16. Złap mnie za rękę…

Amy Winehouse – You know I’m no good

 

Wiatr czochrał mu włosy. Siedział jak zwykle na balustradzie balkonu paląc papierosa. Mógł palić w swoim pokoju. W każdej opuszczonej klasie. Ale z jakieś nieznanego mu powodu miał do tego miejsca sentyment. To tu zapalił po raz pierwszy. To miejsce pozwalało mu oczyścić umysł. Wyzbyć się wszystkich zbędnych emocji. Może dlatego, że nikt tu nigdy nie przychodził? Mógł pomyśleć w spokoju. Nikt by mu nie przeszkadzał. Tak, nawet Scorpius Malfoy potrzebował samotności. Miał w głowie wiele niepoukładanych myśli. Był tu sam, zawsze. Prawie zawsze.

Usiadła obok niego. Wyglądała blado. Jak zwykle milczała. Zapaliła papierosa i spojrzała na zakazany las.

- Wiesz, to całkiem interesujące, jak alergicznie zareagowałaś na nowego asystenta Rostowa… – powiedział obojętnym tonem spoglądając na nią.

- Alergicznie? – odpowiedziała pytaniem, równie obojętnym tonem – Z całą pewnością alergicznie. Nikt mnie nie powiadomił, że w sałatce, którą zjadłam na kolację znajdują się zmielone orzechy włoskie, na którą mój żołądek ma bardzo niską tolerancję.

- Czyżby? – zapytał z powątpiewaniem. – Wiesz, odniosłem wrażenie ze bardzo nie chcesz widzieć rzeczonego francuza…

- To byłoby raczej trudne. Wciąż muszę odrobić ten szlaban. Mam nadzieję, że świetnie się bawiliście z O’Donnellem?

- Och, tak. Musimy to koniecznie powtórzyć  – jego głos ociekał sarkazmem.

Uśmiechnęła się.

- Wiesz, nie taki Malfoy straszny jak go malują.

Nie wiedziała czemu, ale w tym miejscu czuła się dziwnie rozluźniona. Czuła się dziwnie swobodna. Jakby wszystko co zostaje powiedziane w wieży, w tej wieży miało pozostać na wieki.

- Chyba muszę popracować nad reputacją, Weasley. Jeszcze pierwszaki pomyślą, że mogą mi podskoczyć – zaśmiał się.

- Och, któż by śmiał! – zaśmiała się wstając.

Odeszła bez słowa.

- Więcej ludzi, niżby ci się mogło wydawać… – mruknął do siebie.

Uśmiechnął się lekko. Rose Weasley zdecydowanie była typem kobiety, którego nie spotkał jeszcze w życiu. Kobieta tak obojętna, a zarazem tak emocjonalna. Kobieta tak otwarta i jednocześnie tak zamknięta w sobie. Kobieta, która zdawała się nie pragnąć niczego. A przecież kobiety pragną wszystkiego. Kobieta posiadająca więcej sekretów niż Lord Voldemort swego czasu. W tym momencie pragnął ją mieć, zanim zrobi to O’Donnell.

Znów będzie musiał słuchać narzekania Meg, jej płaczu, że ugania się za innymi. A przecież ona doskonale znała układ. Nikt nie będzie kontrolował Scorpiusa Malfoya. Tak, była jego dziewczyną. Przydatna na bankietach i uroczystościach rodzinnych. Nie czuł do niej nic prócz pożądania od czasu do czasu. Ale czasem znajdował sobie inne rozrywki.

Wyzwania, jak Tess. Zajmowały długi czas, i kończyły się ogłoszeniem Scorpiusa, że udało mu się je zaliczyć. Było ich może 2-3 w roku.

Przypadkowe, jak Jane Drudy. Nie planował, ale była impreza, były gotowe, on szukał nowych doświadczeń. Tych było kilkanaście w roku.

A Meg? Wiedziała o wszystkim i choć czuła się upokorzona, tylko ona jak dotąd mogła nazywać siebie jego kobieta. I to jej wystarczało. Za cel założyła sobie zaciągnięcie blondyna pod ołtarz. I wszystko do tego zmierzało. Bo czy mógłby sobie wymarzyć lepszą żonę? Pochodziła z dobrej rodziny, była odpowiednio bogata, potrafiła zachować się z klasą w niemal każdej sytuacji. Nie była brzydka, miała odpowiednia figurę. I nie oczekiwała od niego zbyt wiele.

Ale w tym momencie myślał tylko jak tu zdobyć Rose Weasley. Z całą pewnością nie dałaby się nabrać na jego cudowną przemianę. Widział to w jej oczach, znała się na ludziach. A jednocześnie nie była zbyt grzeczna, więc może szybki numerek? Nie, na to też była zbyt przekorna… Coś pośrodku… Kumple do łóżka? W każdym bądź razie będzie musiał poczekać. Sześć dni. Dokładnie tyle zostało do wyjazdu Grega Alastaira, który najwyraźniej nie był jej obojętny. Czasem zżerała go ciekawość, co jest/było między tą dwójką. Ale nikt nic nie wiedział. Nawet jego kuzynka we Francji nie miała pojęcia, bo Angielka nie widywała  jej poza lekcjami, a w ubiegłym roku to już w ogóle.

Szedł już powoli w stronę lochów. Jak to dobrze, że był prefektem. Nie musiał się martwić spacerując o tej porze.

Nagle usłyszał tak dobrze znany mu dźwięczny śmiech. I jeszcze jeden, mniej znany. I nie mylił się. Tuż za rogiem ujrzał Evę w żelaznym uścisku Pottera. I całował ją tak namiętnie i jego oczy patrzyły na nią z taką zachłannością i pożądaniem. I ona śmiała się naszeptując mu coś do ucha. A on wciągnął ją do pustej klasy. I wciąż ten śmiech.

Nienawidził Pottera. Nie, nie za samo nazwisko. Nie za to, że był Gryfonem. Nie chodziło też o jego styl bycia. Właściwie to blondyn nigdy nie zwracał na niego uwagi. Ani na jego rodzinę. Byli mu całkowicie obojętni. Ale w momencie gdy usłyszał, że wyszli razem do Hogsmeade, w momencie gdy zobaczył ją w jego ramionach poczuł do niego taką odrazę, taka nienawiść, że już nawet nie wiedział co powinien zrobić. Zawsze uważał, że jedynym nadającym się dla Evy chłopakiem był Franco. Tak właśnie. Tylko on potrafił ją w pełni zrozumieć i choć oni sami często miewali problemy z komunikacją, to nikt nie znał ich lepiej niż oni sami.

Patrzył na zaskoczonych Gryfonów rzucając Potterowi nienawistne spojrzenia.

- Zdaje mi się, że jest już dawno po godzinie policyjnej Potter – wypowiedział jego imię z taką pogardą, że dziewczyna wzdrygnęła się nieco.

- Też jestem prefektem, gdybyś zapomniał – odpowiedział spokojnie Albus.

- Tak się składa, że dziś nie masz dyżuru, to po pierwsze. Po drugie, ona nie jest prefektem, więc tym bardziej nie powinno jej tu być. Z tobą, prefektem. W dość… jednoznacznej sytuacji.

- Odezwał się święty.

- Może nie święty, ale to nie ja łamię w tym momencie regulamin. Spadaj do dormitorium Potter. Ja odprowadzę Evę do jej gniazdka.

- Skąd… – zaczął Potter, ale brunetka przyłożyła mu palec do ust.

- W porządku, Al.

Poprawiła sukienkę i ruszyła za Scorpiusem rzucając Potterowi promienne spojrzenie na odchodne.

Szli w milczeniu aż wreszcie dotarli do jej wieży.

- Scorpius… – zaczęła.

- Eva, czy ty jesteś normalna? Potter? Już nikogo gorszego nie mogłaś wybrać?

-  Mówisz jak Franco – żachnęła się.

- A nie pomyślałaś, że on może mieć rację? Co Potter może ci dać? Znudzi mu się i cię zostawi, bo przecież to jest syn Pottera, więc zasługuje na lepiej! On nie jest ciebie wart!

- Scorpius, to jest moje życie. Przestańcie się wszyscy zachowywać jak moi rodzice, bo tak się składa, że ich nie posiadam! – Westchnęła. – Scorpius, ja wiem, że wy się martwicie, ale Al jest dla mnie naprawdę dobry i czuję się przy nim wyjątkowa. Czy to grzech pragnąć szczęścia?

Posmutniał i spuścił głowę. Nie potrafił być na nią wściekły. Ale wiedział, że to się źle skończy.

Pocałowała go w czoło.

- Nie martw się o mnie. Jestem już dużą dziewczynką. Dobranoc…

Zniknęła.

Westchnął cicho. Niewiele mógł zrobić. Eva była uparta i jak coś postanowiła to koniec. Ruszył powoli w stronę lochów.

 

***
Trading Yesterday – Love song requiem

 

- Rose? – Mia niepewnie weszła do pokoju.

- Czego chcesz? – zaatakowała ją ruda. – Powiedzieć jak bardzo ci przykro? Jak jest ci mnie żal. Jak bardzo mi współczujesz? Daruj sobie.

Nie obdarzyła jej jednym krótkim spojrzeniem, tylko układała ubrania w szafie. Tak, skrzaty już dawno przestały tu sprzątać.

- Ja… ja tylko… Przyszłam ci powiedzieć, że Rostow wyznaczył ci termin szlabanu na godzinę 17:00, dzisiaj. I jeśli chcesz się przenieść z Eliksirów na Zielarstwo, profesor Longbottom już podpisał zgodę. Potrzebny jest tylko twój podpis…. – położyła papier na komodzie.

- Jeśli to wszystko to możesz już iść. Sama trafię na śniadanie.

Blondynka nie ruszyła się z miejsca, wpatrując się w Rose, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie mogła wydać z siebie żadnego dźwięku.

- No już! – warknęła Rose.

Blondyna poruszyła się niepewnie.

- Podziwiam twoją siłę – rzuciła i niemal wybiegła z pokoju.

Rose zatrzymała się na chwilę i wpatrywała w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała prefekt.

- Wciąż zła? – zapytał Greg, który znikąd pojawił się w drzwiach.

- Wciąż tutaj?

- Rose, dobrze wiesz, że to jedyne wyjście. Nie mógłbym cię zostawić samej na jego pastwę.

- Kilka miesięcy temu nie miałeś skrupułów.

Zamilkł. Zabolało. Ale prawda czasem boli. Pamiętał gdy napisała mu list, że Pierre ma praktyki u niej w szkole, żeby przyjechał. Ale on wciąż cierpiał i nie był gotowy by ją zobaczyć. Więc poradził jej jedno :

Porzuć szkołę.

- Czasem wydaje mi się, że zadawanie bólu sprawia ci przyjemność, wiesz? – mruknął cicho.

Oddychała ciężko. Była zła na niego i na siebie.

- Przepraszam – odmruknęła jeszcze ciszej.

- Masz racje. Kilka miesięcy temu nawaliłem, ale nie zamierzałem powtarzać tego samego błędu.

- Dlaczego Mia? Wiesz, że jest jak nadopiekuńcza mama.

- Może właśnie tego potrzebujesz?

Zamilkła. Fakt. Jej własna matka bardzo dużo czasu spędzała w pracy. Bardzo niewiele w domu.

- Nie wiedziałam, że zrobiłeś doktorat z psychologii.

Zaśmiał się.

- Chodź na śniadanie.

- A ty nie powinieneś czasem chodzić na śniadanie z napalonymi Puchonkami?

- Chrzanić je. Przyjechałem tu dla ciebie.

Uśmiechnęła się lekko. Złapał ją za rękę. I ruszyli razem do Wielkiej Sali.

Tak, wciąż była na niego zła. Ale jakaś część jej nie chciała być zła. Nie na niego. Bo przecież robił wiele by jej pomóc. Bo przecież zawsze traktował ją wyjątkowo. Bo miała do niego słabość i wciąż troszeczkę go kochała.

A on zawsze chciał być blisko niej. I marzył kiedyś, że przejdzie przez życie trzymając ją za rękę. Stało się inaczej. Miał jednak jeszcze sześć dni by się nią nacieszyć.

Uczniowie patrzyli na nich ze zdziwieniem, gdy tak szli trzymając się za ręce. Bo od kiedy byli parą? I Rose Weasley uśmiechnięta? Szepty i ukradkowe spojrzenia wypełniały każdy korytarz, który mijali. I wiedziała, że plotki które właśnie się rodziły będą krążyć po korytarzach jeszcze kilka tygodni, ale jej to nie przeszkadzało. I wiedziała, że Pierre ich zobaczy. I może dał już sobie spokój?

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.