wprowadzał Scorpiusa w furię. Jedno słowo potrafiło wyprowadzić go z równowagi, sprowokować, by zrobił niemal wszystko. Jedno słowo, które potrafiło odebrać mu resztki zdrowych zmysłów, resztki zdrowego rozsądku. Może dlatego, że w jakiejś części, podświadomie winił Notta za wszystko, co się stało. Choć przecież nie miał udziału w tym ostatnim wydarzeniu, a jednak pragnął go nienawidzić, chciał, by był nieszczęśliwy. Chciał mu zrobić na złość.

Nie minęło dużo czasu, gdy pociągnęła go za ramię w stronę zaplecza. Była córką właścicieli, mogła wchodzić, gdzie jej się podobało, a tam nikt nie mógł im przeszkodzić.

 

 

- Nie spodziewałem się tutaj ciebie – powiedział opierając się o blat baru.

- Ja sama się tu nie spodziewałam – odpowiedziała krótko.

- Wiesz, tak nagle zniknęłaś z balu. Czekałem na ciebie.

- Coś mi wypadło.

- Scorpius, na przykład?

- Nie obchodzi mnie Scorpius – odpowiedziała chłodno.

- To dobrze. Własnie gzi się z Louise Laurent. O, czekaj, wracają – wskazał na tylne wyjście.

Jej serce zabiło mocniej. Poczuła nagła fale złości zawiści, wszystkie niewypowiedziane żale. Ale nie tym razem, nie będzie płakać. Nie złamie się. Teraz wiedziała na pewno. Nigdy go nie obchodziła. Jak naiwna była sądząc, że chciał jej pomóc? Ale widząc go idącego za rękę z atrakcyjną brunetką… Zabolało. Nie chciała na niego patrzeć.

- Może ty tez chciałabyś gdzieś pójść?

- Chyba mam deja vu. Nie skorzystam, ale dziękuję.

- Szkoda… Mogłoby być całkiem… przyjemnie.

- Rose.

- Zach. Już się martwiłam, że zginąłeś z tymi drinkami – powiedziała Rose patrząc Nottowi prosto w oczy.

Czuła satysfakcję. W pewnym sensie, choć zupełnie bezpodstawnie, winiła Notta za ten nieszczęsny bal i to, co wydarzyło się między nią i Scorpiusem. Takie oskarżenie nie miało najmniejszego sensu, ale tak przyjemnie jest obwinić kogoś za nasze własne błędy!

Nie miała zamiaru pojawiać się na ślizgońskiej imprezie. Ale wtedy, ni z gruszki, ni z pietruszki, odwiedził ją Zabini(była zaskoczona, że ktokolwiek miał tyle odwagi, by pojawić się u niej w domu, krążyły legendy o zaborczości Rona Weasleya wobec córki). I choć ślizgon nie był zbyt mądry i nie miał za wiele ciekawego do powiedzenia, zaimponował jej. Nie, nie podobał jej się. Ale był szansą. Szansą, by udowodnić coś Scorpiusowi, bez udziału Notta, którego widoku tak bardzo nie mogła znieść.

- Przyszłaś z Zabinim? Ze wszystkich możliwych porządnych wyborów, przyszłaś z Zabinim?

- Problem, Nott? – zapytał Zach.

- Ależ skąd – powiedział brunet odsuwając się od nich.

- W porządku? – zapytał Zabini.

- Jasne.

 

Damien Rice – Cannonball

 

- Widzisz, od razu lepiej – uśmiechnęła się brunetka, gdy wrócili na swoje miejsce. – Naprawdę zaczęłam się o ciebie martwić. Naczelny podrywacz Hogwartu stracił apetyt. To dopiero byłaby szkoda…

- Ta… – mruknął w odpowiedzi. Louise zawsze wiedziała, jak nim manipulować. Co powiedzieć, by go sprowokować. I nawet teraz nie wiedział, czemu poszedł z nią na zaplecze. By zrobić nazłość Nottowi? Przecież to nie miało znaczenia, Nott nie dbał o Louise. Nawet gdyby wiedział, że Malfoy ją odrzucił, nie zadowoliłby się ochłapami rzuconymi przez Scorpiusa.

Wziął do ręki butelkę Ognistej i wypił kilka łyków.

- Ekhem, Scorpius – zaczęła Elaine. Przyglądała mu się uważnie cały wieczór. I widziała, że nie był szczęśliwy, nie był sobą. Ona sama nie czuła się tu komfortowo, ale obecność Franka działał kojąco na wszystkie troski. Ale nawet mino to, gdyby nie fakt, że było to ich tradycją, nie postawiła by nogi w hotelu Vermount. Zbyt wiele przykrych wspomnień wiązało się z tym miejscem.

I na dodatek Scorpius zachowujący się, jakby wcale ich tam nie było. Ach, jak dobrze znała jego mechanizmy obronne. Nie chciał z nimi rozmawiać w obawie, że ktoś poruszy temat Rose. Że ktoś śmie wypowiedzieć jej imię. Nie chciał go słyszeć. Czuł się wystarczająco źle po tym, jak wyprosił ją ze swojego pokoju, jak ją odrzucił. W głębi serca doskonale wiedział, że nigdy nikogo bardziej nie pragnął, nie w ten sposób. I nigdy dla nikogo z tego nie zrezygnował. Ale Rose zawsze była inna i zawsze potrafiła z niego wyciągnąć to, co dobre, jego uczciwą stronę, choćby była głęboko ukryta pod warstwami sarkazmu i obojętności.

Mark i Mia także wpatrywali się w blondyna zmartwieni. Zdecydowanie nie był w dobrej formie. Nie był dawnym sobą, pewnym siebie, aroganckim dupkiem, który uważał, że cały świat jest jego. I taka ponura, zawiedziona twarz nie pasowała do niego.

- Co? – warknął czując na sobie wzrok całej czwórki.

- Właśnie, niech sobie wypije, wielkie rzeczy – mruknęła Louise.

- Czy to Rose z Zabinim przy barze? – zapytała Mia zaskoczona. Dopiero, gdy wypowiedziała myśl na głos, zorientowała się, że nie powinna była się nią dzielić, nie w obecności Scorpiusa, zwłaszcza w takim stanie. Był już pijany, a dodatkowo był w dziwnym nastroju.

- Gdzie? – zapytał nerwowo.

- Musiało mi się przewidzieć… – próbowała ratować sytuację, ale było za późno. Blondyn wpatrywał się w rudowłosą dziewczynę rozmawiającą przy barze z Zacharym Zabinim.

Jego serce zabiło mocniej. Chyba tego najbardziej w niej nienawidził, tego, jak jego ciało na nią reagowało, mimowolnie, jakby wcale nie był jego panem. Przy niej nie umiał już udawać tak dobrze, tak wspaniale kłamać. Może po prostu nie chciał? Może po prostu się zmienił, nie był już tym zapatrzonym w siebie dzieciakiem, który chciał rządzić wszystkim i wszystkimi. Nie potrafił nawet zarządzać samym sobą w tym momencie, wciąż popełniał nowe błędy i nie potrafił zrozumieć dlaczego. Co się zmieniło? Nie robił już tego, co sprawiało mu radość, a to, co uważał, że powinien zrobić, jako Scorpius Malfoy, człowiek bez serca.

Przyglądał się jej i widział, że nie bawiła się dobrze. Uśmiechała się sztucznie, automatycznie, gdy chłopak coś powiedział, ale nie była sobą, nie czuła się swobodnie. Widział, jak jej chude palce szargały etykietę butelki, jak jej stopy rytmicznie uderzały o podłogę. Jakby na coś czekała? Na cud? Może na kogoś? Na niego? A może tylko wmawiał sobie, że zranił ją, może wcale jej to nie obeszło, może jedynie uraził jej dumę i wszystko z czasem będzie jak dawniej? A może jedynie łudził się, bo złudzenia to jedyne, co mu pozostało?

- W porządku, Scorpius? – zapytała zmartwiona Elaine kładąc dłoń na jego ramieniu.

- Czemu miałoby być nie w porządku? – zapytał oschle.

- Słynna Rose Weasley, jak mniemam? – zapytała Louise. – Z przyjemnością bym ją poznała. Dziewczyna, która złamała serce Scorpiusowi Malfoyowi, nałogowemu łamaczowi serc – zaśmiała się.

- Żeby złamać mi serce musiałbym je mieć – powiedział obojętnie zaciągając się papierosem.

Nie będzie na nią patrzył. Nie będzie na nią patrzył. Nie będzie na nią patrzył.

- A jednak nie możesz oderwać od niej wzroku – zaśmiała się brunetka.

- Okej, Louise, spadaj. Idź wkurwiać kogoś innego. Dziękuję – powiedziała stanowczo Elaine, po czym bezceremonialnie przeniosła świdrujący wzrok na Scorpiusa, dając znak dziewczynie, że nie zostanie jej poświęcona choćby sekunda więcej.

Brunetka prychnęła cicho, ale podniosła się i odeszła od stolika.

- Scorpius, porozmawiaj z nią – powiedziała Elaine. – Powinieneś.

- Mark ma raczej odmienne zdanie na ten temat – odpowiedział oschle.

Elaine rzuciła brunetowi podejrzliwe spojrzenie.

- Co masz na myśli, Mark ma odmienne zdanie na ten temat?

- Cóż, razem z Mią uważamy, że Scorpius i Rose to nienajlepszy pomysł… – zaczął brunet.

- Wiedziałam! Ha! – zaśmiała się Elaine. – Wiedziałam, że nie spieprzyłeś tego sam! Mark ci coś pewnie nagadał!

- Elaine, jestem jedynym, który zdaje się logicznie patrzeć na sytuację…. Scorpius, nie twierdzę, że nie zależy mu na niej, ale kurwa, to tylko Scorpius. A ona już wystarczająco przeszła.

- Och, a ty znasz ich tak dobrze, żeby to ocenić? – oburzyła się Elaine. – Nie było cię tu, kiedy Scorpius zajmował się nią po wypadku, kiedy podpuścił ją, by zapisała się do drużyny Quidditcha. Kiedy oddał jej ostatnie zwycięstwo!

- Ale ja byłam – zauważyła Mia.

- Ty znasz Rose, nie Scorpiusa, ja znam ich oboje.

- I myślisz przede wszystkim o Scorpiusie – żachnęła się Mia.

- Byłbym wdzięczny, gdybyście przestali o mnie mówić, jakby mnie tu nie było… – mruknął Scorpius.

- Och, mogłam się domyślić, że pani Porządna maczała w tym wszystkim palce! Nigdy nie lubiłaś Scorpiusa i oczywiście, że uważasz, że nie zasługuje na Rose!

- Dziwisz się?

- Tobie nie. Dziwię się Markowi, jak łatwo dał się zmanipulować twoim gierkom!

- Moim gierkom?! MOIM gierkom? Chyba nie muszę ci przypominać, że ty razem z Evą wymyśliłyście sobie swatanie. I jak widzisz nie skończyło się najlepiej.

- Tak, bo ty się zaczęłaś wtrącać i robić wszystko, żeby ich podzielić!

Obie dyszały ciężko i były niemal czerwone ze złości. Elaine i Mia nigdy nie były przyjaciółkami. Tolerowały się ze względu na Marka, ze względu na Rose. Ale były zbyt różne, zbyt uparte w swoich poglądach, by kiedykolwiek dojść do porozumienia. Nie miały ze sobą nic wspólnego, żadnych podobnych tragedii, podobnych przeżyć, podobnych sytuacji rodzinnych. Do tego zupełnie przeciwne światopoglądy! No i oczywiście, nie można zapomnieć, że Mia nie darzyła Scorpiusa zbyt wielką sympatią, podobnie jak Elaine nie darzyła sympatią prefektów Ravenclawu, którzy byli najbliższymi przyjaciółmi Mii. To po prostu nie mogło się udać. I choć przez ostatnie parę miesięcy były dla siebie nawet miłe, przy [pierwszym zatargu wszystkie różnice uderzały ze zdwojoną siła.

Chłopcy przypatrywali im się uważnie. Woleli trzymać się na uboczu tego wyraźnie żeńskiego sporu. I niemal obawiali się, że jeśli któryś się odezwie, może przypadkiem oberwać kedavrą, lub innym niewybaczalnym zaklęciem.

 

The xx – Angels

 

- Naprawdę urzekła mnie wasza mała dyskusja – usłyszeli przed sobą.

Wzrok wszystkich przeniósł się na blondynkę, która nie wiadomo kiedy, nie wiadomo skąd, pojawiła się przed ich stolikiem.

- A teraz, jeśli nie macie nic przeciwko zająć się prawdziwymi problemami, Scorpius, rusz swój arystokratyczny tyłek i biegnij za nią.

Wszyscy wciąż wpatrywali się w nią, Frank i Elaine z nieco otwartymi ustami. Nikt jej nie odpowiedział, nikt się nie poruszył. Nawet sam Scorpius, do którego skierowane były słowa. Patrzył na nią w zdumieniu zastanawiając się, czy to możliwe, by rzeczywiście mówiła o tym, co miał na myśli, czy może przeoczył jakieś ciekawe wydarzenie na sali w harmidrze dyskusji Elaine i Mii.

- Twoja Weasley właśnie poszła na górę z Zabinim. Rozumiem, że musiałeś ją nieźle wkurwić, ale nawet ja uważam, że byłaby szkoda, gdyby upadła tak nisko, by pieprzyć się z Zabinim.

Nikt nie ruszył się z miejsca, chyba zbyt zszokowani widokiem i słowami.

- Dobra, ale potem żeby nie było, że nie ostrzegałam, bo ja po nią na pewno nie idę – odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.

Scorpius spojrzał w miejsce, gdzie niedawno siedziała Rose. Nie było jej tam. I nie było Zabiniego. Czyżby mówiła prawdę?

Zerwał się z miejsca i podbiegł do blondynki. Złapał jej ramię i odwrócił do siebie.

- Drugie piętro, numer 25 – powiedziała znudzona.

Odbiegł od niej bez słowa przedzierając sie przez tłum.

- Nie ma za co! – zawołał za nim kiwając głową z dezaprobata.

- Mark, zatrzymaj Scorpiusa, my pójdziemy po Rose – zaczęła Mia.

- Że co proszę? – przerwała jej Elaine. – Mark, rusz się z miejsca, a osobiście wydłubie ci oczy.

 

Biegł przed siebie, a raczej próbował. Bar był zatłoczony, w każdym wolnym miejscu na parkiecie bawiły się pary i samotne nastolatki. To trwało zbyt długo, poruszał się zbyt powoli, jakby cały świat nie chciał, by ją dogonił, ale teraz to się nie liczyło. Wiedział, że nie chciała tam być. Wiedział, że to wszystko przez niego, że chciała zrobić mu na złość, zranić go. I miała rację, zasłużył sobie na to. Ale nie jej własnym kosztem.

Pamiętał, w Hogwarcie wszyscy niemal schodzili mu z drogi, gdy szedł taki dumny i pewny siebie, był niczym król w Lochach. Ale nie byli już w Lochach, a on nie był w Slytherinie. Nie wyglądał dziś dumnie i pewnie siebie. Wyglądał źle.  Nikt już nie schodził mu z drogi, nikt nie ułatwiał mu przejścia. Nie miał już władzy. Nie był już tym samym nastolatkiem, którym był niecałe dziesięć miesięcy wcześniej, zanim ją poznał. Zanim ją zobaczył na balustradzie w jego wieży. Ich wieży. I była taka obojętna, taka spokojna, ale tajemnicza w tym swoim spokoju i tym jej niepokoju. Tym jej ciągłym pędzie do ucieczki.

Dobiegł wreszcie do schodów i nagle wydało mu się, jakby było ich całe mnóstwo, a przecież biegł jedynie na drugie piętro. I zdawało mu się, że ten jego bieg trwał bez końca, choć jeszcze nie zdążył się zmęczyć. Lubił biegać. Biegał codziennie, jak na sportowca przystało. Ale pierwszy raz czuł całym sobą, że biegł i nie mógł dotrzeć do celu. Wszystko wydawało mu się, jak w zwolnionym tempie w mugolskim filmie.

Drzwi z numerem 25. Nie zastanawiał się. Zaufał swoim instynktom. Nacisnął na klamkę i nie zdziwił się, że drzwi nie były zamknięte na klucz. Czy ktokolwiek mógłby myśleć o czymś tak przyziemnym jak kluczyk w takiej sytuacji? Cóż, z całą pewnością nie, jeśli nie masz powodów przypuszczać, by ktoś miał zamiar ci przerwać.

Jego serce zabiło mocniej, poczuł falę złości, zazdrości i adrenaliny. Zobaczył ją, leżała na łóżku bez bluzki, w czarnym koronkowym staniku i uniesioną spódniczką. I zobaczył jego wpatrującego się w nią tak zachłannie, uśmiechając się tak złowieszczo. Dotykającego ją tak swobodnie, jakby była tylko jego, a przecież nie była!

Podszedł do łóżka i jednym zwinnym ruchem zrzucił chłopaka na podłogę. Spojrzał w jej zaskoczone oczy i nim zdążyła cokolwiek powiedzieć lub zrobić, przerzucił ją sobie przez plecy i wyszedł z pokoju. Szedł szybko, prosto przed siebie, jego własny pokój czekał zaledwie kilka kroków dalej. Nie zastanawiał się, co będzie dalej. Chciał tylko mieć pewność, że będzie bezpieczna, że będzie daleko od niego.

 

Melanie Laurent & Damien Rice – Everything you’re not supposed to be

 

 

- Co do cholery?! – wrzasnęła, gdy wreszcie postawił ją na ziemi.

Była zdenerwowana, tyle się wydarzyło tego wieczora. Myślała, że ta balowa noc zabolała Scorpiusa choć trochę, choć w pewnej małej części tak, jak zabolała ją. Ale był na przyjęciu bawiąc się doskonale z Louise Laurent. A ona nie potrafiła tego przeboleć, chciała, by był zazdrosny, by jego też zabolało. Chciała by poczuł to, co poczuła ona.

Nie, nie miała ochoty spędzić nocy z Zabinim. Brzydziła się go, każdego pocałunku, każdego dotyku, każdego słowa. Ale chęć zrobienia na złość Scorpiusowi przyćmiewała wszystko, nawet jej wewnętrzne odczucia. Nawet ból, który miała sobie samej zadać, by coś mu udowodnić. Nawet żal, że to nie on był wtedy z nią w pokoju. Nawet strach, że jego to w ogóle nie obchodzi.

- Nie możesz tego zrobić Rose, nie z nim, nie pozwolę ci! – powiedział nerwowo.

- Że co proszę? Masz tupet mi czegokolwiek zabronić?!

- Tak, mam!

- To, że ty mnie nie chciałeś, nie znaczy, że do końca życia będę żyła, jak zakonnica! Czego się spodziewałeś, że będę wypłakiwać oczy w poduszkę do końca moich dni? Nie bądź smieszny. Z resztą, akurat ty masz najmniejsze prawo mi czegokolwiek zabraniać po tym, jak pieprzyłeś się z Louise Laurent na zapleczu – syknęła i chciała odejść, ale złapał jej ramiona.

- Przepraszam, Rose… Louise… Ona się nie liczy… Nie idź do niego, nie chcesz tego…

- Och, bo ty jesteś takim pieprzonym ekspertem do spraw czego ja chcę?

- CZEMU MUSISZ BYĆ TAKA UPARTA?! – wrzasnął.

- Czemu ty nie zostawisz mnie w spokoju? CZEGO TY WŁAŚCIWIE ODE MNIE CHCESZ?! – odwrzasnęła.

- NIE WIEM, OKEJ?! Nie wiem, czego chce, i nie wiem co czuję! Odepchnąłem cię, bo się bałem! Bałem się tego, co czuję, jak się zmieniam i co się ze mną dzieje! Bałem się, że nigdy nie będę kimś, kto cię uszczęśliwi! JESTEM POPIEPRZONY! Moje całe życie jest popieprzone! Po prostu bałem się, że cię tylko zranię, dlatego cię odepchnąłem!

- Och, tak! Wcale nie poczułam się zraniona, ANI KURWA TROCHĘ!

- Czy ty nic nie rozumiesz?!

- Wybacz mi mój brak empatii w stosunku do ciebie, zdaje mi się, że wyczerpałeś swój limit!

- Rose, co do cholery? – zapytał Zabini doganiając ich.

- ZAMKNIJ SIĘ, ZACH! – warknęli oboje świdrując się wzrokiem.

Chłopak spojrzał na nich zaskoczony i mrucząc przeciągle pod nosem coś w stylu „okeeeej” oddalił się. Nie był zadowolony  z ucieczki swojej zdobyczy, ale z całą pewnością nie chciał stanąć między tą dwójką, wyglądającą, jakby za chwile mieli zacząć rzucać po pokoju Kedavrami.

Scorpius westchnął głośno.

- Rose, ja… Przepraszam…

- I znów to samo. Zachowujesz się, jak ostatni dupek i oczekujesz, że jedno głupie przepraszam wszystko wymaże. Jak już wspomniałam wcześniej, nie jestem Meg.

- Nie, nie jesteś – powiedział zbliżając się do niej. – Nigdy nie byłaś.

- Nie rozumiem cie, Scorpius.

- Ja sam siebie nie rozumiem. Ale jeśli musisz wiedzieć – zdjął swoją koszulę i zarzucił na jej nagie ramiona. – Nigdy nikogo bardziej nie chciałem… Nie tak. I nie chce tego spieprzyć… Ale nigdy nikogo bardziej nie chciałem…

- Więc weź mnie – wyszeptała. – Nawet jeśli mnie zranisz, wybaczę ci.

- Widzisz i tu jest problem. Nawet wiedząc, że mi wybaczysz, nie chcę cię zranić – mruknął mrużąc oczy. – Doprowadzasz mnie do szaleństwa, Rose…

Objął ją ramionami i trzymał mocno.

- Przepraszam – wyszeptał. – Za wszystko. Naprawdę, nie chciałem cię zranić…Odprowadzę cię do domu.

Odsunął się nieco. Patrzyła na niego zaskoczona. Teraz wiedziała na pewno. Nie kłamał, nie bawił się jej uczuciami, był tak samo zagubiony, jak ona sama. Jak mogłaby go za to winić? I może nareszcie się zrozumieli, nareszcie zaczęli rozmawiać tym samym językiem. I wiedziała, że nie mogli być razem, nie teraz. Wciąż byli jedynie dziećmi, które wciąż uczyły się, jak żyć, a on zmienił się za bardzo, w zbyt krótkim czasie. Czy mogła go winić, że zmiany go przerażały?

Przyglądała się jego każdemu ruchowi, gdy delikatnie wkładał jej ręce w rękawy swojej koszuli, gdy zapinał ją powoli, jakby chciał przedłużyć ten moment, jakby chciał jeszcze chwilę na nią popatrzeć.

Pogłaskał jej policzek. Tak bardzo chciałby móc jej nie chcieć. Ale było coś w niej, coś, czego zawsze szukał.

- Co teraz? – zapytała cicho.

- Wyjadę na trochę. Do Meksyku. Ojciec ma tam filię, chciałby, żebym się nią zajął – mruknął cicho.

- Wyjeżdżasz, bo chcesz o mnie zapomnieć?

- Nie wiem. Ale chciałbym się dowiedzieć – powiedział całując ją w czoło. – Lepiej już chodźmy. Tu przestało być zabawnie.

Złapał ją za rękę i ruszyli w stronę wyjścia. Gdy tylko wyszli z pokoju zobaczyli Mię, Marka, Elaine i Franka przypatrujących się im uważnie. Jeśli stali tam wystarczająco długo musieli słyszeć ich rozmowę. Każdy kto stał niedaleko musiał słyszeć ich kłótnie, nie dbali o zamknięte drzwi, nie w takiej chwili.

- Odprowadzę Rose do domu – powiedział stanowczo Scorpius. I znów brzmiał, jak dawny on, nie znoszący sprzeciwu, czy jakiejkolwiek niesubordynacji.

Ruszyli przed siebie wymijając grupę. Nie dbali o ludzi gapiących się na nich na korytarzach, gdy szli tak, trzymając się za ręce, ona ubrana jedynie w krótką spódniczkę i jego koszulę, on paradujący z nagim torsem. To się nie liczyło. Szli powoli, trzymając się mocno. I nagle wydało im się, jakby cały świat nie miał już znaczenia. Szli ramię w ramię, spoglądając na siebie co chwilę, jakby chcieli się upewnić, że to nie sen.

Gdy stanęli przed hotelem spojrzeli za siebie jeszcze raz.

- Gotowa? – zapytał.

Kiwnęła głowa, a chwile później poczuła szarpnięcie w okolicy pępka. Świat rozmazał się na tysiące kolorów i dźwięków, by po chwili znów ułożyć się w jedną całość. Znajdowali się teraz w Dolinie Godryka, na placu głównym.

Ruszyli przed siebie w milczeniu, ale nie była to niezręczna cisza, niewygodna cisza. Milczało im się dobrze. Może nieco zbyt dobrze, bo czas mijał tak szybko, dystans do jej domu zmniejszał się tak szybko, mimo, że wciąż wybierali dłuższe drogi. Ale w końcu musieli się zatrzymać, nie mogli bez końca błądzić po Dolinie unikając nieuniknionego.

Stanęli tuż przed jej drzwiami.

- Kiedy wyjeżdżasz? – zapytał cicho.

- Jutro, z samego rana. Nie chcę zwlekać…

- Bo mógłbyś zmienić zdanie?

- Tak – odpowiedział krótko, po czym objął ją mocno.

I stali tak objęci dłuższą chwilę, minutę, czy dziesięć? Nie potrafili określić, ale teraz się to nie liczyło.

- Dbaj o siebie Rose. I nie pakuj się w kłopoty – uśmiechnął się łobuzersko.

- Nie zapomnij o mnie całkowicie – powiedziała cicho.

- Nie zapomnę – powiedział i odsunął się nieco. Nie chciał jeszcze odchodzić, ale bał się, że jeśli zostanie choć jeszcze chwilę dłużej, zmieni zdanie, że zostanie z nią i najpewniej z samego rana zostanie zamordowany przez Rona. Ale tego ostatniego najmniej się obawiał, jego własne uczucia były dla niego największą torturą.

Uśmiechnął się do niej i pogłaskał jej policzek.

- Wrócę – mruknął cicho całując ja delikatnie. – Obiecuję.

Zniknął z cichym kliknięciem.

- Uwielbiasz mnie torturować… – mruknęła Rose do samej siebie wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał, by w końcu odwrócić się i wrócić do domu.

 

 

 

*

**

**********

Cóż, bardzo chciałam zdążyć, żeby to opublikować dziś, czyli w niedziele, więc przepraszam za niedociągnięcia.

Uprzedzając wasze pytania(niektórzy ciekawscy jak ja na pewno by się zainteresowali), blondynką, która kazała Scorpiusowi lecieć za Rose jest…

Ale to już w następnym rozdziale.

Życzę przyjemnej lektury :P

Peace,

Hippie in the City

Bezczelna & Hippie Team

22 Komentarze

      • Na poczatek, pragnę uspokoić :D Na razie jeszcze nie wprowadzamy w życie planu rozdziałów co dwa tygodnie, damy wam o tym znać, jeśli tak postanowimy :)

        Po drugie, brak rozdziału, bardzo was wszystkich przepraszam, to mój brak czasu, a Bezczelna jest na blogowym urlopie :P
        dziś są moje urodziny, więc chciałam sobotę wolną w pracy, no ale za to musiałam więcej pracować w poprzedni weekend, więc kompletnie nie miałam czasu.

        Obiecuję, że do niedzieli dodam, cokolwiek będę miała. jakości pierwszej nie gwarantuję, gdyż mnie tu zmuszają do alkoholizowanie się, a ja dużo z natury nie piję, więc i poziom pisarstwa spada. Z Góry przepraszam.

        Pozdrawiam was kochane,
        Hippie

  1. Przepraszam że koma dodaje tak późno. Przeczytałam notkę w niedzielę i dwa razy zabierałam się do napisania tyle że z komórki, bo laptopa zgubiłam u siebie w pokoju (tak u mnie to możliwe) . W ogóle nie wiem co za idiota nazwał te telefony smartfonami -.- ten szajs cały czas się odświeżał i nie dał mi napisać ani dodać. Ale konflikt zażegnany.

    Dobra trochę się rozpisałam, a teraz właściwy komentarz:

    Uwielbiam was. Nic nie jest oczywiste i zawsze przynajmniej jakiś kawałek rozdziału, a tak właściwie wydarzenie , jest dla czytelnika niespodzianką, czasem mniejszą, czasem większą, ale zawsze.
    Spodziewałam się tego że Rose zdołowana będzie siedzieć w domu i tego że będzie rozmawiać z Evą, mniej oczywiste było … właściwie nie wiem jak to nazwać … przyjęcie (?) w domu Evy (któremu zdecydowanie trzeba nadać jakąś pasującą nazwę) i przyjście Scorpiusa. Rose mu przywaliła yey ! xD . Bardzo mi się podoba to jak ich pogodziłyście :D zwykłe przyjęte przepraszam nawet z długim tłumaczeniem by nie przeszło, przynajmniej nie u mnie. Wtargnięcie do pokoju wywalenie Zabiniego z łóżka i to co było dalej… uwielbiam ! Szkoda tylko że Scorp zwiewa do Meksyku, ale cóż . Trza przeboleć.

    Pozdrawiam,
    Cammie

    • Miło to słyszeć, nie lubimy być zbytnio przewidywalne :D

      No właśnie tez tak myślałyśmy, że to pojednanie musi być takie inne, bo i oni sa inni i inaczej sie dogadują :D A może Meksyk koniec końców nie będzie taki zły…? :P

      Pozdrawiam, Hippie.

  2. Witajcie! ;*

    Nareszcie znalazłam chwilę czasu na skomentowanie rozdziału. ;) Mam urwanie głowy! Ach, ta matura…

    Nie! Niech Rose go nie zatrzymuje! Taka rozłąka przyda im się. Dobrze im ona zrobi. Oni muszą oswoić się z tymi wszystkimi zmianami, jakie w nich zaszły podczas tego ostatniego roku w Hogwarcie. Po prostu muszą się odnaleźć.

    Mark i Mia mogą sobie do woli knuć tyle intryg, ile chcą, ale tak czy siak, Rose i Scorpius będą razem. Może i Mia i Mark zrobili to w dobrej wierze, lecz… nie tędy droga. Czasami właśnie takim „pomaganiem” można przyczynić się jedynie do jeszcze większego cierpienia. Naprawdę, wystarczy, że nasi główni bohaterowie mają, bez niczyjej pomocy, ogromny mętlik w głowie.

    Tą blondynkę mam ochotę wyściskać! :D Kimkolwiek jesteś – dzięki Ci wielkie za kopnięcie Scorpiusa w ten jego arystokratyczny tyłek! :)

    Kiedy oni przestaną się bać?
    Kiedy zaryzykują?
    ….

    Zabini trzymaj się z dala od Rose!
    Och, jak ja się cieszę, że szczęście się od niego odwróciło! :D

    Nott wyzwala w Scorpiusie silną nienawiść. Na tej linii może być baaardzo gorąco.

    Scena pod domem Rose jest epicka! :)
    Ron i morderstwo?! Nieee. On tego by nie zrobił. ^^
    I … dla Hermiony i Rona przyszły ciężkie czasy. Oby zbytnio nie wtrącali się w życie miłosne Rose i nie próbowali rozdzielić jej od Malfoy’a.

    Terapia Rose i Draco jeszcze będzie trwać? Brakuje mi trochę ich rozmów.

    Astoria założyła się z Draconem, że nie powie do Narcyzy, „Mamo” ? :)
    Astoria i Draco są bardzo ciepłymi ludźmi, lubię ich. W ogóle, dzięki Wam polubiłam Astorię. :)

    Narcyza – ona mi się podoba i to bardzo! :D Hehe, taki chochlik z niej. :)

    Czekam teraz na waszą wizję Lucjusza Malfoy’a i Andromedy Tonks.

    Pozdrawiam Lily ;*

      • Tak, może i im dobrze zrobi, co będzie czas pokaże. I tak jak mówisz, Mark i Mia może i nie chcą źle, ale jak to mówią piekło jest dobrymi chęciami wyściułane. Ale z drugiej strony, czy Eva i Elaine nie robią tego samego?

        Blondynka będzie zaskoczeniem dla niektórych, juz wiem, że nie dla wszystkich :P Ale uratowała dzień, ha :D

        Cóż, no nie wiem, czy Ron nie zabiłby zimną krwią nagiego faceta, którego zastałby w łóżku jedynej córki, wszyscy pamiętamy jaki zaborczy był w stosunku do Ginny, że nawet Harry bał się przyznać, że mu się podoba :P
        Ale nie wydaje mi się, że będą sie wtrącać w życie uczuciowe Rose. Tak, wróciła do domu po szkole, i czasem się odezwie, ale wszyscy wiemy, że do dobrych to ich ich relacjom z Rose wiele brakuje, raczej nie będą jej chcieli jeszcze bardziej odpychać swoim zachowaniem.

        Terapia się pojawi, widzisz były pewne sprawy, których czytelnicy dowiedzą się dopiero później, dlatego rozmowy musiały pójść w ukrycie. Tak, tak, czyhamy na was na każdym wątku, haha :D

        Co do Astorii, nie założyła się z Draco. Po prostu ona i Narcyza mają coś na kształt związku „kocham cię, ale tak cię nienawidzę!”. Więc Astoria zarzekła się, że nie powie do niej „Mamo”, kiedy Draco poprosił ją o to po ślubie :P Widzisz one się uwielbiają, ale jednocześnie nie cierpią. Obie są uparte plus, jak wiadomo, zamek wielki, ale królowa może być jedna. A biedny Draco po środku tego wszystkiego.
        Co do Lucjusza w momencie trwania tych wydarzeń nie żyje już od dłuższego czasu. Bezczelna wspomniała o tym tylko raz, bardzo dawno temu, więc mogło umknąć. Co do Andromedy, pojawiła się raz, na przyjęciu Potterów, starczy wam ;P Nie no, a tak serio, to nie mamy za bardzo dla niej miejsca w fabule, a nie chcemy na chama kogoś wciskać, bo wiadomo jak to się kończy – masło maślane z dodatkiem margaryny. Ohyda…

        Odpowiadając na twoje pytanie, nie planujemy dzielić opowiadania na części, ale teraz na pewno o tym pomyślę. Może rozdział 51 mógłby być 1 drugiego tomu :P w każdym bądź razie fabuła zaczyna się zagęszczać, więc żeby wszystko było jasne i miało sens zaczniemy niedługo dodawać bonusy z historiami z przeszłości, o których będzie mowa. Nie wszystko da się opowiedzieć z jednej perspektywy, więc tak chyba będzie najlepiej. bardzo możliwe, że będziemy musiały dodawać rozdziały co dwa tygodnie, bo tyle się będzie działo, a nie chcemy wszystkiego opisywać tak powierzchownie. Chcemy poważnie podejść do problemu. Ale to wszystko sie jeszcze okaże, mamy dużo do przemyślenia, ale z całą pewnością zobaczycie highlighty z życia Draco i Astorii tuż po ślubie, na pewno pokażemy konflikt miedzy Eleonorą(mamą Evy), a jej siostrą i parę innych. Pierre pojawi się jeszcze raz w pewnym momencie opowiadania, nie zdradzę jak po co i dlaczego, ale powiem, że będzie miał bardzo dużo do powiedzenia i zmieni tok akcji o 180 stopni.

        Tak, wiem, ze jestem podła, że niby coś mówię, ale nic naprawdę :P
        I tak mnie kochacie :D

        xoxo
        Hippie

        • Kochamy, kochamy! :D

          Cieszę się, że tak podchodzicie do swojego opowiadania. Widać, że piszecie je z sercem, że chcecie jak najlepiej przedstawić losy bohaterów. :) Nie mam nic przeciwko opisywaniu wydarzeń z różnych perspektyw! Ja się wręcz cieszę! :)

          Pojawi się Pierre? Zaczynam się bać…. ;(

          Pozdrawiam Lily ;*

  3. Coś za szybko się pogodzili, więc to na pewno jeszcze nie koniec problemów i wielkich kłopotów. Ale żeby od razu Scorpiusa do Meksyku wysyłać?! Oszalałyście? Jak jak bez niego wytrzymam? :( I jeszcze będzie pieprzył pewnie te wszystkie meksykanki. Nie tak nie może być!
    Swoją drogą, na kiedy jest przewidziany poród Evy? Czy to już niedługo, bo ja kompletnie pogubiłam się już w datach.

    • Ha, jak już nas znasz :D tak, problemów będzie jeszcze wiele, ale dam wam nieco romantycznego polotu za kilka rozdziałów, co by nie było zbyt gorzko :D
      No, my nie miałyśmy z Meksykiem nic wspólnego, Scorpius sobie tak wymyślił! Co do Meksykanek, nic na razie nie powiem. Cóż, może tylko, że będzie jedna, która zmieni nieco jego tok myślenia, a co z tego wyniknie? Ach, tego już nie zdradzę :P

      Eva w tym momencie opowiadania jest w około 5 miesiącu ciąży. Jest już prawie koniec czerwca, a planowany poród gdzieś około połowy września :D

      xoxo
      Hippie

      • Hej, na moim blogu opublikowałam właśnie rozdział drugi. Z racji tego, że poprosiłaś o informowanie to to robię :) tylko tak na zaś, nie wiem czy mam robić to pod postami czy w spamowniku, w sensie zaglądacie do niego? :)
        Całusy

  4. pogodzili się. jjuuuupiiiii
    ale to takie jakies podejrzane… że tak szyko prawie od razu…. w następnym rozdziale….
    to do was nie podone -.-
    zaczynam podejrzewać ze scorpiuus może mieć problemy z powrotem, alo nwm co jeszcze, ale przecież tak po prostu tego nie zostawicie…
    chce następny rozdzial… musze się dowiedzieć co dalej

    ps sorry za ledy ale pisze z laptopa i cos mii się zchrzanilo i nie działa szift i pare liter ,np. ta miedzy v i n.

    litka

    • No pogodzili się niby, ale Scorpius chce wyjechać, ech, co ja z tymi dzieciakami zrobię, oni tacy nieporadni życiowo no. Powrót Scorpiusa, cóż, kto go tam wie, co mu do głowy strzeli w Meksyku. Ach, wszystko wyjaśni się z czasem, odrobinę cierpliwości :D

      Pozdrawiam,
      Hippie

  5. Jako, że czuję się dzisiaj dość niemrawo, nie będę się rozpisywać.
    Jak zawsze od twoich słów zionie perfekcją.
    Malfoy to ma jednak charakterek. Szkoda, że wyjeżdża ale mam nadzieję, że się rozmyśli.
    A Eva… współczuję jej, tak jak współczułam Rose.
    Życzę dużo weny.
    Pozdrawiam.

    • Ach, dziękuję, choć jeszcze tyci mi do perfekcji brakuje, za komplement dziękuję i przyjmuję z najwyższą przyjemnością :D

      No niestety Scorpius lubi komplikować sobie życie(i innym też). Ale z czasem może wszystko się ułoży.

      xoxo
      Hippie

  6. Rozdział przeczytany już o 6. to teraz jak złapałam wolną chwilkę wstawiam komentarz :D
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    Brak mi słów ;-;
    Rose i Scorpius ,,pogodzeni” , wreszcie! Tylko niech mi Scorpius nawet nie próbuje uciekać do Meksyku bo go uduszę! Mam nadzieję, że Rose jakoś go zatrzyma xD
    Mhmm…. czyżby James chciał zostawić, no jak jej tam… tą ,,swoją” dla Evy? ;> Ja tam nie mam nic przeciwko, chociaż… xd
    Zabini. Zabiję. Ale najpierw dorwę Scorpiusa. Jak on mógł się pieprzyć z tą brunetką/blondynką… grhfghgrr! Sami Wiecie Kim. A miałam cichą nadzieję, że podczas rozmowy z Rose powie jej, że do niczego nie doszło, bo ją kocha itp ;-; Scorpius stał się taką męską dziwką, ale sam raczej tego nie wie.
    Kurde, z jednej strony mam ochotę ich wszystkich po głowach pogłaskać i popłakać z nimi, a z drugiej mam ochotę powyrywać, zawłaszcza Scorpiusowi, …. co się da.
    Oprócz Astorii i Draco. Ich nadal uwielbiam :)
    Pozdrawiam ;*
    C. C. Clouds

      • Ha, no to dorwałaś rozdział krótko po opublikowaniu :) ranny z ciebie ptaszek :)

        No widzisz, nasz Scorpiusik tak się boi przyznać, co czuje, że już prędzej do Meksyku ucieknie. Ach, no co im zrobić? Czy Rose go zatrzyma? Nie wiem, może, może nie. Kto wie, co siedzi jej w głowie :P
        James i Eva, temat zgrabnie przemilczę, o! Widzisz, przemilczam, nic na ten temat nie wspominam, ani słówka!
        Zabini, cóż, dzieciak szuka dobrej zabawy, a Rose wydawała się szczególnie zainteresowana Ślizgonami ostatnimi czasy :P No to spróbował szczęścia. Scorpius z brunetką niestety się pieprzył, z naturą nie wygrasz a jak wiemy nasz kochany tleniony lubił sobie baraszkować. na szczęście(nieszczęście?) tajemnicza blondynka, której imię wyjawię w następnym rozdziale, żeby nie było za słodko, uratowała sytuację i chyba jako jedyna zwracała uwagę na to, co robi Rose. W sumie jej się nie dziwię:P
        I Tak, Draco i Astoria to jedni z moich faworytów, ich uwielbiam zawsze :D

        Pozdrawiam,
        Hippie

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.