22. Maybe she got what she came for…

Angus & Julia Stone – Just a Boy

 

Promienie słońca nieprzyjemnie raziły ją w oczy. Zdecydowanie nie chciała się jeszcze budzić. Była zmęczona, był wczesny ranek. I dziś musiała wyjść z pokoju. Przecież nie mogła siedzieć tam zamknięta na wieczność. W końcu kim był dla niej Chris O’Donnell? Nikim. I wolała aby tak pozostało, aby nic nie wiedział, żeby nie musiała się tłumaczyć. Nadmierne przesiadywanie w pokoju wzbudziło by ciekawość nie tylko w Krukonie. Prefekci na pewno próbowali wyciągnąć z Mii gdzie się podziewała cały dzień. Malfoy bacznie jej się przygląda odkąd zobaczył, jakim mężczyzną jest Pierre.

Pierre.

Od jakiegoś czasu nie wchodził jej w drogę, nie widziała go na korytarzach, nie czuła na sobie jego spojrzenia. Mogłaby pomyśleć, że sobie odpuścił, że zapomniał. Ale znała go zbyt dobrze. Czuła, że szykuje coś większego, że to tylko cisza przed burzą. Czasem wolała, ażeby ją zaczepił, próbował rozmawiać, miałaby wtedy pewność, że niczego nie knuje.

Otworzyła leniwie oczy. Pokój był idealnie czysty. Mia musiała tu wysłać skrzaty. Wstała powoli i zawlekła się do łazienki. Nic skuteczniej jej by nie obudziło niż letni prysznic z samego rana.

Zbiegła po schodach wpadając na kogoś kto stał na ich końcu.

- O’Donnell? – zdziwiła się.

- Wiesz, całkiem fajne wyglądasz z tej perspektywy – spojrzał znacząco na jej dekolt – ale wbijasz mi łokieć w płuco…

- O… Sorki… – szybko wstała otrzepując się z niewidzialnego brudu. – A ty co tu robisz tak wcześnie z rana?

- Mógłbym zapytać o to samo – spojrzał na nią znacząco.

- To wolny kraj. A to jest Pokój Wspólny. Tak czy siak, czas na mnie – chciała odejść jak najszybciej. Za często natykała się na tego typa.

Złapał ją za ramię, lekko, i spojrzał jej w oczy.

- Dlaczego ciągle uciekasz? Co się stało na imprezie?

- To akurat nie powinno cię interesować. To moja sprawa – odpowiedziała spokojnie, choć nieco oschle.

- Cóż, zobaczyłem kawałek ciebie. Myślę, że należy mi się słowo wyjaśnienia.

- Ty myślisz? – udała szczere zdziwienie.

- Zrobiłem coś złego? Unikasz mnie od tamtego wieczora.

- Nie. Nie zrobiłeś nic złego. Tu nie chodzi o ciebie. Tu chodzi o mnie. Nic więcej ci nie powiem.

- To dla ciebie – powiedział wręczając jej mały bukiet goździków. – na przeprosiny. Mimo wszystko.

- Czy to są kwiatki z ogródka McGonagall? – zapytała niepewnie.

Uśmiechnął się rozbójnicko.

- Cóż najwyraźniej nie będę cie musiała znosić długo dłużej. McGonagal cię nie wyrzuci. Ona cie po prostu zabije…

- Myślę, ze damy rade – wyszczerzył się.

- Cóż, dzięki za kwiatki… – ruszyła w stronę swojego dormitorium. Zapewne poszedłby za nią, gdyby ruszyła w jakimkolwiek innym kierunku.

Złapał ją za dłoń, delikatnie.

- Chodź, zróbmy coś szalonego co by nas zapamiętali, jeśli rzeczywiście mam zginąć z rąk McGonagal.

- Ale co? – zaśmiała się zdezorientowana.

- Mam jeden pomysł…

Pociągnął ją za rękę i chwile później biegli gdzieś, nieznanym korytarzem. Rose nie wiedziała, czemu tak łatwo poddała się jego woli. Przecież chciała go unikać. Przecież nie chciała tworzyć z nikim żadnych relacji a czuła, że właśnie łamie swoje zasady.Nie wiedziała dokładnie dokąd biegła, ani co mieli zamiar zrobić, ale w pewnym sensie ufała mu pod tym względem. Czuła się tak rześko jak na wakacjach u wujka Neville’a jakieś 6 lat temu. Czuła się bezpieczna. Czuła się szczęśliwa.

Gdzieś jej mignął w korytarzu Frank Longbottom, słyszała jeszcze w oddali jego śmiech. No tak. W końcu w jego opinii ona go lubiła. I on lubił ją.  I ciągle gadał, że byliby super parą. Czasami miała ochotę go zakneblować w czasie korepetycji. Opowiadał jej o wszystkim i wszystkich. Cudownej Evie, o Lily, o jakiejś Anne z czwartego roku.

- Irytek? – zapytała zdziwiona, gdy Chris wreszcie się zatrzymał.

Chris uśmiechnął się łobuzersko.

 

***

Angus & Julia Stone – All the Colours

 

Obudził ją lekki trzask. Rozejrzała się w około i zobaczyła, że jej współlokatorki także się obudziły.

- O mój Boże… Lilka, weź się ochajtaj z tym McLaggenem niech nam nie robi takich niespodzianek z samego rana… – mruknęła zaspana Lisa.

- O czym ty mówisz? – zdziwiła się Potterówna. Jeszcze nie do końca się obudziła. Średnio docierały do niej słowa koleżanki.

- Spójrz co stoi przed twoim łóżkiem – mruknęła zaspana Kate. – Jak średnio raz w tygodniu… Co za niespodzianka…

Ruda leniwie poczołgała się na drugi koniec łóżka i oniemiała. Stał tam ogromny bukiet różnokolorowych kwiatów.

- Teraz musisz mu podziękować – powiedziała Lisa już bardziej przytomnie.

- Osobiście – dodała Kate. – Tylko ubierz się jakoś konkretnie, nie byleco.

- Urgh… – jęknęła Lily. Wiedziała, że tym razem jej przyjaciółki miały rację. To już kolejna taka wiązanka, którą dostała od Segiusa, a jeszcze mu nie podziękowała. I od kiedy zaczęła go nazywać Sergius? Kate i Lisa miały na nią zły wpływ.

- Tylko na pewno…  – mruknęła Kate.

- I powiedz mu, że jeśli musi cie koniecznie adorować to niech to robi z pół godziny później… – dodała Lisa.

Udała się pod prysznic i wyszła z pokoju. Jeśli już koniecznie musiała porozmawiać z McLaggenem, to na pewno nie chciała mieć wielu świadków. Jeszcze ktoś by pomyślał, że coś ich łączy, a przecież on był ostatnią osobą pod słońcem, z którą by się mogła spotykać. Postanowiła poczekać na niego w PW. Zawsze wstawał wcześnie, by zjeść w spokoju śniadanie, bez tych wszystkich dziewczyn, które chciały z nim pogadać, zaprosić, poflirtować. Tak, czasem nawet on był tym zmęczony.

Ku jej zaskoczeniu już tam był. Siedział w fotelu wpatrując się w okno. Na jego kolanach leżał wczorajszy numer Proroka.

- Lily Potter – uśmiechnął się. – czekałem na ciebie.

- N-na mnie? – speszyła się, choć nie wiedziała czemu. Przecież sama przyszła go poszukać.

- Tak. Chciałem zapytać, czy podobają ci się kwiaty?

- Och… tak… To znaczy ja… właściwie cie szukałam, żeby… podziękować… – odetchnęła ciężko.

- To drobiazg. Cieszę się, że ci się podobają, Lily – nienawidziła kiedy wypowiadał jej imię. Zawsze przeszywały ją dreszcze, te miłe, nie wiedziała dlaczego. Przecież tak bardzo go nie cierpiała, tym bardziej ją to irytowało.

- Są przepiękne. Jeszcze raz dziękuje – powiedziała już pewniej.

- Umów się ze mną Lily… – stanął przed nią, był niemal o głowę wyższy i patrzył jej prosto w oczy.

- To nie jest dobry pomysł, McLa… Sergius. Jestem wdzięczna, za kwiaty i wiersze i to wszystko, ale Al cię okłamał. Wierz mi, nie testowałabym cię trzech lat. My po prostu nie pasujemy do siebie. Żyjemy w dwóch różnych światach…

- Cześć Sergius – powiedziała jakaś szatynka w drodze na śniadanie.

- Kylie! Co słychać?

- Robimy imprezę w PŻ dziś wieczorem. Rozumiem że wpadniesz? – uśmiechnęła się czarująco.

- Jasna sprawa – wyszczerzył żeby, a po chwili brunetka zniknęła za portretem.

- Właśnie o tym mówię Sergius.

- Ale o co chodzi? O Kylie? To tylko znajoma…

- Nie tylko o nią. Czy myślisz, że mogłabym się spotykać z kimś kto tak otwarcie flirtuje z połową szkoły, na każdą imprezę przychodzi z inną dziewczyną, i traktuje siebie jak bóstwo? – zapytała niemal jednym tchem.

- Daj mi szanse, udowodnię ci, że potrafię być mężczyzną, którego pragniesz.

- Nie masz zielonego pojęcie jakiego mężczyzny pragnę.

- Właściwie… Twój brat dał mi to – pokazał jej zapisaną stronę z jakiegoś notatnika.

Ruda nie potrzebowała wiele czasu, aby zgadnąć co to było. A TO była strona z jej sekretnego pamiętnika. TO była strona zatytułowana Mężczyzna Idealny.

Wyrwała mu kartkę z reki. Jej twarz była niemal purpurowa.

Al mi za to słono zapłaci…

- Nie chcę żebyś udawał kogoś kim nie jesteś. To tak nie działa Segius…

- Jedna randka, jeden dzień. To wszystko o co proszę. Jeśli potem zdecydujesz, że nic z tego nie będzie, obiecuje ci, że zostawię cie w spokoju. Jedna sobota w Hogsmeade…

- Okej! – westchnęła. – Tylko jedna i potem dasz mi spokój?

Kiwnął głową na znak, że się zgadza.

- Dziękuje jeszcze raz za kwiaty, wszystkie były naprawdę przepiękne.

Cmoknęła go w policzek i miała już odejść kiedy Gryfon pociągnął ją do siebie i pocałował namiętnie. Nie wiedziała dlaczego poddała się temu. Może nawet trochę… podobało jej się?

- Ekhem – usłyszeli za sobą.

Lily odskoczyła od niego jak oparzona.

Lisa, Al, Hugo i Kate przypatrywali się im z rozbawieniem.

- Emmm… No tak to ja już pójdę… – zmieszała się Potterówna. – Dziewczyny, idziemy!

Ruda niemal wybiegła z wieży Gryffindoru. Kate i Lisa szybko ja dogoniły.

- Wiesz nie dokładnie to miałam na myśli kiesy powiedziałam podziękuj mu ładnie. Ale z pewnością mu to nie przeszkadzało – Lisa nie mogła powstrzymać śmiechu.

- Jak całuje?

- Właśnie! Jest tak dobry jak mówią?

- Och zamknijcie się obie. To on mnie pocałował okej?!

- Cóż nie wyglądało jakbyś się zbytnio opierała… – zauważyła Kate.

Lily rzuciła im nienawistne spojrzenia i ruszyła szybkim krokiem przed siebie.

- Ale Lily i McLaggen? Kto by powiedział? – zachichotał Al, który właśnie dołączył do nich z Weasleyem.

- Czy ktoś jeszcze ma wrażenie, że Lils skończy jak wasza babka? – zaśmiała się Lisa, po czym wszyscy wybuchnęli śmiechem.

- Coś nas ominęło? – zaświergotała Eva. Ona i jej chłopcy właśnie dołączyli do grupy.

- Nic takiego – powiedział Al obracając dziewczynę w powietrzu i całując ją namiętnie.

- Al! Może nie tak przy ludziach – żachnęła się Kate.

- Okej, okej – Potter uniósł ręce w pokojowym geście.

Wszyscy ruszyli na śniadanie. Jak zazwyczaj Lisa, Kate i Hugo szli pierwsi, małą grupa. Tuż za nimi chłopcy Evy, a na samym końcu ona i Al.

- Wiesz, tak myślałem sobie, że może usiadłabyś z nami dzisiaj? – zapytał.

- To znaczy usiąść na waszym miejscu przy stole?

- No tak… Jeśli chcesz oczywiście.

- Cóż zapytam chłopców co oni na to. Nie lubią tłumów…

- Em… Właściwie miałem na myśli, żebyś ty sama się do nas dosiadła… – zmieszał się. – Wiesz, środek stołu, ciężko byłoby znaleźć cztery dodatkowe miejsca… Z resztą raczej nie czuliby się tam komfortowo…

- Och… – posmutniała nieco. – Sama nie wiem, Al… To nie tak, że nie chcę. Ale oni się zajmowali mną całe życie, nie chciałabym, żeby pomyśleli, że teraz, kiedy jesteśmy razem coś się popsuje w naszej paczce. Już mam napięte stosunki z Franco… Przepraszam, ale nie mogę tego zrobić…

- No dobrze – Al nieco się zasępił.

Westchnęła cicho.

Pocałowała go w policzek.

- Byliśmy tylko my czworo, całe życie. Nikt się nami nie interesował. Nikt nas nie chciał. Musisz zrozumieć, że jesteśmy ze sobą związani, i gdzie nie ma miejsca dla nich nie ma miejsca dla mnie. Gdybym to zrobiła, Franco uznałby, że już o nich powoli zapominam, ze zamieniam ich na was. Chłopcy już marudzą, bo nie spędzam z nimi tyle czasu co dawniej, rzadko kiedy śpiewamy dla skrzatów, już prawie nie śpiewamy w ogóle, z wyjątkiem Pokoju Wspólnego, bo nie mam czasu na próby…

- I to moja wina? – zapytał oschle. Sam był zaskoczony tonem swojego głosu.

- Al… Wcale tak nie powiedziałam – odpowiedziała spokojnie. – Przepraszam jeśli cię uraziłam nie zdając sobie z tego sprawy…

 

***

Augustana – Sunday Best

 

Rose i Chris stali przed biurkiem dyrektorki. Oboje ze spuszczonymi głowami, ale wyraźnie dławiąc się ze śmiechu. Po ich głowach spływały stróżki gęstego kisielu. Kobieta patrzyła na nich znad swoich okularów mierząc ich wściekłym spojrzeniem.

- Znudziły się wam szlabany w pojedynkę, co? – zapytała ostro profesorka.

- W kupie siła, pani dyrektor – powiedział chłopak.

Oboje ledwo powstrzymywali śmiech.

- I to dlatego lataliście na miotłach nad Wielką Salą i wylewaliście wszędzie tony kisielu?!

- Właściwie to Irytek… – zaczęła Rose.

- O, tak! Najłatwiej zgonić na kogoś, kogo nie mogę ukarać! Szlaban! Oboje. Codziennie przez miesiąc o piątej rano stawicie się w zielarni. A teraz wyjdźcie stąd!!!

Rose i Chris opuścili gabinet dyrektorki i wybuchli śmiechem.

- Widziałaś jej minę? Myślałem, że zaraz wybuchnie!

- Widziałam… Wyglądała jakby miała cie zaraz siepnąć kedavrą…

- No i jak tam? – przed nimi stał Irytek.

- Nawet nie próbuj! – Rose zaczęła uciekać za kolumny, uchylając się przed bombami kiślowymi.

Po kilkunastu minutach nierównej walki Chris i Rose uciekli w stronę swojej wieży. Biegli wciąż się śmiejąc. Przeszli chichocząc przez Pokój Wspólny i każde z nich ruszyło w kierunku własnego dormitorium. To był zdecydowanie dobry dzień.

Rose weszła do swojego pokoju i wystraszyła się nieco.

- Co tu robisz?

- Chciałem pogadać – powiedział Chan patrząc na nią wyczekująco. Siedział w fotelu pod oknem.

- Jasne… – zironizowała Rose. – pewnie szykuje się kolejne kazanko, więc pozwolisz, że najpierw wezmę prysznic. Niezbyt komfortowo czuje się w kiślowej maseczce.

- Kisiel z wkładką, co? Jebie od ciebie jak z gorzelni…

- McGonagall mnie za to nie ukarała, więc ty też nie możesz – Rose weszła do łazienki.

Po kilkunastu minutach ruda usiadła na drugim fotelu stojącym pod oknem. Miała na sobie wytarte jeansy i długi sweter z wielkimi kieszeniami.

- Może na dzisiaj by ci już stykło, co? – zapytał Chan wskazując na butelkę w jej kieszeni. – Za dużo pijesz.

- Tak. Zapewne. Ale zazwyczaj przychodzicie jak chcecie mnie opieprzyć o coś większego, więc może zacznijmy od razu? – Rose wyciągnęła butelkę whisky i wypiła kilka łyków. – Chcesz? – zapytała wyciągając do prefekta dłoń z butelką.

Zawsze próbowała w ten sposób go prowokować. Prefekt Naczelny, wciąż Krukon, nie chciał jej zabrać tych 50 punktów, na które on sam tak ciężko pracował. Stało się jednak coś, czego się nie spodziewała. Chłopak wziął od niej butelkę i wypił kilka łyków.

- Nie przyszedłeś mnie o nic opieprzyć… – mruknęła Rose. – Chodzi o Mię, mam rację?

- Wiem, że wiesz. Wiem jak na nas patrzysz. Jak patrzysz na mnie, kiedy patrze na nią. Nie mam szans, prawda?

- Przykro mi… – mruknęła Rose.

- Dlaczego nic jej nie powiedziałaś? Traktuje cię jak przyjaciółkę. Wiedziałaś, że podpuszczałem ją z rodzicami Fitzpatricka i ich pochodzeniem.

- Bo to nie miało znaczenia. To cały czas było w jej głowie. Chyba nie sądzisz, że jedną rozmową możesz zrujnować czyjś związek? Powiedz kobiecie, że jej facet ją zdradza, a zobaczysz ich szczęśliwych, prowadzających się gdzie tylko się da, przez jeszcze długi czas. Kobieta zakochana, to kobieta ślepa. Nie wmówisz jej niczego, czego sama sobie już wcześniej nie ustaliła w głowie. Kiedy zaczęli się spotykać, czy to ty jej powiedziałeś, żeby nie mówiła mu o rodzicach? Nie. Sama o tym zdecydowała i już wtedy przegrała ten związek. Ale jeśli chcesz mojej szczerej opinii daje im trzy miesiące i znów będą razem. Jesteś za dobry żeby łatwo znaleźć dobrą kobietę. Dobre kobiety wola facetów którzy ranią. Bo może dla nich się zmieni, w końcu są takie wyjątkowe…

- Więc może powinienem ranić?

- Nie rób tego – powiedziała Rose wtulając się w oparcie fotela. – To nie ty. Naprawdę chciałbyś taki być? Chciałbyś widzieć strach w oczach dziewczyny, którą tylko chcesz pocałować na do widzenia?

- Chyba nie…

Zapanowała martwa cisza przerywana tylko odgłosami przełykanego alkoholu.

- Rose…?

- Hm?

- Aż tak bardzo cię skrzywdził? – zapytał Chan. Choć nie padło żadne imię oboje wiedzieli o kogo chodziło. Pierre. Chan też lubił obserwował ludzi.

Rose westchnęła cicho i spojrzała w okno.

- A jakie to ma teraz znaczenie? To przeszłość.

Nagle drzwi pokoju Rose otworzyły się.

- Mama cię nie nauczyła, że się puka? – zapytała kąśliwie Rose.

- Proszę o wybaczenie Miss Kultury – zażartował Alan. – Chan, jesteś potrzebny. Irytek nabroił na czwartym pietrze we wschodnim skrzydle. Kisiel jest wszędzie…

- Już idę – westchnął Chan dyskretnie odkładając butelkę whisky za fotel. Gdy wychodził spojrzał na Rose, która znów wpatrywała się w okno. – Irytek, co?

Uśmiechnęła się lekko.

- Nie mam zielonego pojęcia o czy mówisz…

Przeszłość… Tak. I nie chce do niej wracać. Nie dziś, kiedy jest tak pięknie… Przy Chrisie zapominam, choć na chwile. To był cudowny dzień. Muszę się trochę przewietrzyć, a potem pójdę spać. Chociaż… Kiedy się obudzę znów pewnie będzie tak samo zimno i szaro jak zawsze…

 

***

Julia Stone – Maybe

 

W pokoju panowała zupełna cisza. Elaine wpatrywała się w podłogę, Scorpius w swoje dłonie, a Mark w Scorpiusa.

- Chcesz wyjechać, bo zerwałeś z jakąś laską? – blondyn nie potrafił pojąc słów wypowiedziany kilka minut wcześniej.

- Możesz mieć dziesięć takich jak ona – powiedziała cicho Elaine.

Mark westchnął cicho.

- Musicie zrozumieć, nie chcę jej widzieć. Myślałem, że to było coś wyjątkowego, coś nawet na całe życie. Zmieniłem się. Dla niej. Nie na pokaz, nie chcę żyć tak jak wcześniej ale po prostu nie chcę jej widywać co dzień na zajęciach. Zwłaszcza z panem idealnym, prefektem naczelnym, Ja-Jestem-Perfekcją… Nie mogę się na niczym skupić. To tylko parę miesięcy. Z resztą, po zakończeniu szkoły nie będziemy mieszkać razem. Trochę to przyspieszymy. A przecież wrócę na święta.

- Jedz sobie jeśli chcesz – blondyn niemal wyskoczył z pokoju trzaskając drzwiami.

- Jest mu ciężko. Jego mama znalazła kolejną terapię dla Draco. Podobno bardzo skuteczna. Boi się, że As się wykończy tą ciągłą walką.

- Wiem, Elaine…

- To dlaczego nas zostawiasz? – zapytała z wyrzutem. – Jesteś moim jedynym przyjacielem.

- Elaine, zawsze możesz napisać, jeśli coś się będzie działo. Będę daleko, ale nadal będę cie traktował jak młodszą siostrę. Nic się nie zmieni, obiecuje…

- Wszyscy tak mówią! – wybiegła z pokoju trzaskając drzwiami.

- Kto by pomyślał, że aż tak im będzie mnie brakować – mruknął do siebie. – ELAINE! Elaine poczekaj! – ruszył za nią szybkim krokiem.

 
- Ostatnio coraz częściej się tu spotykamy – zauważył Scorpius zapalając papierosa, po czym usiadł obok niej na balustradzie.

- Ta… To pewnie przeznaczenie – zironizowała Rose. Wyrzuciła pustą butelkę przed siebie.

Scorpius wyciągnął swoją butelkę.

- Kiepski dzień? – zapytała, gdy częstował ją trunkiem. Nie wyglądał najlepiej.

- Bywały lepsze.

Mam coś lepszego niż Ognista, Weasley.

Po kilku minutach wypili całą Ognistą. Może nieco za szybko, a może po prostu już wypiła za wiele. Odwróciła głowę i spojrzała na posadzkę balkonu, jakby analizując odległości. Blondyn popatrzył na nią z rozbawieniem.

Zeskoczył z balustrady na balkon i podszedł od tyłu do rudowłosej. Złapał ją za ramiona i podniósł, po czym postawił na stabilnej podłodze.

Dziewczyna wybuchła śmiechem.

- Przydałoby się coś jeszcze… Na miłe zakończenie dnia – mruknęła Rose, choć już jakby lekko przysypiała. Była szczęśliwa i chciała tak zapamiętać ten wieczór, te parę chwil, gdy nie czuła się nic nie warta. Gdy wydawało jej się, że jeszcze wszystko może być dobrze, że jeszcze wszystko się może jakoś ułożyć.

- Mam coś – powiedział blondyn podchodząc do niej i wyjął z kieszeni dwie tabletki.

- Skąd to masz? – mina Rose spoważniała. – Wiesz w ogóle co to jest?

- Nie biorę nic w ciemno. Złapiesz po nich lepszą fazę niż po kilku butelkach wina, czy whisky. I nie ma na drugi dzień kaca. To jak? Bierzesz?

- To nie byle co…

- Przynudzasz, bierzesz czy nie?

Rose zawahała się.

Raz się żyje… Umiera też… To był bardzo dobry dzień…
Na wszelki wypadek…. Żegnaj, Scorpiusie Malfoyu.
Na wszelki wypadek… Żegnaj świecie…
Na wszelki wypadek… Żegnaj Chris…
Dobranoc, Greg…

Sięgnęła dłonią i wzięła jedną z tabletek. Powoli zbliżała drżącą dłoń do ust, jakby lekko wystraszona. Połknęła.

- Za chwile poczujesz, co znaczy raj na ziemi… – powiedział blondyn.

Minęła krótka chwila. Rose poczuła się dziwnie. Cały świat zaczął wirować i poczuła jakby nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Po chwili nie czuła już nic. Zupełnie nic. Błogi spokój.

Scorpius patrzył uważnie jak dziewczyna połyka tabletkę. Po krótkiej chwili spokoju dziewczyna upadła na ziemię.

Nosz jeszcze ją do dormitorium będę musiał zanieść… Żeby tylko Panna Idealna na nią nie czekała. Na pewno by przynudzała dobrą chwilę…

Jego rozmyślania przerwało coś, co go przeraziło.

O  k u r w a…

Kategorie: Opowiadanie

O Bezczelna

Jestem jaka jestem, trochę tu, trochę tam, trochę siam, a i jeszcze tyci gdzieś indziej. Nie pije, nie pale, a żyję, nie nosze białych kozaczków nie cierpię sagi Twilight, Pamiętników Wampirów i innego chłamu tego typu, z dobrą książką potrafię przesiedzieć całą noc(absolutnie nieprzydatne jeśli pracujesz jak ja)

4 Komentarze

  1. Wygoniłam chłopców do teściowej(przyszłej-niedoszłej?) Siadam przed komputerem, myślę „wreszcie znalazłam chwilę dla siebie” i myślę „ciekawe co tam u mojej kochanej Bezczelnej?
    Wchodzę, patrze, a tu cichutko. Czytam, czytam, czytam. Myślę kurcze, czegoś nie kapuje…
    Patrzę znów. I już wiem co mi nie gra! Świetne notki, dobra muzyka – nie wiem jak ci się zawsze chce grzebać i szukać:D) ale komek coś mało. Może jak ja, ludzie zaganiani, ale bez przesady, ludzie ogarnijcie się! To zajmuję 1 minutkę!!!
    No ale wracając do opowiadania, no kochana nie przestajesz mnie zaskakiwać. Nadrobiłam wszystkie notki i muszę stwierdzić że masz konkretny pomysł :) Tak trzymaj:)

    Keep calm and stay motivated :)

    Jak zwykle przerywasz w najciekawszym momencie no naprawdę bezczelna jesteś, haha

    Daj znać, jak dodasz coś nowego, adres znasz, lub numer:)
    Zawsze twoja kochająca, irytująca Black-Eyed :*

    • A ty co tu? To mi niespodziankę zrobiłaś, że jeszce się nickiem podpisałaś haha:)
      Niedobra, wyganiać biedaków do teściowej… Brr… Aż mnie ciarki przeszły! Żartuje oczywiście, wszyscy mamy nadzieję, że jednak nie bedzie zołzą.

      Fajnie że się podoba, a ja zawsze keep calm, no chyba ze akurat nie jestem motivated :D Ale dajemy radę.

      A propo muzyki przyjżyj się duetowi Angus i Julia Stone, na pewno ci sie spodoba. Mają tez solowe płyty, samą Julke słyszałam i jest super. Angus jest w drodze :) w tym momencie na środku oceanu pod pokładem więc jeszcze nie wiem czy solo jest tez tak dobry.

      Tak czy siak, jestesmy w kontakcie :D

  2. Co to za tabletki, które podał Scorpius Rose ? mam nadzieję, że nic im się po niej nie stanie D: hah, ten pomyśl z kisielem zabawny, ciekawe czy Chris i Rose bedą tacy chęstni do wstawania o 5 naszlaban :) No i ciekawi mnie czy Lily da szansę LcLegganowi. Wydaje się mily z tymi kwiatami, ale jak jest typem kobieciarza… czekam na rozwój zdarzeń. Pozdrawiam :D

    • Cóż na pierwsze pytanie nie odpowiem, nazwa nigdy nie padnie, ja jestem całkowicie anty i nie chciałabym komuś przypadkiem podsunąć pomysłu.
      Cała reszta wyjaśni się w najbliższysz rozdziałach:) A kisiel wpadł do mojej głowy w całkiem zabawny sposób, wróciłam wcześniej z pracy a tu cała banda chłopa w moim mieszkaniu ogdlądali jak kobitki biją się w jakiejś takiej mazi. Cóz czasami mam ochotę zabić mojego współlokatora ale czasem się na coś zdaje, na przykład gdy w łazience na środku wanny pojawi sie pająk-gigant i chce mnie zjeść :P
      Pozdrawiam serdecznie:)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.