23. Być, albo nie być…?

Adele – Turning Tables

 

- Zawołaj dyrektorkę – powiedziała już spokojnie pielęgniarka.

Scorpius westchnął cicho i ruszył w stronę wyjścia wielokrotnie oglądając się za siebie. Nie cierpiał Skrzydła Szpitalnego. Spędził tu zbyt wiele czasu po meczach quidditcha.. Gdy był za drzwiami, oparł się o ścianę i osunął na podłogę. Schował twarz w dłoniach.

Choć trochę się uspokoił, serce dalej waliło mu jak po trudnym meczu Quidditcha. Nigdy wcześniej nie czuł się tak przerażony. Po raz pierwszy w życiu tak otwarcie przyznawał przed samym sobą, że się boi, że jest bezradny, że nie wie co robić… To było zdecydowane za dużo. Poczuł właśnie emocje, które nigdy wcześniej nie gościły w jego sercu. O to go przerażało jeszcze bardziej. Podobało mu się, gdy znał tylko złość, satysfakcje, pożądanie… Nigdy nie chciał czuć niczego więcej, bo i po co? Przecież takie życie było wygodne…
A teraz… Przez Weasley poczuł to wszystko, przed czym uciekał całe życie – paraliżujący strach, słabość, poczucie, że nic na tym świecie nie należy do niego.

W pewnym sensie poruszyła jego oziębłe i nieco skamieniałe serce.

Blondyn podniósł się i znów westchnął, po czym ruszył w stronę gabinetu dyrektorki. Jak nigdy doszedł tam w zaledwie kilka sekund, a może tylko tak mu się wydawało. Zapukał do drzwi, cicho, jakby z nadzieją, że nikt nie odpowie. Usłyszał jednak donośne „Proszę”.

- A, pan Malfoy! Co cię do mnie sprowadza? Bo rozumiem, że nie przyszedłeś na herbatę o tak późnej porze?

- Chodzi o Rose Weasley.

- Boże! Same kłopoty z ta dziewuchą! Co tym razem? Postanowiła znów pomagać Irytkowi? Zdemolowała Pokój Wspólny? Wielką Salę? Którąś z klas?

- Jest w Skrzydle Szpitalnym. Pani Pomfrey ją uratowała, ale mało brakowało…

- Dobry Boże! – dyrektorka zasłoniła sobie usta dłonią.

Nie cierpiała tej dziewczyny. Wieczne z nią były problemy. A to pyskowała nauczycielem, a to się spóźniała, a to wagarowała, a to coś zniszczyła… Z pewnością nie należała do nielicznego grona uczniów, którzy zasłużyli na sympatię dyrektorki. Mogła się uczyć w tej szkole tylko dlatego, że nie była nieukiem, no i oczywiście dzięki zasługom jej rodziców. Ale nawet to nie mogło sprawić że Minevra McGonagall poczuła do niej choć odrobinkę sympatii.

Mogło jednak sprawić, by kobieta poczuła do niej współczucie. Tak, dyrektorce szkoda było Weasleyówny. Wiedziała, że dziewczyna jest zdolna, że mogłaby bez większego wysiłku osiągnąć wszystko… Coś jednak sprawiało, że potrafiła się do tego zebrać, zorganizować wewnętrznie… A teraz leży w szpitalu ledwie żywa. Tak, dyrektorka martwiła się o nią, jak o każdego innego ucznia, może nawet trochę bardziej, przez wzgląd na jej rodziców.

Wyczarowała patronusa i coś mu szepnęła. Energicznie wstała i ruszyła w stronę wyjścia z gabinetu.

- Chodźmy! – powiedziała wyraźnie zmartwiona.

Całą drogę milczeli. Blondyn myślał tylko o tym, by w końcu wrócić do dormitorium. Już nawet nie miał ochoty na Ognistą. Chciał po prostu położyć się w swoim własnym łóżku, w samotności i nie myśleć już o niczym.

Ten dzień zdecydowanie nie należał do najlepszych w jego życiu. Mark wyjeżdża, Ojciec idzie na kolejną terapię, mały włos nie zabił Rose Weasley – jakby nie mógł to być ktoś mniej konfliktowy dla obu rodzin.

- Poppy! Co z nią?! – Zapytała dyrektorka gdy weszli do Skrzydła Szpitalnego.

- Jest nieprzytomna. Beozar pomógł, ale nie mam pojęcia co z nią i czym się zatruła. Trzeba ją wysłać do Munga.

- Poczekajmy na jej rodziców. Już ich zawiadomiłam. Myślę, że za chwile powinni się tu zjawić. A pan niech zawiadomi jej brata, panie Malfoy – zarządziła dyrektorka.

Scorpius wyszedł mijając się w drzwiach z Ronaldem Weasleyem. Ale ten nawet go nie zauważył. Niemal biegł do nieprzytomnej córki.

- Ron! Dobrze, że już jesteś! – powiedziała dyrektorka, po czym opowiedziała wszystko, co wiedziała o sprawie.

- A gdzie Hermiona? – zapytała w końcu profesorka.

- Też chciałbym wiedzieć… – mruknął Ron patrząc załamany na córkę.

- Co to? – zapytała lekarka, wskazując na coś małego, białego, okrągłego, leżącego tuż obok łóżka.

Ron podniósł tabletkę.

- Co to? – zapytała dyrektorka.

- Nie wiem… – mruknęła lekarka.

- Ale ja wiem – powiedział Ron zamykając dłoń z tabletką w pięść. – Rose nie potrzebuje pobytu w Mungu, tylko w dobrym ośrodku odwykowym – mężczyzna zasępił się nieco. – Niech mnie panie powiadomią, jeżeli jej stan się zmieni, choćby trochę, dobrze?
- Dobrze… Ale co w związku z pobytem w szpitalu?
- Mung będzie zbędny, zabierzemy tylko miejsce naprawdę potrzebującym. Beozar to był strzał w dziesiątkę. Już raz to wzięła… Wszędzie bym poznał te tabletki…

 

Rok wcześniej, dom Weasleyów.

- Rose, otwieraj te drzwi, albo je wyważę! Nie będziesz siedziała w tym pokoju do końca życia! Musisz jechać do szkoły! Mam dość twojego zachowania, rozumiesz?!

Nikt nie odpowiedział.

- Sama tego chciałaś! – Ron wyciągnął różdżkę. – Bombarda!

Nastąpił mały wybuch, a po drzwiach nie zostało niemal nic. Ron wszedł do środka. Jego córka leżała na podłodze. Wyglądała jakby spała, ale była bledsza i taka… spokojna… Obok niej leżało otwarte pudełko, wyglądające jak pudełko po lekarstwach. Ron szturchnął Rose, ale ta nie zareagowała, nawet na jego krzyki… Zupełnie jakby była… martwa.

Mężczyzna natychmiast teleportował się z córką do szpitala św. Munga. W ręce ściskał tabletki, które zabrał aby pokazać lekarzom.

- …cudem ją odratowaliśmy… – słyszał jak przez mgłę. – …jej stan jest ciężki… Nic nie obiecujemy… Silny stres… Prawdopodobnie próba samobójcza…

 

Teraz.

Ron siedział w Trzech Miotłach pijąc whisky przy barze. Jedną rękę trzymał na czole, stwarzając podporę dla głowy.

- Ron! Wszędzie cie szukam!

Mężczyzna położył obie ręce na blacie i uniósł głowę do góry. Nieznacznie odwrócił głowę w stronę kobiety i zapytał ozięble popijając whisky:

- Gdzie byłaś?

- U Rose… – odpowiedziała zdezorientowana.

- Pytam, gdzie byłaś, kiedy ja u niej byłem.

- Miałam spotkanie z ministrem Stanów Zjednoczonych…

- Twoja córka leży w szpitalu – przerwał jej ostro.

- Wiem, ale to było naprawdę ważne spotkanie i…

- Ważniejsze od twojego umierającego dziecka?! – spokój Rona wyparował.

- Nie rób scen – syknęła cicho Hermiona rozglądając się wokół. Wszystkie twarze skupione były na nich i zapanowała idealna cisza. – Nie ma macie nic innego do roboty? – warknęła i wszyscy wrócili do swoich zajęć. – Dostałam list po wyjściu ze spotkania…

- Rose miała rację. Praca to jedyne o co dbasz…

Ron wstał rzucając barmanowi banknot i wyszedł z baru. Hermiona stała tam jeszcze chwilę, a potem ruszyła za mężem.

 

***

 

Blondyn stał przed portretem Grubej Damy. Nawet nie próbował zgadywać hasła. Nie specjalnie zależało mu, aby dostać się do środka. Patrzył na nią, a ona na niego.

- Wchodzisz, czy nie? – zapytała w końcu zirytowana.

- Czekam na kogoś – odpowiedział cicho.

- Malfoy? – usłyszał za sobą.

- Potter. Eva – lekko kiwnął głową w kierunku dziewczyny.

- Co tu robisz? – zapytał chłodno Albus. Nie podobała mu się sympatia z jaką zawsze się do niej zwracał. Wolał by blondyn trzymał się z daleka od jego dziewczyny.

- Właściwie, to przyszedłem do twojego kuzyna, ale w sumie ty też się nadasz – powiedział Scorpius stwarzając pozory pewnego siebie i obojętnego na całą sytuacje. – Twoja kuzynka jest w SS. Nie za dobrze z nią. Jej ojciec już tam jest.

- Jaka kuzynka?

- Jesteś głupszy niż myślałem! – zirytował się Scorpius. Był już dostatecznie zdenerwowany tym, że był tak przerażony, a tu jeszcze Potter udawał idiotę… Chociaż nie. On był idiotą. – Z tego co mi wiadomo masz w Hogwarcie tylko jedną kuzynkę na dzień dzisiejszy, nie? No, chyba, że ktoś ci dorobił parę na boku…

Blondyn odszedł zostawiając Pottera i Evę samych.

Gdy jednak odszedł wystarczająco daleko usiadł na podłodze w jakimś brudnym, zakurzonym, dawno nieużywanym korytarzyku opierając się o lodowato zimną ścianę.

 

Co ja narobiłem… Boże, Weasley… Jeszcze nigdy nie czułem takiego strachu… Coś ty narobiła, głupia? Słyszałem jak twój ojciec mówił McGonagall, że już to brałaś… Zrobiłaś to specjalnie? Wyglądałaś na szczęśliwą, ale kto cie tam wie? Jesteś taka…. Taka… Taka nieprzewidywalna! Nie wiem co czujesz… Nie mam pojęcia co myślisz. Na niczym ci nie zależy… O nic nie dbasz…
Dlaczego to zrobiłaś? Nie byłaś na tyle pijana, by nie wiedzieć, co robisz.

***

The Moon and The Nightspirit – Secret Path

 

- Harry, naprawdę nie wiem co mam robić… Myślałem, że już z tym skończyła… Ostatnio nie piła i nie brała… A może ja nie chciałem widzieć, że nic się nie zmieniło?

Ronald Weasley siedział w salonie Potterów. Twarz miał schowaną w dłoniach. Był załamany. Zawiedziony. Całe życie starał się, by jego dzieciom niczego nie zabrakło, bo u niego w domu bywało różnie. Starał się poświęcać im jak najwięcej czasu, bo dla niego rodzice nie mieli go zbyt wiele przy tak licznym rodzeństwie. Chciał by były szczęśliwe, ale… Kolejny raz zawiódł. Gdzie popełnił błąd? Nie potrafił odpowiedzieć, choć przez jego pamięć przelatywały obrazy z przeszłości. Nie potrafił odpowiedzieć, choć tak bardzo się starał.

Chciał znaleźć ten jeden błąd, albo te błędy, by móc je naprawić, ale może nie potrafił być obiektywny wobec samego siebie.

- Ron, to nie twoja wina… – odpowiedział Potter.

- Wiem, ale najgorsze jest to, że zrozumiałem, że Rose tak naprawdę nigdy nie miała oparcia w Hermionie… Kiedy dostałem patronusa, że z Rose jest bardzo źle zjawiłem się tam jak najszybciej to było możliwe. A jej tam nie było. Miała spotkanie z jakimś ministrem…

Miał żal. W końcu to nie tylko jego dzieci. Bolesne było zdanie sobie sprawy, że zapracowana żona nie poświęcała im tyle czasu ile on sobie wyobrażał. A przecież Rose tyle razy krzyczała, że praca to jedyne, co obchodzi jej matkę. Ale on nie słuchał. Bo to przecież nastolatka i na pewno się buntuje. Ale Hugo nie mówił nic… Bo może chłopak nie potrzebował tak bardzo matki jak dziewczyna. Bo może gdyby wiedział, że Hermiony nigdy nie było stałby się nie rodzicem, a rodzicami i może wszystko potoczyłoby się inaczej.

- Nie możesz mieć do niej pretensji, o to, że chciała być kimś…

- Nie mam. Chciałem tylko, by moje dzieci były szczęśliwe…

- Mam pewien pomysł, jak można pomóc Rose. Ostatnio była u nas jakaś koleżanka Ginny, nie pamiętam jej imienia, wiesz, że Ginny sprowadza do domu całe pielgrzymki na ploty… Mniejsza z tym. Powiedziała, że miała podobne problemy z synem jak ty teraz z Rose. Mówiła że jest taka grupa wsparcia, że spotykają się osoby w różnym wieku, opowiadają o swoich problemach i wspierają się nawzajem. Prowadzi je jakiś terapeuta… Nie pamiętam więcej, ale mogę się dowiedzieć.

- Byłbym wdzięczny! – powiedział Ron z nadzieją. – Jeśli Rose w ogóle z tego wyjdzie…

Jeśli wyjdzie z tego… Spróbuję… Zrobię wszystko co w mojej mocy, by ją wyciągnąć z tego dołka…

Był załamany. Załamany, bo jego dziecko być może umierało. Już się tak czuł, nieco ponad rok temu. Tyle, że wtedy nie wiedział tego, co teraz wie. Tyle, że wtedy nie rozumiał tego, co rozumie teraz. I może dlatego, tym razem mu się uda…

 

***

 

Hermiona siedziała w salonie. W ręku trzymała kieliszek czerwonego wina, a drugą przeglądała strony albumu ze zdjęciami.

Nie czuła się winna, czy zła. Była rozżalona. Wszyscy obwiniali ją za wszystko złe, co działo się w tej rodzinie. A przecież nie robiła nic złego. Była pracującą matką jak wiele innych kobiet. Tyle, że innym kobietom nikt nie wypomina tego, że udało im się do czegoś w życiu dojść. Do czegoś więcej niż gromadka dzieci i perfekcyjne opanowanie umiejętności kucharskich.

 

Dlaczego wszyscy uważają, że to moja wina, Rose? Przecież cie kocham… Jesteś moją córką… Czy byłam aż tak zła matką? Chciałam tylko, żebyś była szczęśliwa. Gdzie popełniłam błąd? Zawsze dostawałaś to, co chciałaś… Chodziłaś gdzie chciałaś… Nie broniłam ci niczego…
Wysłałam cie do najlepszej szkoły dla dziewcząt. Dawałam ci tyle galeonów ile chciałaś na ubrania, żebyś zawsze czuła się komfortowo. Chciałaś pojechać w góry? Proszę bardzo! Nad morze? Nie ma problemu.
I co za to dostałam? Może to był mój błąd…

 

***

 

- Hugo, przyniosłam ci coś ciepłego do jedzenia – powiedziała Kate siadając obok Weasleya przy łóżku Rose.

Mimo wszystko wciąż wierzył, że jeszcze do niego wróci, taka jak kiedyś. Może była to już naiwność, ale jaki byłby z niego brat, gdyby ją zostawił? Nie mógł. Nie potrafił tak po postu odejść wiedząc, że Rose potrzebuje pomocy.

- Dziękuje… Kochana jesteś… – pocałował ją krótko, po czym wziął się za jedzenie.

Kate była dla niego jak skarb. Pierwszy raz w życiu poczuł, że to naprawdę to. Choć czasem się kłócili, czasem sprzeczali, czasem ze sobą nie zgadzali, to i tak, nie potrafili długo się na siebie gniewać, czy obrażać. Tak. Kate to z pewnością było coś, czego długo szukał w swoim życiu.

- Lily i Al przyjdą później, mają trochę lekcji do odrobienia. Swoją drogą ty też. Skoro i tak nic tu nie robisz, to powinieneś wziąć sobie chociaż książki.

Oboje troszczyli się o siebie i to było dla nich ważne. Żeby to drugie było szczęśliwe. Nawet teraz, gdy ona tu siedziała, przy łóżku dziewczyny, której nie cierpiała i robiła to tylko dla niego.

- Myślałem, że powiesz, że powinienem sobie darować siedzenie tutaj.

- A dałoby to coś? Nie sądzę. Poza tym, gdyby tu leżał teraz mój brat, pewnie jak ty siedziałabym przy nim bez przerwy.

- Mówiłem ci już, że cie kocham?

- Ze trzysta razy, ale możesz powiedzieć jeszcze raz…

- Kocham cie – pocałował ją.

- Ja ciebie też… A jak twoi rodzice?

- Nadal ze sobą nie gadają… I nadal nie chcą powiedzieć co się stało, ale pisałem do Jamesa i on powiedział, że słyszał jak nasi ojcowie gadali. Poszło o Rose. Podobno. Jeśli wierzyć Jamesowi.

- A co z tą całą terapią, o której wspominał twój wujek?

- Tata był tu kilkanaście minut przed tobą i powiedział, że ma już wszystkie namiary. Chodzą tam czarodzieje z rożnymi problemami, nie tylko z uzależnieniami… Ludzie, którzy tam chodzą, albo chodzili dobrze o tym wszystkim mówią. Podobno pomaga.

- Myślisz, że jej też pomoże?

- Nie wiem… Rose jest bardzo skomplikowana…

- Ta…

 

***

Angus & Julia Stone – Devil’s Tears

 

Ciemnoskóry chłopak wpatrywał się w sufit. Jego wzrok błądził po kamiennym stropie, jakby mógł znaleźć tam coś niezwykle interesującego. Zdawał się być zamyślony, może nawet trochę przygnębiony albo strapiony. Coś chyba nie dawało mu spokoju, ale wyraźnie usiłował nie poddać się czarnym myślom.

Nie było to łatwe. W jego głowie rodziły się pytania, na które nie nie potrafił się skupić na niczym innym. Zastanawiał się, czy coś przeoczył, może nie zauważył czegoś ważnego… To wpędzało go w poczucie winy. W poczucie odpowiedzialności za nią.

Rose… Już dwa dni tam jesteś… Dlaczego? To pytanie chyba nigdy nie da mi spokoju… Byłaś taka radosna tego dnia… Jak nigdy… I wiem, że nie było to udawane… Więc dlaczego?
Stało się coś, gdy już się rozdzieliliśmy? Nie ochroniłem cie przed czymś? Zawiodłem?
Nienawidzę czekania…
Otwórz oczy i odpowiedz mi… Chyba że… Chyba, że sama nie potrafisz. A znając ciebie może tak być. Stałaś na granicy światów zastanawiając się którą drogę wybrać i zdecydowałaś, że lepiej będzie jeśli ślepy los zdecyduje co dalej? Bałaś się podjąć decyzji, żeby znów nie popełnić jakiegoś błędu? Bałaś się ruszyć z miejsca, żeby niczego nie zepsuć?
Nie musisz się już bać. Teraz jestem przy tobie. Ja, Christian O’Donnel obiecuje ci, że nie pozwolę ci się więcej wahać aż do tego stopnia, by rzucić wszystko na wiatr i patrzeć w którą stronę poleci twoje życie…
Bo twoje życie jest teraz dla mnie zbyt cenne, wiesz? Zbyt cenne, by pozwolić ci z nim igrać…

***

A Fine Frenzy – Dream in the dark

 

Siedział na balustradzie balkonu opuszczonej wieży. Wiatr targał mu włosy, a tytoniowy dym oplatał mu twarz. Patrzył w ciemność, jakby czekając na jakiś znak, albo jakby coś miało się za chwile wydarzyć. Nic takiego jednak się nie stało.

Nie pojawiła się nagle i nie usiadła obok niego. Już się przyzwyczaił, że często to robiła. Nie musieli nic mówić, po prostu siedzieli paląc papierosy w jedynym miejscu w Hogwarcie gdzie nikt ich nie mógł znaleźć.

Wokół niego panowała niezmącona niczym cisza. Zupełnie jakby wszystkie stworzenia wokół Hogwartu postanowiły tej nocy umrzeć, albo odejść gdzieś daleko. Wszystko wydawało się tak cudownie martwe. Taki świat kochał Scorpius – bez zbędnych detali. Bez niepotrzebnych ludzi. Ale ludzie, którzy stanowili dla niego zagadki byli dla niego wyjątkowi. Zapewniali mu rozrywki na jakiś czas, dopóki ich nie rozgryzł. A pewna Krukonka wybitnie nie dawała mu o sobie zapomnieć. Nie potrafił poskładać faktów w jedną logiczną całość, wszystko co o niej wiedział zaprzeczało sobie i nie mógł nic na to poradzić. Po prostu była jak układanka, w której nie było choćby dwóch pasujących do siebie elementów. Dlatego, nie potrafił zadać jej bólu. Dlatego nie potrafił nią manipulować. Dlatego nie potrafił z nią grać. Nie potrafił, bo nie wiedział jak zareaguje, co ją zaboli, w jaki sposób działa jej rozumowanie. Nie wiedział nic. A przecież tyle rzeczy już się wydarzyło z jej udziałem. A przecież tak jej wszędzie było pełno, choć próbowała przed tym uciekać.

Ona jedna interesowała go o tyle mocniej, że była jedyną osobą, o której zaczął myśleć jak o równym sobie w tej grze, zwanej życiem.

Dobrze, że pomyśleli, że tabletka wypadła Rose… I tak kiedy się obudzi wszystko się wyda, ale tak zyskałem trochę czasu. Swoją drogą dlaczego ją wzięła? Słyszałem wyraźnie, jej ojciec powiedział, że już raz to brała… Może i nie tylko raz, mniejsza z tym… Zrobiła to specjalnie? A może myślała, że jej znów nic nie będzie? Jest absolutnie jedyną osobą, której reakcji nie jestem w stanie zgadnąć nawet w przybliżeniu… Muszę z nią pogadać… Dowiedzieć się o niej czegokolwiek… Intryguje mnie…
Jak Chwila…
Nie daje mi to spokoju… Kim naprawdę jesteś, Weasley? Nie potrafię cie rozgryźć, chociaż zazwyczaj nie mam z tym większych problemów. Ludzie są tacy przewidywalni… A ty nie. Zupełnie jakbyś nie była człowiekiem, lub, jak ja, nie posiadała zbyt wielu uczuć. Tak, wiem, że taki właśnie jestem. Zimny. Podły. Zły. Tak mówią. I mają racje. Taki właśnie jestem. Tylko, że ja, w przeciwieństwie do ciebie się tego nie wypieram. Ja się tym szczycę. Dlatego, że taki jestem mam tu taką władzę. Skrupuły są dla mięczaków i idiotów.
Ale ty… Weasley, czasami zachowujesz się, jakbyś miała sumienie, a przecież go nie masz, jak ja, prawda?

Chciał przekonać samego siebie, czy po prostu jak głupiec próbował odpowiadać na retoryczne pytania? A może tak bardzo pragnął znaleźć odpowiedzi, że sam się w tym wszystkim pogubił. Może ona nie była zwykłym równaniem z jedną niewiadomą i jednym rozwiązaniem, jak wszyscy wokół. Może jej równanie składało się z wielu niewiadomych i nieskończenie wielu rozwiązań. Tylko gdzie ich szukać?

Przeszłość prawdę ci powie…

***

Angus & Julia Stone – Devil’s Tears

 

- Draco? Jesteś tu? – zapytała kobieta o długich, niemal czarnych włosach zaglądając do ciemnej sypialni.

- Jestem… – dobiegł ją cichy mruk z najciemniejszego kąta.

Podeszła bliżej i po chwili, gdy jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności, mogła zauważyć sylwetkę mężczyzny siedzącego na fotelu przy oknie. Przykucnęła przed nim i znalazła jego dłoń. Ścisnęła ją i powiedziała:

- Już czas… Niedługo się spóźnisz…

Mężczyzna ścisnął mocniej jej dłoń. Czuł się zagubiony, tak strasznie zawstydzony, słaby. Jak dziecko we mgle szukał pomocy i błądził… I wciąż błądził w ślepych zaułkach życia. I choć chciał przestać tak żyć jego mgła nie chciała opaść, czy choćby się przerzedzić. Musiał sam ją przegnać, tylko jak to zrobić?

- Dlaczego ze mną jesteś, As? Jestem niczym… Przez te wszystkie lata skutecznie pociągałem cię za sobą na dno…

- Bo cie kocham, Draco. I nie jesteś niczym. Jesteś moim mężem, jesteś ojcem naszego syna. Draco, poradzimy sobie ze wszystkim, przecież wiesz. Było źle. Ale oboje się staramy, by było lepiej. I to się liczy Draco. Nie wolno nam się poddać. A tobie nie wolno myśleć, że już nie ma nadziei. Całe życie przed nami. Jeszcze możemy być szczęśliwi jak kiedyś, kiedy urodził się Scorpius, kiedy jeszcze nie… – urwała.

Draco nachylił się i pocałował ją.

- Ja ciebie też kocham, As – po chwili dodał – Trochę się boję.

- Wiem. Znam cie ponad dwadzieścia lat. Ale wiem, że dasz radę. A teraz musisz się spieszyć. Pan Beagle już na ciebie czeka.

- Dobrze. Już idę.

Draco wstał i ruszył w stronę drzwi. Zatrzymał się jednak na chwilę.

- Pięknie dziś rano wyglądałaś na śniadaniu u Zabinich – powiedział i wyszedł.

Kobieta wpatrywała się w miejsce gdzie jeszcze niedawno stał jej mąż. Po jej policzku popłynęła łza. Jedna, samotna tak jak ona sama przez ostatnie dwadzieścia lat. Czy żałowała, że była właśnie w tym pokoju, w tym domu, z tym mężczyzną? Nie. Ona zawsze wierzyła, że będzie lepiej. I to lepiej miało właśnie nadejść. Po raz kolejny. Być może nie ostatni, ale przecież… Miłość wszystko ci wybaczy

 

***

A Fine Frenzy – Dream in the dark

 

W Pokoju Wspólnym Krukonów jak zwykle panowało zamieszanie i rozgardiasz. Ale prefekci zdawali się to mieć wyjątkowo gdzieś. Nie zwracali uwagi na biegających, rzucających się chipsami pierwszaków, czy wrzeszczące dziewczyny z trzeciej klasy. Ktoś zaczął rzucać się kaflem, ale i to nie przykuło uwagi prefektów. Nie marudzili, nie wrzeszczeli, nie upominali. Zupełnie jak nie oni.

Żadne z nich nie miało wesołej miny. Czy czegoś im brakowało? Tak, chyba tak. Nie było już tego podstawowego elementu otaczającego ich świata, który zapewniał im aż nadto wrażeń – nie było z nimi Rose. Czy za nią tęsknili? Może sami nie zdawali sobie z tego sprawy, ale mogło tak być. Bo przecież przez tyle czasu była obecna przy nich. Była obecna zawsze, kiedy stawali na rozstaju dróg i nie wiedzieli, gdzie dalej pokierować swoje życie, przez ostatnich kilka tygodni.

Mia, kiedy rozstała się z Markiem… Cierpiała, ale zagadka osobowości Rose odciągała ją od ponurych myśli.

Chan, który zrozumiał, że Mia nigdy nie będzie jego i w pełni to zaakceptował.

A Alan?  Chyba najwięcej korzystał na kontaktach z Rose. Bo on także nie był święty. Też miał swoje brudne sekrety i pragnął je ukryć gdzieś głęboko, tak by nikt ich nigdy nie odgadł. Rose sprawiła, że zaczął rozumieć wiele rzeczy, wiele spraw nabierało innego znaczenia w nowym świetle… Co takiego krył? Prawdopodobnie tylko on jeden to wiedział.

- Myślicie, że zrobiła to specjalnie? – zapytała Mia.

- Nie wiem… To nie byłoby w jej stylu… – zaczął Alan.

- A co jest? Jej styl jest zależny od jej humoru, osób z którymi w danej chwili przebywa i aury w powietrzu. W którą stronę zawieje tam pójdzie. Jej nie da się przewidzieć – odpowiedział Chan.

- To akurat racja, ale widziałem jak wracała z O’Donnelem cała w kisielu. Nie wyglądała na nieszczęśliwą… – mówił Alan. – Z reszta, ty też ją widziałeś Chan, gadałeś z nią.

- Może właśnie dlatego to zrobiła…. Może chciała umrzeć szczęśliwa… – mruknęła Mia, a Chan i Alan spojrzeli na nią ze zdumieniem i z troską.

- Mia, ludzie nie wieszają się ze szczęścia – powiedział rozbawiony nieco tą dedukcją Chan. – On wybrała inny sposób na zejście, ale to nie robi różnicy. Tak czy siak, ludzie nie robią takich rzeczy ze szczęścia.

- Chan ma rację.

- Widziałam coś… Zanim z Chrisem i Irytkiem obrzucili Wielką Sale kiślem… Ale musicie obiecać, że nigdy nie piśniecie nikomu słowa, zwłaszcza Rose. Zabiłaby mnie chyba, bo jakby nie patrzeć to podsłuchiwałam.
- No, dobra, a o co chodzi? – zgodził się Alan. Mógł spokojnie to obiecać, bo przecież nie wiadomo nawet czy ona z tego wyjdzie. Jej stan był ciężki.

Alan widział jeden malutki plus tej sytuacji – Mia nie myślała już o swoim złamanym sercu.

- No więc z samego rana chciałam pobyć sama. Schodziłam do Pokoju Wspólnego i wtedy ich zobaczyłam, Rose i Chris, trzymał ją za rękę. On musi wiedzieć coś, czego nie wiemy my. Powiedział jej, żeby z nim poszła i się nawet uśmiechnęła. Nie tak ironicznie jak zwykle. Tak… zwyczajnie… A z jej wszystkich rozmów z nami, z rodzeństwem i ta rozmowa z Chrisem uświadomiła mi, że ona w ogóle się tak nie uśmiechała, powiedziałabym nawet, że przez cały czas odczuwała jakiś ból… Nie wiem, czy to wspomnienia, czy brak chęci do życia, może wyrzuty sumienia… – blondynka nie chciała wyjawić żadnego z sekretów Rose, ale chciała, by chłopcy choć w pewnym stopniu ją zrozumieli, jej cierpienie. – Nie wiem…. Ale wiem na pewno, że bardzo cierpiała już od dłuższego czasu… Może gdy poczuła się szczęśliwa pomyślała, że już nigdy się tak nie poczuje i przeraziło ją to…

- I wolała umrzeć szczęśliwa niż znowu cierpieć przez kolejnych dobre parę lat… – dokończył Chan. – To by miało sens.

 

„ – Aż tak bardzo cie skrzywdził?
- A jakie to ma teraz znaczenie? To przeszłość.”
Teraz rozumiem…
- zastanawiał się Chan.
Byłaś taka spokojna, kiedy wychodziłem. Jakbyś już nic nie miała w życiu przeżyć… A może… Nie chciałem zobaczyć, że właśnie taka byłaś od początku – martwa w środku. Nie szukałaś towarzystwa… Nie zależało ci na ocenach… Do niczego się nie przywiązywałaś. Kiedy ktoś chciał do ciebie dotrzeć atakowałaś go, bo jakieś uczucia oznaczałyby, że żyjesz… A ty już od dawna nie chciałaś być żywa.
Alkohol… Narkotyki… Papierosy… Chciałaś się wykończyć używkami? Nie, raczej chciałaś zapomnieć… Ale…
O czym?
Chyba nigdy się nie dowiemy.

Kategorie: Opowiadanie

O Bezczelna

Jestem jaka jestem, trochę tu, trochę tam, trochę siam, a i jeszcze tyci gdzieś indziej. Nie pije, nie pale, a żyję, nie nosze białych kozaczków nie cierpię sagi Twilight, Pamiętników Wampirów i innego chłamu tego typu, z dobrą książką potrafię przesiedzieć całą noc(absolutnie nieprzydatne jeśli pracujesz jak ja)

6 Komentarze

  1. W ogóle to kiedy news?
    Gdybym przygotowywała ocenę tego bloga jako oceniająca, pewnie przyczepiłabym się do miliona rzeczy, ale jako, że czytałam dla siebie i nie musiałam czepiać się każdego przecinka, to prawdopodobnie zostanę stałą czytelniczką.
    Tekst jest tak umiejętnie naładowany emocjami, że wszystko inne usuwa się w cień. Jak już pisałam – jestem absolutnie oczarowana i czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy :)

    Pozdrawiam,
    Aprilias

    • Cieszę się ogromnie, że się podoba:) dziękuję za miłe słowa, a nowy rozdział powinien się ukazać w okolicach weekendu. Może być małe opóźnienie, bo szykuje mi się się niezły hardcore w pracy, ale zawsze staram się dodawać rozdział na tydzień:)
      Nowa notka już jest niemal skończona, ale muszę doszlifować detale:)

      x.o.x.o.
      Bezczelna

  2. No kochana ciagle przerywasz w najciekawszych momentach :p
    No teraz to juzmusze przeczytać następny rozdział, No żeś dowaliła z tym, że Scorpiusik się przyzwyczaił do rudzielcowej:) obstawiam że nie ma sensu prosić abyś mi pokażą następny rozdział jeszcze przed publikacją?

  3. Więc (nie zaczyna się zdania od „więc”!), przeczytałam – dotrwałam do końca i jestem dumna z siebie, ale to także Twoja zasługa :) Piszesz fenomenalnie, może masz lekkie problemy z oddawaniem uczuć postaci i opisów miejsc, ale cała reszta jest wspaniała. Uwielbiam wszelkie wątki ze Scorpiusem i Rose, Greg też zajmuje istotnie miejsce w moim sercu, zagościli w nim także Mia i Mark (czekam niecierpliwie, aż do siebie wrócą – są dla siebie stworzeni), resztę bohaterów lubię, ale nie jakoś szczególnie. No może Lily, gdyż jej sytuacja jest niezwykle podobna do tej, w której znajdowała się jej babcia. Swoją drogą, ufam, iż ona i Sergius… Mam nadzieję, że Rose wyjdzie z tego cało (musi!) i, że zacznie spędzać więcej czasu ze Scorpiusem, że ich „schadzki” na wieży staną się jeszcze częstsze, bo jak pisałaś chłopak się do tego przyzwyczaił. Cóż dalej, rodziców głównych bohaterów ukazałaś wspaniale, tak, iż piętno ich postępowania odbija się na ich dzieciach. Ach, i pomysł z kisielem świetny c: Na prawdę wszystko mi się tutaj podoba :) Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy oraz życzę weny ;]

    • Cieszę się, że się podoba:D
      Obiecuję popracować nad opisami, muszę zacząć więcej czytać, żeby się podszkolić:)
      dziękuję za miłe słowa. Co do Rose i Scorpiusa zdradzę tylko, że mogą mieć ze sobą więcej wspólnego niż sami mogliby przypuszczać, ale wszystko w swoim czasie:D

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.