24. Your Eden

Damien Rice – Volcano

 

Kate i Hugo nadal czuwali przy łóżku Rose w Skrzydle Szpitalnym. Właściwie spędzali tam większość swojego wolnego czasu. On, bo chciał być przy siostrze. Ona, bo chciała być przy nim. Dziewczyna sennie opierała się na jego ramieniu.

Rose nadal spała spokojnie. Gdyby nie ruchy klatki piersiowej można by nawet pomyśleć, że była martwa. Bladość jej skóry raziła bardziej niż zwykle.

- Kate?

- Hm? – mruknęła sennie.

- Myślisz, że to może się udać? Ta cała terapia?

- Nie wiem Hugo… Jeśli pomogła tylu ludziom ile opowiadał wasz tata, na pewno się uda.

- Wiesz, pamiętam kiedy pierwszy raz wróciła z Francji na wakacje… Była taka smutna i zamknięta w sobie. Cały czas siedziała w pokoju. Jeszcze wtedy z nami rozmawiała, przynajmniej się starała.  Wiesz, ona zawsze była silna. Nigdy nie poddawała się łatwo. Zawsze pewna siebie i nagle wszystko się zmieniło…Chciałbym wiedzieć, co się stało… Może było coś, co mogliśmy zrobić?

- Czemu w ogóle pojechała do Francji? Najwyraźniej nie było jej tam za dobrze… Nie rozumiem…

- Mama ją o to poprosiła. Beauxbatons to najlepsza żeńska szkoła. Plus nauczyła się języka. Wiesz, Rose była zupełnie inna niż ja. Miała potencjał. Lubiła się uczyć. Kochała czytać. Ja niekoniecznie. Zresztą zostało mi do tej pory – uśmiechnął się lekko.

Nagle drzwi do Sali Chorych otworzyły się i stanął w nich Chris, nieco zmieszał się widząc Weasleya i jego dziewczynę. Nie spodziewał się tu nikogo w porze kolacji. W szczególności młodego Weasleya. Nie znał go zbyt dobrze ale wiedział jedno: Hugo uwielbiał jeść.

- O! Chris! Przyszedłeś do Rose? – zapytał Weasley.

- Ta… Wrócę później, nie chcę przeszkadzać…

- Właściwie, to my już wychodziliśmy, prawda, Hugo? – Kate szturchnęła go dyskretnie łokciem i spojrzała na niego znacząco.

- A… Tak… – powiedział niepewnie Hugo.

- To my już pójdziemy – powiedziała Kate i pociągnęła Hugo w stronę wyjścia.

- Ee… Przecież nie mieliśmy nigdzie iść…? – zapytał zdezorientowany Hugo, gdy stali za drzwiami Sali Chorych.

- Hugo, nawet ty nie możesz być aż tak ślepy. Przecież jemu ewidentnie podoba się twoja siostra, a z tego co mi wiadomo jest jedyną osobą w Hogwarcie z którą normalnie rozmawia, no może za wyjątkiem Malfoya, ale z dwojga złego lepiej w tą stronę, tak? Pomyśl, jak było na imprezie? Prawie ją wrzucił do Pokoju Życzeń. Razem rzucali się kisielem z Irytkiem. O’Donnel gra twardziela, ale ma dobre serce…

- A ty skąd to wiesz? – zdziwił się.

- Słyszałam – ucięła krótko.

- Kate, zaskakujesz mnie normalnie…

- Jesteś dla mnie ważny… I wiem, że z Rose nie wygram. A skoro nie mogę z nią wygrać, to nie pozostaje mi nic innego, jak pomóc tobie ją odzyskać. Wiem, że czasem bywałam niemiła, kiedy martwiłeś się o Rose. Ale teraz zrozumiałam, że nie ważne co się dzieje to i tak twoja siostra. I zrobię wszystko, żeby ci pomóc. Myślę, że powinieneś nieco bardziej zakumplować się z O’Donnellem. Wtedy jeśli między nimi coś będzie, może on ją do was przekona? A przynajmniej będziecie wiedzieć co się z nią dzieje.

- Kocham cié – Hugo pocałował ją.

- Ja ciebie też – odpowiedziała i przytuliła się do niego. – A skoro już mamy chwile tylko dla siebie… – pocałowała go namiętnie. – Możemy to jakoś… wykorzystać…

- Podoba mi się ten pomysł… – powiedział przyciskając ją mocniej do siebie. W jednej chwili zniknęli za drzwiami jednej z wielu opuszczonych klas.

Nie mieli dla siebie zbyt wiele czasu w ciągu ostatnich kilku dni. Tak wiele się działo, tak dużo czasu spędzali przy Rose. Te cztery dni zdawały się trwać wieczność.

 

***

 

Podszedł bliżej łóżka Rose. Jej twarz wciąż była blada i spokojna. Zdawało mu się, że nawet lekko się uśmiechnęła, choć to nie było możliwe. A może było? Może była gdzieś teraz w innym, lepszym miejscu, gdzieś w najdalszych zakamarkach podświadomości?

Usiadł na brzegu łóżka i złapał ją za rękę.

Dlaczego Rose? Nie daje mi to spokoju… Uratuję cię…. Nawet jeśli ty tego nie będziesz chciała.
Jesteś tak spokojna… I tak piękna… Jesteś warta o wiele więcej niż sobie wmawiasz…

Stawała się dla niego coraz ważniejsza, nawet teraz, gdy spała jej wartość w jego oczach wzrastała, choć sam nie wiedział dlaczego. Czuł, jakby coś go do niej przyciągało, jakby była mu przeznaczona, a przecież on nie wierzył w takie rzeczy jak los i przeznaczenie.

Może było w tym coś więcej… Może po prostu próbował sobie sam wyjaśnić, dlaczego ona tak wiele dla niego znaczy. Z nieznanym mu powodów chciał się nią zaopiekować, pomóc, wyciągnąć na prostą. Może to tylko chemia w jego organizmie przyciągała go do niej. Może to dlatego, że byli tak do siebie podobni? Próbował to sobie wyjaśnić, zrozumieć. Wciąż jednak gubił się w swoich dedukcjach i teoriach.

Czasem go to irytowało, fakt, że nie potrafił tego wyjaśnić, zrozumieć.

Bo może tak miało być, Rose…

***
Damien Rice – Cold Water

 

Stała w starym parku otoczonym starymi, ale zadbanymi budynkami. Było szaro, ponuro. Ludzie uciekali do kawiarenek i małych sklepików wokół, by uchronić się przed deszczem. Stała sama i dla niej samej wszystko wydawało się martwe, mimo iż było w ruchu. Martwe ulice, martwe twarze. Wszystko martwe. I ona sama pośrodku jak samotna palma na pustyni. Tak. Była właśnie na Saharze samotności.

Jej oczy dziwnie zawilgły i poczuła na swoich policzkach ciepłe krople i bynajmniej nie był to deszcz.

- Nie sądziłem, że przyjdziesz – usłyszała za sobą męski głos.

- Nie mam dokąd iść – powiedziała cicho nie ruszając się z miejsca.

- Wiem – powiedział przytulając ją.

- Masz? – zapytała patrząc niemal martwym wzrokiem przed siebie.

- Obserwują mnie… Obserwują ciebie.. – szepnął. – Muszę być ostrożny.

- Masz? – szepnęła Rose.

- Mam – poczuła jak chłopak dyskretnie wrzucił jej coś do kieszeni.

- Wciąż jest moje, tylko pożyczam.

- Zamierzasz kiedykolwiek oddać?

- Nie wiem, Rosie.

Nagle wszystko zaczęło się rozmazywać. Cały szary świat zaczął znikać, zastępowała go ciemność. A potem znów światłość… Inna… Żywsza… Rose otwarła nieco oczy od razu je zamykając z powodu rażącego światła. Słyszała wiele głosów, wszystkie wykrzykiwały jej imię.

W końcu udało jej się otworzyć oczy całkowicie. Zaczęła być świadoma barw, głosów i obrazów.

- Jak się czujesz dziecko? – usłyszała głos kobiety. To była pielęgniarka szkolna.

- Co ja tu robię? Co oni wszyscy tu robią… – mruczała Rose nie słuchając odpowiedzi zebranych, sama przypominając sobie minione wydarzenia. Wokół jej łóżka stali jej ociec, Hugo, Lily, Albus, James, Harry, Ginny, Molly Arthur i kilkoro pozostałych Weasleyów.

- Rose! – jej ojciec mocno ją uściskał.

- Wyjdzie stąd! Dziewczyna musi odpocząć! Zróbcież miejsce, żeby miała czym oddychać! Później z nią porozmawiacie i to jedna osoba naraz! – lekarka wyrzuciła wszystkich oprócz Rona z Sali Chorych.

- Co ty zrobiłaś Rose? Wszystko się zmieni. Znalazłem dla ciebie świetną terapię, zobaczysz, wszystko się zmieni… Wszystko się ułoży…

- Wysyłasz mnie na odwyk?! – podniosła się energicznie. Z pewnością nie przewidziała tego w swoim planie. Była jeszcze słaba, szybko opadła na łóżko. – Nie możesz! To był jeden raz! Przysięgam! Tato, nie karz mi tam wracać… Nie chce… – niemal płakała. Pamiętała to miejsce, była tam kilka tygodni po wyrzuceniu ze szkoły. I zrobiłaby wszystko by tam nie wracać. Więzienie z którego nie ma ucieczki. – Błagam, tato… Nie wysyłaj mnie tam… Zrobię co zechcesz…

- Nie dajesz mi wyboru, Rose. Muszę cię ratować… Jesteś moim dzieckiem i nie mogę cie stracić. Ty i Hugo, to wszystko co mam…

- Będę musiała powtarzać rok w szkole… tato proszę… Przysięgam, że to był pierwszy raz odkąd wyszłam z ośrodka… proszę… Nie każ mi tam wracać… Tato… – Rose mocno ściskała rękę Weasleya.

- Nie miałem na myśli pobytu w ośrodku. Znalazłem taką organizacje… Pomaga rożnym ludziom z różnymi problemami… Terapia grupowa… Spotkania są trzy razy w tygodniu…

- Terapia grupowa z jakimiś starymi, zażulonymi alkoholikami?! Nie ma mowy!

- To nie są koniecznie starzy ludzie i nie tylko alkoholicy…

- Nie!

- Rose, nie rozumiesz… Daję ci wybór. Terapia, albo odwyk w ośrodku. Decyzja należy do ciebie.

- Wybór? Jaki wybór? – syknęła.

- Może ci się nie podobać, ale to nie znaczy, że go nie masz. Dam ci trochę czasu na przemyślenie tego. Dwa dni. Potem muszę wiedzieć co postanowiłaś.

Mężczyzna pocałował zszokowaną córkę w czoło i wyszedł.

Nie chce wracać na odwyk… Nie chce znów stać się ich więźniem…
Terapia grupowa? Nie będę się nikomu spowiadać. Ale muszę chociaż tam być… jeśli nie mam wyboru…
Jakoś przetrzymam. Byle na wolności…

Hooverphonic – Eden

Zapadł zmrok, ale ona nie mogła zasnąć. Tyle myśli tłoczyło się i kłóciło ze sobą w jej głowie. Tyle wspomnień, tyle krzyków, tyle barw. Tyle twarzy…

Robiło się coraz później i później. Zrobiło się cicho. Wciąż myślała o terapii, swoim ojcu, swojej rodzinie. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego wciąż walczą, ona sama nieraz chciała się poddać. Nie, nie chciała tak żyć, ale tak było przecież łatwiej.

Siedziała na łóżku wpatrując się we wszechogarniającą ciemność. Powietrze wydawało jej się geste, ciężko oddychała. Czy to wszystko było tak, jak chciała, żeby było? Nie potrafiła sobie odpowiedzieć. Nie wiedziała o sobie wiele, nie potrafiła określić jednoznacznie czego pragnęła, o czym marzyła. Sama dla siebie zdawała się być nieodgadniona zagadką. I tak jak wszyscy wokół zastanawiała się kim naprawdę jest Rose Weasley?

Terapia z jakimiś debilami czy ośrodek? Odpowiedz jest jasna. Nie wrócę do tego więzienia…
Nigdy nie pozwolę się się zamknąć ponownie w tej klatce… Nigdy! Prędzej umrę! Zabierają ci cały sens istnienia wmawiając, że chcą pomóc. Bo jeśli nawet magii już nie mam, to co mam? Pustkę…
Dlaczego właściwie znów wzięłam? Przecież nie chciałam umrzeć… A może chciałam? Boże, dlaczego życie jest takie popaprane i trudne? Dlaczego nie potrafię odpowiedzieć na pytania, które powinny być dla mnie proste…?

Kim jestem?

Z zamyślenia wyrwał ją czyjś głos.

- Zrobiłaś to specjalnie? Dla zabawy?

Na jej stoliku rozbłysła świeca, zapewne za sprawą blondyna. Wątły płomień rzucał słabą poświatę na oboje uczniów. Scorpius patrzył na nią uważnie, a jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Rose spojrzała blondynowi prosto w stalowe oczy.

- Jeżeli powiem nie, uwierzysz?

- Uwierzyłbym, gdyby twój ojciec nie powiedział McGonagall, że w ubiegłym roku zrobiłaś to samo. Zapewne wtedy uczuliłaś się o czym musiałaś wiedzieć. Nie jesteś idiotką, więc…

- Przepraszam – powiedziała cicho, ale stanowczym, opanowanym głosem.

- Przepraszam! Żartujesz sobie ze mnie?! Myślałem, że cię zabiłem! Wiesz jak się czułem?! Myślałem już jak stąd zwiać, żeby nie spędzić reszty życia w Azkabanie, a ty mi masz do powiedzenia tylko głupie przepraszam?! Nie byłabyś w stanie nawet wyobrazić sobie tego co przechodziłem myśląc, że zabiłem człowieka!

- Scorpius, nie miałam zamiaru ci sprawiać kłopotów. Nikt się nie dowie, masz moje słowo.

- O tak, bo jesteś tak godna zaufania – zironizował.

- Nie bądź hipokrytą, ty też nie jesteś święty.

- Wkurzasz mnie! – syknął.

- Cóż… Tam są drzwi – wskazała teatralnie.

Nie chciała okazywać strachu, nie przed kimś pokroju Scorpiusa Malfoya. Nie wiedziała w jaką grę teraz grał, nie mogła odgadnąć, co zamierzał zrobić. A przecież wiedział o niej już wystarczająco wiele.

A on był tak wściekły i tak szczęśliwy. Cieszył się, że nic jej się nie stało, prędzej czy później wszystko by się wydało, zawsze znajdzie się ktoś życzliwy, kto szepnąłby słówko tu i słówko tam… Z drugiej strony nie potrafił zrozumieć jak mogła zrobić coś tak głupiego, tak pozbawionego sensu. Sprawiła, że poczuł się bezsilny, bez władzy, bezwartościowy. Zburzyła jego niebo na ziemi. Tak, odzyskał je, ale nigdy wcześniej nie musiał się tak bać, tyle martwić.

- Panie Malfoy, co tu się dzieje? Ona musi odpoczywać! Niech pan natychmiast stąd wyjdzie! – Pani Pomfrey wparowała do Sali Chorych słysząc uniesione głosy.

Blondyn prychnął cicho i spojrzał na nią kpiąco, po czym wolnym krokiem wyszedł z Sali Chorych.

- Dziecko, powiedz mi, czy to pan Malfoy dał ci to świństwo? Powinien zostać ukarany jeśli tak było…

- Malfoy? Ten świętoszek nie wiedziałby co to było, nawet gdybym mu to postawiła przed nosem.

- To kto w takim razie? Na litość boską powiedzże!

- Nikt ze szkoły. Więcej nie powiem.

Pielęgniarka westchnęła cicho, zgasiła świece na stoliku Rose i wróciła do swojego pokoju. Ruda znów była sama. Znów mogła się pogrążyć w swoich własnych, najciemniejszych myślach.

***
Julia Marcell – Side effects of growing up

- To cudowne, że Rose się obudziła! – zaświergotała Lily.

Potterowie i ich przyjaciele siedzieli w Pokoju Wspólnym Gryfonów, tuż przy kominku, popijając gorącą herbatę. Oprócz nich nie było już prawie nikogo. Większość uczniów dawno spała. Tylko kilkoro chłopców z szóstej klasy wciąż ciężko pracowało nad esejami z transmutacji.

- Tata powiedział, że nie była zachwycona terapią… Myślicie, że wybierze ośrodek? – zapytał Hugo.

- Nie sądzę – powiedziała Kate.  – Nie znam jej tak dobrze jak wy, ale nie wydaje mi się, żeby znów chciała wrócić do miejsca, gdzie nie może robić wielu rzeczy, które może robić tutaj…

- Oby… – mruknął Al.

- Och, Al, ja wiem, że ona nie wróci na oddział zamknięty. Jak odwiedziłam ją w wakacje, to sobie pomyślałam, że tak musi wyglądać Azkaban dla nieletnich. W oknach kraty, drzwi pancerne. Fakt, że mają magię, ale różdżki im zabierają na dzień dobry… Coś strasznego… – powiedziała Lily. – Rose musiałaby być chyba głupia, żeby tam wracać. A nie jest.

- Masz rację… – mruknął Al. – Tylko mi nie daje spokoju jedno pytanie. Dlaczego to zrobiła?

- Nie wiem… – odpowiedział Hugo. – Krukoni mówili, że wyglądała na bardzo zadowoloną całe popołudnie. Sami byli zdziwieni… Ale było coś, co mnie zaniepokoiło… W zachowaniu Chana Lee…

- Jest prefektem naczelnym! – westchnęła Lisa. – Jest sztywny i poważny. To oczywiste, że nie zachowuje się normalnie.

- Nie, to nie to… Zupełnie jakby chciał mi coś powiedzieć, ale… – urwał.

- Ale co? – zapytał w końcu Al.

- Nie wiem… To było dziwne… Tak, jakby coś wiedział, ale nie chciał wydać Rose, czy coś…

- To byłoby dziwne. Wszyscy wiedzą, że Chan nie cierpi Rose… – wtrąciła Lisa.

- Dobrze wiemy, że Rose… Po prostu ma gdzieś szkołę, regulamin, nauczycieli… Ogólnie mówiąc ma gdzieś wszystko – powiedziała Lily. – Ale, jeśli Chan coś wie i nie powiedział nic o tym to może znaczyć tylko jedno.

- Co? – zapytał Al.

- Ona coś o nim wie i jemu bardzo zależy, żeby to się nie wydało.

- Lily! Skończ już z tymi twoimi teoriami spiskowymi! – zaśmiał się Al. – To prefekt naczelny! Poza tym wszyscy wiemy, jaki on jest. Raczej w nic się nie wpakował, to rozsądny facet.  Może po prostu uznał, że nie powinien się wtrącać w sprawy Rose?

- Ja i tak swoje wiem. Tylko ciekawi mnie, co takiego może ukrywać…

- A może Chan po prostu zna jakąś tajemnice Rose, o której ona sama chce zapomnieć… – powiedziała Kate.

- Hę? – zastanowił się Hugo. Wszyscy patrzyli dziwnie na pannę Wood.

- Popatrzcie. Rose jest kochana i milutka. Potem przenosi się do Francji. Po pierwszym roku w Paryżu wraca zamknięta w sobie. Musiało się coś wydarzyć. Ale znów wraca do Francji i za każdym razem, gdy wraca jest coraz gorzej. Potem znów powrót do Francji, w której zaczęły się wszystkie problemy. To składa się w logiczną całość. Coś się działo tam, we Francji, o czym nikt nie pojęcia oprócz Rose. Może Chan coś odkrył, ale stwierdził, że nie ma prawa mówić o tym nikomu bez zgody Rose. Z drugiej strony czuje, że może powinien się odezwać, bo sumienie nie pozwala mu tego tak zostawić…

- Tak mogłoby być… – mruknął Al. – Chodźmy spać… Im dłużej drążymy ten temat tym bardziej jestem przerażony myślą co mogło spotkać Rose. Albo co ona mogła zrobić…

Wszyscy się zgodzili i rozeszli do pokojów.

Ale Al nie mógł zasnąć i to nie przez Rose, ale Evę. Jedna rzecz nie dawał mu spokoju. Malfoy zawsze reagował na nią tak… przyjaźnie, a ona wciąż unikała tematu. Zawsze sprytnie uciekała od tych rozmów. Był pewien, że go nie zdradzała, nie. Ufał jej. Ale czuł, że wciąż ma tak wiele sekretów, o których nie chce z nim rozmawiać.

Zaczynał go irytować także fakt, że Eva spędzała tak wiele czasu z chłopcami. Tak, byli w jednym zespole, przyjaźnili się, ale czemu raz nie mogła zjeść śniadania bez nich? Przez Lily? Nie sądził, nie przywiązywała większej uwagi do niechęci rudej. Często próbowała z nią żartować i nie poddawała się mimo obojętności Potterówny.
Nie podobały mu się relacje Evy, zwłaszcza z Franco. Dlaczego miałby tak alergicznie reagować na jakiegokolwiek faceta w jej życiu? Może chciał ją mieć dla siebie? Tak, trzymali się razem przez lata, ale przecież kiedyś i tak muszą pójść własnymi ścieżkami. Więc czemu tak uparcie się ich trzymała?

A Lily zawsze była zazdrosna, gdy on lub James się z kimś spotykali. Był przyzwyczajona mieć ich dla siebie. A tu nagle pojawiła się Sofia i James niemal zapomniał o młodszej siostrze. A teraz Eva. Czasem wydawało mu się to zabawne jak bardzo Lily się nimi interesuje, kiedy oni przez chwilę nie interesują się nią.

 

***
Switchfoot – Restless

 

- Podjęłam decyzje – powiedziała Rose do ojca, który pół nocy czuwał przy jej łóżku. Żadne z nich nie mogło spać. Myśleli o wszystkim, co się wydarzyło, każde ze swojej własnej perspektywy. Czy byli teraz bliżej siebie, niż kiedykolwiek wcześniej? Jeśli patrzeć na ich relacje, to może nieznacznie się ociepliły. Bo Rose już nie wyrzucała go z pomieszczenia, jak to bywało w domu. Ale wciąż milczała, chyba, że musiała coś powiedzieć.

Zresztą on też milczał. Nigdy nie wiedział jak z nią rozmawiać. O czym. Ale nie chciał być tej nocy w domu. Znów kłócił się z Hermioną, był zmęczony tym ciągłym szarpaniem się. Czasami myślał, że może ona miała rację, może czepiał się, bo daleko w życiu zaszła?

Być może, oni wszyscy tak rzadko ze sobą rozmawiali, bo trudniej jest rozmawiać o rzeczach trudnych z tymi, których kochamy. Bo przecież nie chcemy ich zranić, a słowa czasami, czy chcemy czy nie, ranią. I czasami nawet nie jesteśmy tego świadomi. Więc może lepiej nie rozmawiać i nie ranić się wzajemnie?

I byli tak do siebie podobni, tak uparci w swoich postanowieniach, a to niczego nie ułatwiało. Ale kiedy tak się gromadzi dawne żale i urazy z czasem wybuchamy i wszystko wraca z potrojoną siłą. Więc czy warto?

- Cieszę się. Cokolwiek wybrałaś.

- Wybieram terapię dzienną. Nie chce wracać do ośrodka.

- Cieszę się tym bardziej. Wolę cię na wolności.

- Ja też…

Dalej już tylko milczeli. Dwoje ludzi, którzy powinni być sobie bliscy, a tak trudno było im wymienić te parę słów. Tak trudno im było na siebie popatrzeć i być szczerym. Tak trudno, bo ścieżki, po których rzadko się chodzi z czasem zarastają. Tak też jest z uczuciami. Nieważne jakimi. Nawet nienawiść, jeśli się jej nie tyka, z czasem traci na sile.

Można by to też porównać do ulubionej książki. Kiedy jesteś młody i przeczytasz ją kilka razy, znasz fabułę na pamięć. Kiedy jednak odłożysz książkę na  półkę i nie będziesz jej ruszał przez dziesięć lat, zaczną ci się mylić wątki, zapomnisz cytaty, które zawsze miałeś w sercu, zapomnisz co się potem działo, zaczniesz odkrywać białe plamy w akcji. Zaczniesz zapominać.

O uczuciach też się zapomina jeśli się je odłoży na bok. I trudniej jest je potem odbudować, bo pamiętasz stare wątki, które mącą to, co jest teraz.

 

***
Extreme – More than words

 

Chris wstał wcześnie. Nie mógł spać. Był zbytnio poruszony. Słyszał wyraźnie. Ona się obudziła i teraz tylko ta jedna myśl zaprzątała jego myśli. Tęsknił za jej głosem. Za jej sarkazmem. Za jej obecnością. Wydawało mu się jakby wieki minęły odkąd ozdobili Wielką Salę kisielem. Ale teraz to było nieważne. Chciał ją zobaczyć i to jak najszybciej.

 

Obudziła się. Nareszcie będę mógł z nią porozmawiać… Ale… Nie wiem co powiedzieć… W nocy był z nią jej ojciec… Przynajmniej tyle dobrego, że zostaje… jeśli dobrze usłyszałem… Ale musiałbym być głuchy, żeby się przesłyszeć, poza tym, nie wierze, żeby chciała wrócić do ośrodka…

Ubrał się, wziął małe pudełko z szafki nocnej i wyszedł. Czas zdawał się płynąć za wolno i jednocześnie za szybko. W końcu stanął przed wejściem do SS.

 

A jeśli jej ojciec wciąż tam jest? Nie, słyszałem przecież wyraźnie jak mówił Hugo, że o piątej rano będzie musiał wyjść i wróci dopiero koło południa…

Otworzył delikatnie drzwi. W środku nie było nikogo oprócz śpiącej rudowłosej dziewczyny. Chris podszedł bliżej i usiadł na krześle obok jej łóżka. Patrzył na nią, na jej spokojny sen. Nie trwało to jednak długo, bo dziewczyna jakby wyczuwając jego obecność przebudziła się.

- Hej, hej, Śpiąca Królewno. – wyszczerzył zęby.

- Co tu robisz… O 6 rano?! – zapytała Rose zdziwiona.

- Nie mogłem spać. Ale mam coś dla ciebie.

- Co takiego? – zapytała niepewnie.

Chłopak położył obok niej pudełko. Rose otworzyła je, a w środku znajdowały się cukierki w brązowych papierkach ze złotymi wzorkami.

- Nie wiem, czy lubisz mugolskie słodycze… Właściwie to nie wiem, czy w ogóle je lubisz… Ale uwielbiałem je kiedy byłem mały. Pomyślałem, że może będziesz miała kiedyś ochotę…

- Przyniosłeś mi cukierki? – Rose zaśmiała się. – Jesteś naprawdę stuknięty. Ale… O matko! Pamiętam… Moja babcia kupowała zawsze takie same…

Rose przypatrywała się cukierkom z nostalgicznym uśmiechem. Lekkim, ledwo zauważalnym dla kogoś, kto nie znał jej już jakiś czas.

- Chciałem cię zapytać… – zaczął Chris i zamilkł na chwilę. – Czy ty…

Rose nieco spochmurniała.

- Wiem, o co chcesz zapytać. Ja… – urwała.

- Nie wiesz tak naprawdę… – dokończył po chwili ciszy Chris.

- Nie wiem też dlaczego ty zawsze wiesz, co myślę… – uśmiechnęła się lekko. – I co lubię.

- Cóż… – chłopak złapał ją za rękę. – Może znam cie lepiej niż myślisz?

- Chyba tak… – po chwili milczenia westchnęła i spojrzała mu prosto w oczy. – Dziękuję ci. Za wszystko.

Z jakiś nieznanych dla siebie powodów nie potrafiła, a może nie chciała być dla niego niemiła. Było w nim coś takiego, coś, co sprawiało, że czuła się bezpiecznie. I podobało jej się to uczucie, choć współmiernie do niego bała się każdej minuty spędzonej w jego towarzystwie. Bała się, że w pewnym momencie zrobi się za poważnie i będzie musiała go zostawić lub powiedzieć prawdę.

- Hm… Czy to znaczy, że panna Weasley wreszcie zaczyna akceptować moją pomoc? – zapytał nachylając się i uśmiechając się w specyficzny, słodki sposób, przez który wyglądał trochę jak kilkuletni chłopiec, który próbuje na coś nakłonić swoich rodziców, używając przy tym całego swojego uroku.

Rose uśmiechnęła się łobuzersko.

- Cóż, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, jak choćby wspólny szlaban o piątej rano, który i tak na lewo anuluje, i łapówkę w postaci moich ulubionych cukierków, chyba nie mam wyjścia…

- Też tak uważam.

- Ale musisz mi powiedzieć o sobie wszystko. Muszę wiedzieć. Muszę cię wreszcie zrozumieć.

- Dziś sobota. Nie mam innych planów.

 

***
Glen Hansard – All the way down

 

Rose stała w gabinecie dyrektorki. Zawsze czuła się nieswojo w tym miejscu. Zupełnie jakby za chwilę miała oberwać kolejny szlaban. Ale nie dziś. Po chwili dołączył jej ojciec.

- Rose, dziś po raz pierwszy uczestniczysz w terapii, więc pójdzie z tobą twój ojciec. Za każdym następnym razem będę cię odbierać i zaprowadzać na zajęcia sama. Jeśli nie masz pytań, to możemy już iść – dyrektorka złapała za dłonie Rose i Rona i po chwili znajdowali się na długim, zielonym korytarzu. Stali przed drzwiami z napisem Dr Andriej Beagle.

- Wrócę tu za dwie godziny – powiedziała kobieta. – Powodzenia.

Ron i Rose zostali sami.

Weasley nie zdążył nawet zapukać do drzwi, gdy te otworzyły się i stanęła w nich młoda kobieta z krótkimi czarnymi włosami i dużymi niebieskimi oczami.

- Rose Weasley i jej ojciec, Ronald Weasley, tak? – zapytała miłym głosem.

- Tak – odpowiedział mężczyzna.

- Doktor Beagle już czeka. Proszę za mną.

Weszli do sekretariatu, było to niewielkie prostokątne pomieszczenie. Pod oknem stało biurko z kilkoma stertami papieru. Tuż obok znajdował się mały stoli do przyrządzania napojów sądząc po maszynie do kawy, czajniczku i filiżankach. Na przeciwko biurka stała długa skórzana kanapa, a obok regał z książkami. Przeszli do kolejnego pomieszczenia. Typowy gabinet terapeuty, biurko, wygodne fotele, mnóstwo książek, kominek z ciepłym, przyjemnym płomieniem. Na ścianach wisiały magiczne fotografie pulchnego mężczyzny w kitlu z uśmiechniętymi czarodziejami i czarownicami. Za biurkiem siedział pulchny mężczyzna z fotografii. Niezbyt przystojny blondyn około czterdziestki. Miał wielki nos, a pod nim mały wąsik.

Uśmiechnął się na widok Weasleyów.

- Dzień dobry, chociaż już jest właściwie popołudnie – powiedział wesoło. – Nazywam się Andriej Beagle. Zanim rozpoczniemy grupową terapie, mam taki zwyczaj, że najpierw prowadzę jedną indywidualną sesję. Dla jasności. Proszę siadajcie.

To jest chyba jakiś żart…

Weasleyowie usiedli na fotelach przy biurku.

- Rose, prawda?

- Tak – powiedziała dziewczyna.

- A matki nie ma? – doktor zapytał Rona.

- Nie ma.

- A będzie?

- Nie liczyłbym na to. Miała dziś mieć ważne spotkanie w Ministerstwie. To coś zmienia, albo przeszkadza? – zmartwił się Ron.

- Nie. Od jakiego czasu zauważyli państwo problemy z zachowaniem Rose?

- Hm… To jakoś w trzeciej klasie… Dwa lata po tym, jak przenieśliśmy ją do Beauxbatons spojrzał niepewnie na Rose.

Odnoszę dziwne wrażenie, że jestem tu zbędna….

- Dobrze… Chciałbym z panem porozmawiać o Rose, ale nie dziś, mam po was kolejnego pacjenta. Może jutro o 9:00?

- Tak, oczywiście – odpowiedział Ron.

- To świetnie. Miałby pan coś przeciwko gdybym porozmawiał z Rose w cztery oczy? Panna Pirelli ma mnóstwo ciekawych książek i robi przepyszną kawę.

- Naturalnie – Ron wyszedł.

- Więc… powiedz mi Rose, dlaczego chciałaś się przenieść do Beauxbatons?

- Nie chciałam. Moja matka chciała. Hogwart to za niski poziom jak dla córki Hermiony Granger-Weasley.

- Nie masz najlepszych stosunków z matką, prawda?

- Niech pan mnie posłucha. Przyszłam tu, bo nie chciałam wracać na odwyk do ośrodka. Nie zamierzam się zwierzać ze swoich problemów jakimś obcym, a już na pewno nie zamierzam słuchać ich użalania się nad sobą.

- Masz w sobie wiele złości, Rose.

- Nie… Serio?

- Uważasz, że nie potrzebujesz pomocy?

- Nie. Uważam, że nikt po prostu nie jest w stanie mi pomóc.

- Dlatego znów postanowiłaś targnąć się na swoje życie?

- Nie próbowałam… Zresztą nieważne… Nie zrozumie pan.

- To mi wytłumacz. Wszystko to, co zostaje tu powiedziane zostaje między nami. Nie mam prawa ujawniać sekretów pacjentów, chyba, że sami wyrażą na to zgodę.

Rose nic nie odpowiedziała.

- Jeśli wolisz, możemy tez pomilczeć. Ale skoro już tu jesteś możemy chociaż spróbować. Skąd wiedziałaś, że potrafisz chodzić?

- Co?

- Skąd wiedziałaś że potrafisz chodzić, jako dziecko. Skoro zaczęłaś chodzić, to musiałaś wcześniej próbować.

- Nie wiedziałam… Tak jakoś… – mruknęła przyglądając się doktorowi podejrzliwie. Nie wiedziała do czego ma prowadzić to nieoczekiwane pytanie.

- Więc skąd wiesz, że ta terapia ci nie pomoże skoro nie spróbowałaś? Jako dziecko nie umiałaś mówić, czy chodzić. Nie wiedziałaś czy potrafisz, ale po prostu próbowałaś. Tak samo jest z terapią. Widzisz, ludzie nie zdają sobie sprawy, że wyjście z nałogu, życie bez używek jest jak nauka chodzenia. Uczysz się tego. Musisz nauczyć się reagować na stres inaczej niż używki. Musisz nauczyć się, dlaczego to, co robiłaś jest błędne. Nie jest to łatwe. Kiedy uczyłaś się chodzić, zdarzało się, że upadałaś. I tak samo będzie tym razem. Będziesz upadać i to będą twoje najcięższe próby. Od tego jak bardzo chcesz się nauczyć żyć na nowo, zależy, czy pójdziesz dalej dobrą drogą, czy starą drogą. To nie zależy tylko ode mnie, czy od ludzi z którymi będziesz miała do czynienia. To wszystko jest w tobie, Rose.

- Co jeśli jestem zbyt słaba, albo jeśli nie chcę się nauczyć?

- Myślę, że chcesz.

 

***
Extreme – More than words

 

 

Rose weszła do swojego pokoju. Była zmęczona długą rozmową z terapeutą i tymi jego sztuczkami, które sprawiały, że ciągle mówiła rzeczy, które chciała zachować dla siebie.

- Nie pomyliły ci się kierunki? To dormitorium dziewczyn… I… O! Mój pokój… Więc.. Co tu robisz?

- Przyszedłem z kolejną łapówką – powiedział Chris potrząsając demonstracyjnie niedużym pudełkiem.

- Jeżeli myślisz, że jestem aż tak podatna na takie łapówki, to masz absolutną rację – Rose usiadła na swoim łóżku obok chłopaka.

- Jak było? Wiem o terapii. Twój brat mi powiedział.

- Od kiedy jesteście takimi super kolegami? – zakpiła.

- Od twojego incydentu mniej więcej… – Chris uśmiechnął się łobuzersko.

- Czyli od niego wiedziałeś o tych cukierkach?

- Nie. Akurat tego nie. Próbowałem się dowiedzieć, ale twojego brata w tamtych czasach bardziej intrygowało śledzenie cie, niż zwracanie uwagi na to, co lubisz robić. No i przy okazji dowiedziałem się parę ciekawych historii. Między innymi dlaczego masz takie chody u Longbottoma… – Chris wybuchnął śmiechem.

- Tylko nie mów, że powiedział ci tą historie o ropuchach…

- Cóż… Powiem szczerze, dawno się tak nie uśmiałem…

- Zabije go…

- Nie rób tego, mogę się dowiedzieć jeszcze parę rzeczy o tobie…

- A może teraz ja pozadaje pytania?

- Wal śmiało.

- Dlaczego gang?

- Cóż… Byłem idealnym kandydatem… Wysportowany, silny, szybki, dzięki magii zawsze tez byłem krok w przód od innych. No i oczywiście jestem czarny[Od autora: żeby nie było, nie jestem rasistką, mój chłopak jest Afroamerykaninem! Nie, żeby należał do gangu, od zapewniania mini ataków serca i doprowadzania go do stanu umysłu, gdzie szpital psychiatryczny to za mało jestem JA :P]. To był mój sposób na wyrażenie sprzeciwu, wobec klasyfikowania czarodziei według statusu krwi. Chciałem pokazać, że moja matka jest mugolką i jestem z tego dumny. Że jestem tak cholernie z tego dumny, że mógłbym nawet wieść mugolskie życie. Potem ulica nauczyła mnie swoich reguł. Inni walczyli o byt, o szacunek, o władze. Ja nie musiałem tego robić. Miałem to wszystko. Ale nauczyło mnie to tego, że zawsze trzeba być twardym. Nie żałuję. Nadal jestem członkiem tego gangu, tyle, że wszyscy myślą, że rodzice wysyłają mnie do jakiegoś poprawczaka. Tyle razy mówiłem chłopakom, że to szkoła z internatem, ale oni nie wierzą. Mógłbym opowiadać o tym bez przerwy. Ale jak cię znam, masz jeszcze parę pytań w zanadrzu.

- Twoja rodzina nie ma ci za złe?

- Trudno powiedzieć… Nie pochwalają tego co robię, ale starają się rozumieć moje powody. Wiesz, to jest tak, że tworzymy razem prawdziwy dom. Wiem, że cokolwiek zrobię, zawsze znajdzie się dla mnie miejsce, zawsze będę mógł wrócić, nieważne kim się stanę. To bywa budujące.

Rose uśmiechnęła się lekko.

- Budujące… – powtórzyła wpatrując się w puste papierki po zjedzonych cukierkach.

 

***

Glen Hansard – Leave

 

- Mark! Mark! – wołała blondynka. Wiedziała dokładnie, gdzie go szukać. Scorpius dał jej dokładne wskazówki. Musiała z nim porozmawiać, jeśli słowa Ślizgona były prawdziwe.

- Mia? Co ty tutaj robisz? – zdziwił się.

- Czy to prawda? – zapytała łamiącym się głosem.

Nie chciała by wyjeżdżał. Nie chciała, by ją zostawiał, nie tak, nie z takiego powodu. Nie dawało jej to spokoju, ale brunet nie chciał z nią rozmawiać. Czuł się zraniony i nie potrafił tego zmienić.

Westchnął.

- Mia, nie sądzę, że powinniśmy o tym dyskutować… Podjąłem decyzję, co będzie najlepsze dla mnie. I nie zmienię zdania. Obstawiam, że nie ma sensu czekać na Scorpiusa? On cie tu przysłał, czyż nie?

- Powiedział, że wyjeżdżasz przeze mnie… – po jej policzku popłynęła łza. – Nie chcę żebyś wyjeżdżał, nie chcę się z tobą kłócić, nie chcę nie być z tobą…

- Mia, okłamałaś mnie. I to nie było byle co. Już bym chyba wolał, żebyś mnie zdradzała. Myślisz, że nie wiedziałem kim są twoi rodzice? Wiedziałem od początku. Kiedy byłaś tylko zachcianką, wszystko sprawdziłem. Ale potem kiedy powiedziałaś, że są czarodziejami pomyślałem: Może coś mi się pomieszało, przecież Mia by mnie nie okłamała. Ale zrobiłaś to. A co najgorsze, nawet kiedy wreszcie mówiłaś prawdę zachowywałaś się tak, jakby status krwi był wszystkim, co mnie interesuje.

- Przepraszam…

- To za mało, Mia. Jak mógłbym ci znów zaufać? Ty mi nie ufasz. Ty nawet mnie nie znasz. Nie myśl, że jestem dupkiem, bo nie chcę ci dać szansy. Po prostu nie potrafię…

Pogładził dłonią jej policzek i zamknął oczy.

- Przepraszam, Mia. Nie umiem wybaczać…

Zniknął gdzieś w ciemnym korytarzu, a ona została sama, wciąż czując ciepło jego dłoni na swoim policzku. Kochała go. Mocniej niż kiedykolwiek mogła przypuszczać. Po jej policzkach płynęły łzy.

Kategorie: Opowiadanie

O Bezczelna

Jestem jaka jestem, trochę tu, trochę tam, trochę siam, a i jeszcze tyci gdzieś indziej. Nie pije, nie pale, a żyję, nie nosze białych kozaczków nie cierpię sagi Twilight, Pamiętników Wampirów i innego chłamu tego typu, z dobrą książką potrafię przesiedzieć całą noc(absolutnie nieprzydatne jeśli pracujesz jak ja)

10 Komentarze

  1. Hej :) Jakiś czas temu znalazłam twojego bloga i zaczęłam go czytać regularnie. Muszę powiedzieć, że podziwiam Ciebie za to, że nie boisz się poruszać takich problemów jak uzależnienie od narkotyków czy załamanie nerwowe spowodowane wstrząsającymi przeżyciami. W niektórych momentach płakałam, szczególnie podczas opowieści Grega, ale także śmiałam, np.: akcja z kisielem. Relacje między Rose a jej rodziną przedstawiłaś w innym świetle. Pokazałaś, że życie Weasley’ów i Potterów nie musi być perfekcyjne i kolorowe. Co do Malfoy’ów, to też trafiłaś w sedno. Zawsze zastanawiało mnie, jak będzie wyglądało ich życie po wojnie. Preferuję tą szczęśliwą wersję ich życia, lecz wersja z problemami również jest interesująca. Skupiasz się głównie na psychologicznym opisie bohaterów, dajesz czytelnikowi do myślenia. Mam nadzieję, że Rose odnajdzie się, zyska dobrego przyjaciela w Chrisie i zwiąże się ze Scorpiusem (nie wyobrażam sobie innego połączenia, pasuje do niego). Podoba mi się Twoja historia i nadal będę tu zaglądać często : ) Życzę Ci dużo weny i wiernych czytelników. :)
    Pozdrawiam Lily : )

    • Cóż bardzo się cieszę, że się podoba:D
      Chciałam stworzyć opowiadanie nieco inne i mam nadzieję, że idę w dobrym kierunku. Cały czas staram się szlifowac pisanie i jeszcze daleko mi do ideału, ale myślę że jakieś tam postępy zrobiłam.
      Dziekuję serdecznie i pozdrawiam,
      xoxo
      Bezczelna

      • Zrobiłaś naprawdę duże postępy od pierwszego, twojego postu. Z każdym następnym rozdziałem są one coraz bardziej widoczne. : ) Pisz i rozwijaj się dalej. : )
        Pozdrawiam Lily : D

  2. Ty! Ja tu chcę widzieć Rose i Scorpiusa, a nie Rose i Chrisa!
    Och wiem, „bądź cierpliwa” powiesz mi,
    Kiedy mi się happy end śni…

    Czuje, że rymuję:)

    A ci do terapii Rose to zastanawia mnie co planujesz bo jak ciebie znam nie zamierzasz zostawić tego wątku by żył własnym życiem? :)

    Czekam z niecierpliwością
    Całuski:*

    • Skrzywienie zawodowe haha.

      I tak, bądz cierpliwa, ty to byś wszystko tak od razu chciała! Pazerna babo z internetu :P

      czekaj, czekaj na posta a w międzyczasie wpadaj na kawę!

  3. Ej, nie rozdzielaj ich tak na stałe, ja chcę, żeby byli razem! To znaczy, Mia i Mark.
    A z tym Chrisem, to co? Mam nadzieję, że Rose się w nim nie zakocha, bo ja ją widzę tylko ze Scorpiusem.
    Kate jest słodka i taka wyrozumiała, uwielbiam ją, mimo, że nigdy nie lubiłam Hugona, zawsze jak pisałam o MP, to zostawiałam go gdzieś tam w tle, jako postać drugoplanową, małego, upierdliwego braciszka Rose ;) A u Ciebie… no cóż, jest fajny, jest do polubienia ;)
    Wciągnęłam ten rozdział znowu jednym tchem, to, co mnie fascynuje, to to, że każdy kolejny odcinek jest lepszy od poprzedniego pod względem stylu, gdyby porównać ten z którymś z pierwszych – niebo, a ziemia. Rozwijasz się cały czas i mam wrażenie, że za niedługo ten blog będzie jednym z najlepszych jakie czytałam :)
    Pozdrawiam ;*
    (I znowu: czekam na news!!!)
    Aprilias

    • Cóż, wcześniej sama nie przepadałam za Hugonem, ale kiedy zaczęłam pisać to opowiadanie stwierdziłam czemu nie, niech ma jakiś udział w wydarzeniach, a w końcu sama ich polubiłam, nie tak mocno jak Rose, ale jednak.
      Z pisaniem, staram się jak mogę, myślę o pisaniu dość poważnie ale jeszcze bardzo wiele mi brakuje :/

      A co do Rose i Chrisa… Hm… Tu twardy orzech do zgryzienia, czas pokaże:) na pewno na zbliżenie miedzy rudą, a blondynem trzeba będzie poczekać, no coś tej dziewczyny jeszcze nie ciągnie za mocno w stronę Slytherinu :P

      Cieszę się, że się podoba, a już przy następnym rozdziale będę miała miłą niespodziankę dla czytelników:) Cóż miłą przynajmniej dla mnie:D

      xoxo
      Bezczelna

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.