6. I tylko ciemność i cisza.



James Blunt – Carry you home

 

 

Błonie wyglądały przepięknie w złocistym, wrześniowym słońcu. Rudziejące liście szeleściły wesoło swą piosenkę razem z całym ptactwem, które przegrupowywało się przed odlotem na zimę. Było ciepło, zaskakująco, jak na tą porę roku. Z resztą, czy Anglia kiedykolwiek była specjalnie ciepła?

 - Więc, za trzy tygodnie początek sezonu, a wy nie macie jeszcze szukającego? – zapytał Greg niedowierzająco.

- Cóż… – mruknął wysoki, dobrze zbudowany szatyn. – Nasz dom nie grzeszy zawodnikami… Nawet przez chwilę pomyśleliśmy o Weasley, ale ona w życiu się nie zgodzi. Z resztą, kto by chciał z nią grać…

- Więc, próbujesz powiedzieć, że brak zawodnika jest lepszy od jakiegokolwiek zawodnika?

Krukon nic nie odpowiedział.Rozejrzał się tylko na wypełnione trybuny.

Greg westchnął cicho.

- Tylko się potem nie dziwcie, że nigdy nie wygrywacie pucharu… – mruknął.

Rozejrzał się wokół. Szukał jej, szukał bez ustanku, w każdej minucie spędzonej w tym miejscu, gdy tylko nie było jej przy nim. Gdy tylko znikała gdzieś za zakrętem, lub w klasie. Chciał, by była blisko. Musiał się nią przecież zaopiekować, choć raz zachować się, jak należy!

 Stała obok trybun, na ziemi, by nikt jej nie zobaczył. Daleko od wszystkich tych, którzy przyszli tylko popatrzeć na niego, nie na trening. Ona też, ale przecież ona była inna. Ona go znała, ona wciąż, troszkę tylko, go kochała. Ona była ważna. Ktoś kiedyś powiedział, że pierwsza miłość jest najsilniejsza i najpiękniejsza, dlatego wyrwać da się ją tylko razem z sercem.

- Więc, co to za historia z tobą i nim? – usłyszała za uchem przyjemny męski głos.

- Nie ma żadnej historii. Spotkaliśmy się kiedyś, dawno temu, znaliśmy się, kiedyś, O’Donnel – spojrzała mu w oczy przez krótką chwilę, by potem znów przyjrzeć się treningowi.

- Nie… Nie wydaje mi się… – odpowiedział.

Rose uśmiechnęła się lekko.

- Skąd mógłbyś wiedzieć?

- Bo odkąd wiadome było, że przyjeżdża jesteś inna… Zamyślona. Spokojna.

- Może taka właśnie jestem?

- Nie… To nie to… Na przykład mi nie pozwoliłabyś złapać się za rękę, kiedy on nawet się nie zawahał, a ty go nie odtrąciłaś.

- Skąd możesz wiedzieć, że nie pozwoliłabym komuś chwycić mnie za rękę, jeśli nikt nie próbował?

I poczuła jego ciepłą dłoń na swojej. I poczuła na sobie jego wzrok. I poczuła na sobie spojrzenie Grega. I widziała, że zmieszał się, że już na nią nie patrzył.

Odsunęła swoją dłoń i schowała do kieszeni.

- Widział – zauważył Chris.

- Kto? – zapytała obojętnie.

 - On – wskazał na gracza, który właśnie zbliżał się w ich stronę.

Jej serce zaczęło walić mocno. Czemu szedł w jej stronę? Czego chciał? Czy był zazdrosny?

- Rose, może chciałabyś być szukającym? – Greg zapytał z wymuszonym uśmiechem.

Zabolało. Widzieć ją z kimś innym. Zabolało bardziej, niż mógł przewidzieć, bardziej niż chciałby, aby zabolało. Ale przecież on był ostatnią osobą, która powinna jej utrudniać drogę do szczęścia. Przecież to on sam ją poskręcał. On sam wykopał w nich doły i postawił przegrody.

- Wychodzić na piwo z drużyną po meczu, dyskutować taktyki, wspólne imprezy? To nie dla mnie Greg. Poza tym zarobiłam tyle szlabanów, że nawet nie miałabym czasu na treningi.

- Może chociaż to przemyślisz? Wątpię, by ktokolwiek w tym domu był lepszy od ciebie.

 - To naprawdę nie jest dobry pomysł, Greg.

- Może ty w takim razie? – zapytał Chrisa ku zdziwieniu Rose.

Chris zaśmiał się.           

- Wątpię, czy drużyna właśnie tego by sobie życzyła. Jeżeli chodzi o popularność, jedziemy z Rose na jednym wózku.

- Umiesz grać?

- Umie. Widziałam kiedyś.

- Śledziłaś mnie? – zapytał ze śmiechem Chris.

Rose tylko przewróciła oczami.

- Skoro tak, to chodź.

 

Muszę ci udowodnić, Rose, że zaakceptuję twój nowy związek. Czy to dlatego uciekłaś pierwszego dnia, gdy złapałem cię za rękę? Bo on widział? Nieważne.
 Musisz wiedzieć, że będę cię wspierał we wszystkim, po tym wszystkim jestem ci to winien. Nie chcę, żebyś się bała zemną rozmawiać, nawet o nowej miłości. Będę szczęśliwy, że ty mimo wszystko jesteś.

 

 

***

 

 

 - Mia!

Dziewczyna wzdrygnęła się. Siedziała w dużym pokoju, przystrojonym srebrem i zielenią. Tuż po drugiej stronie biurka Mark świdrował ją wzrokiem.

 - Tak?

- O czym myślisz? Jesteś jakaś nieobecna. Mówię do ciebie, a ty w ogóle nie reagujesz.

- Przepraszam… – mruknęła. – Ja… Myślę o Rose… Wiesz… Ona jest taka… Smutna… Aż szkoda patrzeć. I tak bardzo odcina się od wszystkich. Ale mam jakieś takie przeczucie, jakbym musiała jej pomóc, wspierać…

- Skarbie, Weasley jest po prostu aspołeczna. Nic z tym  nie zrobisz. Wiem, że chciałabyś uratować cały świat, ale ona jest po prostu zgorzkniała.

- Nie, odkąd Greg jest w szkole.

- Najpierw Scorpius, a teraz ty… Ja myślę, że naprawdę znali się kiedyś, zanim on stał się znany, a potem ich ścieżki się rozeszły. Może był jej dobrym kumplem, dlatego inaczej go traktuje, ale wielkie teorie o sekretnej miłości? Dlaczego mieliby to ukrywać? Kto miałby ich za to ścigać? Dlaczego to niby miałaby być taka wielka tajemnica?

- Może i masz rację, ale jest w niej coś takiego… To sprawia, że czuję, że mogę jej pomóc… Trudno to wyjaśnić, ja sama tego nie rozumiem. Ale czasami spotykasz ludzi i masz przeczucie, że odegrają jakąś ważną rolę w twojej bajce, więc powinieneś się o nich zatroszczyć…

- I za to cię kocham, zawsze masz nadzieję dla beznadziejnych przypadków. Ale poważnie, powinnaś to zostawić. Nawet jeżeli faktycznie coś się stało, że jest taka, jak kiedyś stwierdziłaś, to skoro do tej pory z nikim o tym nie porozmawiała, to może po prostu nie chce. Tylko się teraz nie upieraj tak, jak Scorpius.

- Scorpius… A co on ma do tego? Lepiej, żeby zostawił ją w spokoju – oburzyła się.

Mark roześmiał się.

 - Nie martw się. Ostatnio nie ma ochoty na takie zabawy w kotka i myszkę z dziewczynami. Nawet tej ostatniej nie chce mu się ciągnąć. I musi znać powody wszystkich anomalii wokół niego, a ostatnie zachowania Weasley są anomalią. To wszystko. Nie mamy powodu by się martwić. Znaczy się, ty nie masz. Ja nie jestem zainteresowany tą sprawą nawet troszkę, tak długo, jak ty nie zaczniesz przesadzać.

- Mówisz zupełnie, jak Chan – pokiwała głową.

- Chan… – prychnął brunet. – Chan to, Chan tamto, Chan siamto.

Mia uśmiechnęła się słodko.

- Chyba nie jesteś zazdrosny? – zapytała ze śmiechem.

- Niby dlaczego miałbym być? Po prostu irytuje mnie, że się tak wokół ciebie kręci. I wszystko musi wiedzieć, wszystkiemu musi doradzić.. A przecież od tego masz mnie, tak?

Dziewczyna uśmiechnęła się i pochyliła nad biurkiem. Wyciągnęła rękę i chwyciwszy jego zielono-srebrny krawat, przyciągnęła go bliżej siebie.

- Tak… – szepnęła, po czym obdarowała go namiętnym pocałunkiem.

 

***

Placebo – Without you I’mnothing

 

 

Wiatr czochrał jej długie włosy. Siedziała na balustradzie, tam gdzie zwykle. Z niewiadomych powodów czuła się tu bezpiecznie. Może to ta cisza, może to ten widok na Zakazany Las, a może to tylko fakt, że nikt nigdy tu nie przychodził.

Usiadł, jak zwykle obok niej, nie wypowiadając słowa, nie wydając dźwięku.

 - Ostatnio stałaś się popularna. Wszyscy mówią o tobie i naszej gwieździe i o O’Donnellu. Miłosny trójkącik?

Ton jego głosu rozbawił ją i zaśmiała się. Musiał być już po paru drinkach. Nie brzmiał jak dumny Scorpius Malfoy.

- Ta… Słyszałam, że jestem sekretnie mężatką, a O’Donnell to mój kochanek lub przykrywka.

- A jest? – zapytał tonem bardziej przypominającym Malfoya. Musiał zorientować się, że pogubił się w rytmach i słowach.

- To nie twój interes, ale nie.

- Widzisz, interesują mnie anomalie, a ty i Greg to anomalia… Skąd mogłabyś go znać? I dlaczego on zawsze prosi o pozwolenie, by przebywać z tobą w jednym pomieszczeniu, by spędzić z tobą trochę czasu?

- Jest dżentelmenem?

- Urocze, ale nie żyjemy w szesnastym wieku. Po prostu zastanawia mnie, dlaczego ktoś taki jak on, korzy się przed kimś takim, jak ty…Bez urazy.

Zamilkła na moment.

- Jesteś bardzo ciekawski, jak na osobę, która ma gdzieś innych – powiedziała spokojnie i wstała.

- Jutro przenosi się do Slytherinu. Do mojego dormitorium – rzucił wyczekująco.

- Cóż… Baw się dobrze? – odpowiedziała lekko rozbawiona.

- Co cię tak dzisiaj bawi? – zapytał poirytowany.

- Wiesz, po kilku drinkach, lepiej popracuj nad tonami. Wcale nie brzmisz, jak ten podły i dumny Scorpius Malfoy. Jeszcze ludzie pomyślą, że masz dobre serce…

Zaśmiała się i odeszła, zostawiając go ze swoimi myślami.

Szła powoli, było już ciemno, jednak jeszcze przed dyżurami. Gdyby nawet ktoś chciał dać jej szlaban musiałby poczekać dość długo. W gabinecie dyrektorki znajdował się cały grafik, specjalnie dla Rose. Nie bawiło jej dostawanie szlabanów. Ale czasem nie potrafiła zapanować nad swoim wnętrzem. Wszystkie emocje, które trzymała głęboko w sobie… Strach, ból, gniew… To wszystko ją przerastało, zwłaszcza gdy czuła się tak samotna w Hogwarcie.

Czasami zastanawiała się, czy nie lepiej byłoby po prostu wyjechać gdzieś daleko. Bez szkoły, bez przeszłości, bez rodziny. Spalić za sobą wszystkie mosty. I zacząć od nowa, gdzieś, z czystą kartką. Tylko czy potrafiłaby ją utrzymać czystą? A może znów jej gniew i żal popsułyby wszystko, na co pracowała?

- Rose! Wreszcie cię znalazłam! – wydyszała z ulgą Mia.

- Nic nie zrobiłam i odrobiłam wszystkie szlabany – odpowiedziała beznamiętnie.

- Och, wiem. McGonagal cię szuka. Twój ojciec chce się z tobą widzieć.

 - Mój ojciec? Coś się stało? – zapytała spokojnie.

- Nie wiem, naprawdę. Powiedzieli mi tylko, żebyś przyszła najszybciej, jak to możliwe.

 - Ok… – odmruknęła Rose, po czym ruszyła w stronę gabinetu dyrektorki.

Nie wiedziała, o co mogło chodzić. Nic nie zrobiła. A przecież Mia nie wspominała nic o jej rodzeństwie lub kuzynostwie.

W końcu dotarła na miejsce.

- Albus – powiedziała, po czym gargulec odskoczył ukazując schody. Znała to miejsce zbyt dobrze.

- Pani dyrektor, wzywała mnie pani? – zapytała obojętnie.

- Tak, Rose. Twój ojciec chciałby z tobą porozmawiać. Zostawię was samych, Ron – powiedziała, po czym wyszła z gabinetu obdarzając oboje lekko zmartwionym spojrzeniem.

- Jak się czujesz, Rose? – zapytał Ron, podchodząc do dziewczyny i tuląc ją.

- W porządku.

- Słyszałem, że ostatnio jesteś bardzo spokojna…

- Tylko dlatego przyjechałeś? – zapytała podejrzliwie.

- Nie – westchnął.– Usiądź.

Oboje usiedli na kanapie. Rose poczuła dziwny niepokój, strach.

- Co się stało? – zapytała lekko panicznym głosem.

- Twoja matka otrzymała list kilka dni temu… Z Francji… Twoja przyjaciółka… Olivia… Znaleźli ją w jej mieszkaniu. Przedawkowała… Bardzo mi przykro…

- Nie… Ona przestała, musieli się pomylić…

- Jej matka napisała, że ten chłopak, Blade, ją zostawił i się załamała…

Już nic nie słyszała. Nie chciała, nie potrzebowała. To przecież musiało być kłamstwo. Przecież Oli była tak silna.. Tak szczęśliwa… A on przecież tak ją kochał…  Na pewno kłamali. Zawsze chcieli je podzielić. Musieli kłamać, bo przecież Rose miała bawić się na jej weselu już za kilka miesięcy. Przecież ona kwitła, a nie usychała, jak Rose. Przecież to jej zawdzięczała życie. Przecież była taka młoda… Przecież nie mogła jej tak po prostu zostawić…

Biegła przed siebie, jak najszybciej potrafiła. Nie zważała na innych uczniów, ciągle się o kogoś lub o coś obijając. Nie widziała, nie zwracała najmniejszej uwagi. Musiała się wydostać, musiała odetchnąć świeżym powietrzem. Czuła, że się dusi, że wszystko wokół blaknie i czernieje. Czuła, jak wszystko rozmywa jej się pod nogami, jak ból przeszywa jej ciało.

 I tylko ciemność i cisza pozostały niezmącone.

 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.