5. Katharsis

 

MarquesHouston – Letter

 

 

- Mia, mam nadzieję, że chociaż zrobisz mu awanturę. Wystawił cię – powiedział mimochodem Alan.

Prefekci i Rose właśnie schodzili na śniadanie. Rudowłosa udawała obojętną minę, ale przysłuchiwała się im. Chciała wiedzieć coś więcej na ich temat, czegoś się o nich dowiedzieć. Lubiła wiedzieć z kim ma do czynienia i lubiła mieć temat do rozmyślań, byle tylko czymś zająć swój umysł.

- Jestem pewna, że miał ważny powód. Normalnie się tak nie zachowuje – Mia wyraźnie nie zamierzała stosować się do rad przyjaciela.

- Słyszałem, że wczoraj podobno były urodziny Zabiniego. Musiało być ostro… – głos Chana był dość sugestywny, jednak Mia zdawała się być niezrażona. Wciąż uśmiechnięta i pewna siebie podążała w stronę Wielkiej Sali.

- Mia! Możemy pogadać?

Stanął przed nimi Mark z miną zbitego psa. Wyraźnie czuł się czemuś winny, był zmartwiony i zmęczony. Widocznie nie spał tej nocy zbyt wiele.

- Jasne… – odeszła od reszty prefektów i oddaliła się.

- Nie opieprzy go – powiedział Chan.

- Chyba się nie łudzisz, że się będę zakładał? Nie lubię przegrywać. Doskonale wiem, że jedno jego spojrzenie wystarczy, a wszystko mu wybaczy. Kobiety są naiwne…

- Ja tu jestem i wszystko słyszę – powiedziała Rose wyraźnie zirytowana taką klasyfikacją płci.

Alan uśmiechnął szeroko, jak gdyby nigdy nic i ruszyli do Wielkiej Sali. Usiedli w tym samym miejscu, co zwykle.

- Chan, pamiętasz, że w weekend idziemy razem do Hogsmeade? – zapytał Harris.

- Nie wiedziałam, że jesteście homo… – rzuciła sarkastycznie Rose.

- Jeszcze wielu rzeczy o nich nie wiesz… – usłyszała przyjemny głos za uchem. Znała go już.

- O’Donnel! Gdybym umiał kłamać powiedziałbym, jak miło cię widzieć, ale biorąc pod uwagę, że jestem w tym raczej kiepski… mam nadzieję, że szybko wylecisz – powiedział Alan nieco ironicznie.

- Chętnie, ale biorąc pod uwagę, że ty tego chcesz, zostanę jak najdłużej – ciemnoskóry chłopak uśmiechnął się szeroko.

- Chan! Jesteś wzywany do McGonagal! – zawołała jakaś niska blondyneczka, może z trzeciej klasy, która akurat przebiegała obok stołu.

Mina chłopaka jednoznacznie świadczyła o jego zirytowaniu.

Alan poklepał go po ramieniu, tłumiąc wybuch śmiechu.

- I zaczyna się… Mogę zarżnąć tego starego kocura? – zapytał Chan robiąc maślane oczy.

- Obawiam się, że nie uszło by ci to na sucho – powiedziała Mia, pojawiając się znikąd.

- Jeśli tak bardzo nie chcesz być prefektem naczelnym, dlaczego po prostu nie zrezygnujesz?- zapytał Alan.

- Wiesz, chciałbym jeszcze kiedyś wrócić do domu – powiedział Chan wstając. – No to sayonara! Do OPCM.

- Niech zgadnę, on ci wcisnął jakąś tanią bajeczkę, że miał coś ważnego do załatwienia, a ty mu uwierzyłaś i jeszcze pochwaliłaś, że jest wspaniały? – zapytał z nutką sarkazmu Alan.

- Oczywiście. Lubię być naiwną idiotką.

-Tak jak myślałem. Co tym razem wymyślił?

- Nieważne… – powiedziała Mia.

- CO? Nie mogę wypominać ci czegoś, o czym nie wiem.

- Jakoś przeżyję…

W tym samym momencie do Wielkiej Sali wleciały sowy z pocztą. Całe setki, pohukując wesoło znajdywały adresatów i spokojnie odlatywały. Dumne i pewne siebie, wykonały swoje zadanie, po raz kolejny.

Ku zaskoczeniu Rose, ona także otrzymała przesyłkę. Była wyraźnie zdziwiona, nie spodziewała się wieści od nikogo. Bo kto miałby do niej pisać?

Prefekci i Chris przyglądali jej się uważnie, gdy tak wpatrywała się w kopertę zaadresowaną jej imieniem i nazwiskiem. Nie, nie wyglądała, jak zazwyczaj, pewna siebie, chłodna. Wydawała się czymś niezmiernie poruszona, a przecież nie otworzyła jeszcze koperty. Czy wiedziała, co się w niej znajduje? Czy wiedziała, że otrzymuje bardzo złe wieści?A może bardzo dobre? Od kogo go dostała?

Jej ręce zaczęły lekko drżeć, a ona sama podniosła się i wybiegła z Wielkiej Sali. Prosto do swojej opuszczonej wieży, tam, gdzie nikt jej nie zobaczy, gdzie nikt nie przeszkodzi. Chciała już być tam, teraz, w tej sekundzie, nie chciała czekać. Biegła tak szybko, jak potrafiła. Znała to pismo lepiej, niż cokolwiek innego. Tak, wciąż pamiętała, jakby to było wczoraj. Czuła, jak jej serce podchodziło do gardła i waliło mocno.

Dotarła. Dłonie wciąż jej drżały, ale pewnie otworzyła kopertę. Wyjęła z niego kawałek pergaminu i zamknęła oczy. Tak, to na pewno on. Czuła, jak jej serce zabiło jeszcze mocniej, jeżeli było to tylko możliwe.

 

Rose,
wiem, że od naszego rozstania minął dopiero rok i obiecałem ci, że nie spotkamy się dopóki czas nie wyleczy ran, ale czuję, że muszę cie zobaczyć. Wciąż czuję się winny i nie potrafię z siebie tego wyrzucić… Nie potrafiłem też wrócić do tego miejsca, gdzie wszystko się spieprzyło. Nie potrafiłem też go sprzedać.
Wiem, że ty też wciąż pamiętasz, dlatego wydaje mi się, że powinniśmy o tym porozmawiać. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, Rose… Popełniłem straszny błąd. Pociągnąłem ciebie ze sobą na dno, ale podniosłem tylko siebie. Jeżeli jest choć cień szansy, że kiedykolwiek mi wybaczysz… może już nigdy nie będziemy razem, ale ja tak bardzo potrzebuje twojego przebaczenia! Co noc widzę ciebie tamtego wieczora, złamaną, i twoje serce w milionach malutkich kawałeczków.
Piszę do ciebie, aby cię uprzedzić, że zamierzam przyjechać do Hogwartu, dać kilka wskazówek waszym drużynom quidditcha. Ale ty ich nie potrzebujesz… Mogłabyś zajść daleko, gdybym nie stanął na twojej drodze… Nigdy o tym nie zapomnę.
Uprzedzam cię o moim przyjeździe, abym, jeśli nie życzysz sobie mojej obecności, schodził ci z drogi.

Zawsze będę cię kochał i zawsze będę pamiętał o tym, co się stało.

Greg.

 

Po jej policzkach popłynęły łzy. Czy chciała go teraz zobaczyć? Czy go nienawidziła?Czy kochała? Już sama nie wiedziała, wszystko plątało się w jej głowie. Z całą pewnością wciąż pamiętała. I już na zawsze miało tak pozostać. Bo jak tu zapomnieć? Może po prostu nie chciała zapomnieć. Może chciała to zatrzymać, chciała się w ten sposób ukarać. Cierpieć za swoje grzechy. Bo przecież tak powinno być,prawda? Każdy powinien pokutować za swoje grzechy prawda?

Tylko jak długo?

 

 

***

Angus &Julia – Stone Walk it off

 

 

- Nie zgadniecie, czego chciał kocur! – zaświergotał Chan, podchodząc do Mii i Alana przed klasą OPCM.

- Z całą pewnością za chwilę nam powiesz… – mruknęła Mia.

- Greg Alastair przyjeżdża do szkoły, żeby potrenować z naszymi drużynami! – szepnął podekscytowany. – I, uwaga, będzie nocował w naszym domu!

- Co?! – wrzasnął Alan.

- Cicho! Na razie nikt nie może wiedzieć. To ma być niespodzianka – szepnął Chan.

- Więc prawdopodobnie nie powinieneś był nam o tym mówić – zauważyła Mia. Nie była szczególnie zainteresowana. – Matko znów będziemy go musieli pilnować, żeby dziewczyny się na niego nie rzucały… Pamiętacie, kiedy wokalista Czarnych Wiedźm przyjechał trenować chór?

- A coś ty taka nie w sosie? – żachnął się Chan.

- Martwię się o Rose. Dostała list. Nie wiem od kogo i co w nim było, ale jeszcze zanim go otworzyła wyglądała na bardzo poruszoną… Nie wiem… Boje się, że zrobi sobie dzisiaj wagary…

- Niepotrzebnie… – mruknął Alan wskazując na coś, co znajdowało się za plecami Mii.

Stała tam Rose.Oparta o ścianę ze spuszczona głową. Wyglądała, jakby nad czymś intensywnie myślała. Jakby w jej głowie toczyła się wielka bitwa i sama dokładnie nie wiedziała komu kibicować.

- W porządku? – usłyszała nagle.

Stali przed nią prefekci, a i zauważyła, że kilku uczniów gapi się na nią dziwnie, choć akurat tym się nie przejmowała. Już zdążyła przywyknąć.

- Tak… – mruknęła ruda. – Czuje się… dobrze.

Prefekci patrzyli na nią nieco zszokowani, bo Rose Weasley właśnie powiedziała, że czuje się dobrze, może nawet dostrzegli lekki uśmiech…? Nie, to nie możliwe, bo to przecież wiecznie skwaszona Rose Weasley, wiecznie cierpiąca i nieszczęśliwa. A jednak coś na jej twarzy wskazywało, że ten dzień był dla niej przyjemny, wzruszający. Tylko dlaczego?

Siedziała już w klasie, minęło już dobre dwadzieścia minut odkąd zaczęła się lekcja, ale nie wypowiedziała jednego słowa, jej mina nie zmieniała wyrazu i już teraz wszyscy w klasie widzieli, że coś jest nie tak. Bo przecież Weasley nigdy nie siedziała prosto, zwykle leżała na ławce. I zwykle nie siedziała cicho nawet pięciu minut, albo choćby miną skomentowała wypowiedz nauczyciela. Ale nigdy, przenigdy nie była tak spokojna, tak cicha, tak płynna…

Tak, nawet nauczyciel zaczął jej się przyglądać dziwnie. Może jest chora? Może coś się stało? Powinien ją wysłać do SS, czy nie?

- Patrz na Weasley… – powiedział Scorpius do bruneta siedzącego obok.

- Patrzę, i…?

- Fitz, nie widzisz czegoś dziwnego? Wskazówka: siedzi cicho, nie robi min, nie leży na ławce… Nie wydaje mi się, że słucha, co mówi nauczyciel, ale wciąż… to całkiem dziwne…

- Scor, dlaczego miałbym sądzić, że to interesujące? Ona obchodzi mnie tylko, jeśli sprawia kłopoty Mii, a teraz ich nie sprawia, więc…

- Zrobiłeś się taki nudny, od kiedy z nią jesteś.

- Bywa.

Blondyn wzruszył tylko ramionami i zaczął rozmawiać z brunetkami siedzącymi przed nim.

 

 

***

 

 

Minęło kilka dni, gdy wieść o przyjeździe słynnego, choć młodziutkiego gracza quidditcha rozeszła się po całej szkole. Wszyscy uczniowie byli podekscytowani. Chłopcy – możliwością trenowania z jednym z najlepszych. Dziewczęta – nadzieją, że może zobaczy którąś z nich i padnie do stóp.

Szczególna radość panowała pośród Krukonów, którzy mieli gościć gwiazdę. W ich domu panował gwar i hałas przygotowań, każdy chciał wypaść jak najlepiej, każdy miał nadzieję na pogawędkę z graczem, każdy chciał mu czymś zaimponować. Tylko Rose pozostawała dziwnie spokojna od kilku dni i nikt nie wiedział czemu. Błądziła myślami gdzieś daleko, w swoim własnym małym świecie i nawet gdy ktoś ją o coś zapytał, rzadko odpowiadała. Może dlatego, że rzadko kogokolwiek słyszała, tak głęboko pogrążona w myślach.

- Rose! – usłyszała za uchem.

- CO?! – zirytowała się. Była gdzieś daleko i nie chciała, by ktoś jej przerywał.

- Idziemy na kolacje. Dziś zjawi się nasza gwiazda – uśmiechnęła się Mia.

Niewiele ją interesował, jako mężczyzna, ale spotkanie kogoś sławnego, kogoś, kim ma za zadanie opiekować się, było dla niej czymś ważnym.

- Tak, chodźmy – powiedziała Rose spokojnie.

- Rose, od kilku dni jesteś jakaś inna…

- To minie, Mia… – wstała i ruszyła w kierunku drzwi. Nawet nie zauważyła, że Pokój Wspólny był pusty. – Idziesz?

- Tak – blondynka ruszyła za nią.

Korytarze były nienaturalnie puste, nawet obrazy. Zupełnie, jakby wszyscy zniknęli za pomocą jakiegoś magicznego zaklęcia. Zapewne wszyscy czekali na celebrytę w Wielkiej Sali. Każdy chciał go poznać, zobaczyć.

- Wiesz, będzie tu cztery tygodnie. Niestety u nas spędzi tylko jeden. McGonagal uznała, że będzie sprawiedliwie, jeśli spędzi po jednym tygodniu w każdym domu. W Slytherinie za bardzo się burzyli…

Ale Rose wcale nie słuchała. Bala się, teraz kiedy już mieli się spotkać. Bala się, teraz kiedy wreszcie miała szansę z nim porozmawiać. Teraz, kiedy był tak blisko. Co jeśli nie będą potrafili już rozmawiać? Co jeżeli zbytnio się zmienili i tylko poczują zawód, że osoba, która znaczyła dla nich tak wiele odeszła bez słowa, a przyszła nowa, obca…?

Usiadły. Rose nerwowo zerkała w stronę wejścia. Czy to już?

I nagle pojawił się w drzwiach, nieco inny niż ostatnim razem gdy go widziała. Wyglądał dobrze. Jego oczy nie były podkrążone, a i twarz wyglądała jaśniej.

Widziała, że rozglądał się po stolach, że szukał jej, lecz spuściła głowę, gdy tylko obejmował wzrokiem stół Krukonów. Dlaczego? Sama nie wiedziała. Może za bardzo się bała. Bo gdyby i nawet ją zobaczył, to co by zrobił? Zignorował, kiwnął głową, podszedł?

Dyrektorka stanęła na mównicy. Ale Rose jej nie słyszała. Widziała, jak jest usta się poruszają, docierały do niej pojedyncze dźwięki, brawa, ale nie słowa. Czy była aż tak przerażona?

Stanął na mównicy i rozglądał się, szukał jej wzrokiem, ale sala była tak wielka, a rudowłosych dziewcząt tak dużo! Szukał tej jednej, ale nie mógł jej dostrzec. Nie przyszła? Wypowiadał słowa swojego krótkiego przemówienia, ale nie o tym myślał. Chciał już zakończyć to przedstawienie i pobiec do niej, znaleźć ją. Czekał, przyjechał tu przecież tylko dla niej. Bo przecież to on ją zniszczył, a on sam zyskał na tym tak wiele.

- Panie Alastair, zacznie pan swój pobyt w domu Krukonów, Chan, którego poznał pan wcześniej już czeka przy stole – powiedziała McGonagal.

- Dziękuję pani dyrektor.

Ruszył przed siebie. Zauważył prefektów od razu. Ale to nie oni przykuli jego wzrok, ale ktoś, kto siedział obok.

- Rose, zrób miejsce dla Grega – skarcił ją Chan.

- Źle wyglądasz, Rose – powiedział Greg, lekko uśmiechając się..

- Ty za to wyglądasz świetnie – powiedziała ignorując prefekta. W jej głosie nie było słychać tej jej kpiny, sarkazmu, ironii. Szczere stwierdzenie.

Przesunęła się trochę. Usiadł bliżej niż wypadało i chwycił ją za rękę.

- To… wy się znacie…? – zapytał Alan wyraźnie zdezorientowany.

- Tak… Bardzo długo – odpowiedział Greg. – Gdyby nie Rose dziś wciąż byłbym nikim…

Rudowłosa wstała nagle i zaczęła iść w stronę wyjścia. Nie, nie uraził jej. Po prostu nie chciała,, by ktokolwiek cokolwiek o niej wiedział, bo nikt i tak by nie zrozumiał, a tylu by potępiło. Tylko to jedno potrafiło jej zadać ból, więc ukryła to głęboko i nie chciała wyciągać.

- Rose… – dobiegł do niej tuż przy wyjściu.

- Greg… – nie dokończyła. Już widziała w oddali sporą grupę dziewczyn zmierzającą w ich kierunku.

Odwróciła się wiedząc, że w tym momencie nie da rady z nią porozmawiać. Dziewczęta zaczęły go otaczać, a ona powoli odchodziła w swoje zaciszne miejsce, gdzie nikt nie przeszkodziłby jej rozmyślać. Prawie nikt.

Usiada na balustradzie i odpaliła papierosa. Niebo było czyste, usłane gwiazdami. Księżyc lśnił mocno, a wiatr delikatnie rozwiewał jej włosy.

- Cóż, zaskakujesz mnie Weasley… Kto, jak kto, ale po tobie się akurat nie spodziewałem, że znasz takie osobistości… – powiedział siadając obok niej.

- Kiedyś go znałam… Kiedy jeszcze był tylko synem znanego pałkarza.

- Kiedyś? – zapytał z powątpiewaniem unosząc brew.

- Nie widziałam go od bardzo dawna, a ludzie się zmieniają.

 

 

***

Aqualung feat.Lucy schwartz – Cold

 

 

Powoli popijała ognistą wpatrując się w pustą ścianę naprzeciwko. Rude włosy oplatały jej ramiona. Było ciemno, jedyne, blade światło dochodziło z dogasającej świecy na parapecie.

Myślała o wszystkim, a jednocześnie nie myślała nic. Czuła wszechogarniającą pustkę. Może już sama nie wiedziała, co myśleć. Może po prostu była tak zmęczona myśleniem, że przestała.

Puk! Puk!

Drzwi otworzyły się.

Jej serce zaczęło bić znacznie mocniej. Czuła je aż w gardle.

Przyszedł do niej.

- Chciałam sprawdzić, czy wszystko w porządku, nie mogłam cię nigdzie złapać cały dzień – Mia uśmiechnęła się miło.

Jednak nie przyszedł.

- Tak.

- Jesteś ostatnio jakaś inna. Zaczęłam się o ciebie martwić…

- Niepotrzebnie – odpowiedziała chłodno.

Tak, teraz już wiedziała na pewno. Chciała go zobaczyć. Chciała, aby do niej przyszedł. Może był zbyt zajęty fankami? Pewnie tak. Przecież kiedyś lubił się bawić. I tak. Była zła, że to nie on, tylko Mia. I tak,była zła, bo się zawiodła. Znów.

- Greg cię szukał przez cały dzień – oznajmiła blondynka niezrażona obojętnością rudej.

W pewnym sensie czuła, że między tą dwójką coś było, coś, czego nie chcieli ujawnić, ale o czym nie mogli zapomnieć. Bo to raczej nie przypadek, ze Rose dostała list, po czym była bardzo poruszona przez następne kilka dni, by później tak emocjonalnie zareagować na obecność gracza.

- Widocznie nie za bardzo się starał, bo byłam tutaj calutki dzień.

- Miał dużo obowiązków… – Mia zaczęła go bronić.

- Szczerze, nie obchodzi mnie jego obecność tutaj. Tak, znam go. Hugo i resztę też, co nie czyni ich jakoś specjalnie wyjątkowymi. – rzuciła obojętnie.

Mia westchnęła cicho.

- To ja już lepiej pójdę… – mruknęła. – Dobranoc Rose.

I znów została sama. Był zajęty? Miał dużo obowiązków? Podejrzewała jakież to obowiązki nie pozwalały mu jej szukać. Puchonki? Krukonki? Slizgonki? Może nawet Gryfonki.

Była już zmęczona, może nawet to za sprawą alkoholu jej powieki wydawały się tak ciężkie, tak nieposłuszne.

Zasnęła.

 

 Światło drażniło jej oczy, choć nie wiedziała skąd pochodziło.

- Nie chciałem cię obudzić – szepnął.

- Greg! – zerwała się z łóżka.

- Ukrywasz się przede mną?

Usiadła na brzegu łóżka. On siedział naprzeciwko, w fotelu, patrząc na nią nostalgicznie.

Westchnęła cicho.

- Nie lubię, kiedy ludzie się mną zbytnio interesują.

- Tak, słyszałem. Słyszałem, że z nikim nie rozmawiasz… Że nikomu nie ufasz… Że jesteś zimna…

- A jakie to ma znaczenie? – odwróciła wzrok.

- Rose, to co się stało… Ja też… cierpię…

- Wiem – spojrzała na niego. – Niepotrzebnie. To ja powinnam była wiedzieć.

- Ale to ja pociągnąłem cię na dno.

- Jesteś naiwny Greg. Gdyby nie ty, byłby ktoś inny.

- Ktoś inny? Nie chcę, żebyś o sobie tak myślała… Dlaczego tak myślisz Rose??

- Dlaczego? – pisnęła. – Dlaczego? Może dlatego, że cztery miesiące nosiłam pod sercem nasze dziecko, ale byłam zbyt naćpana, żeby cokolwiek zauważyć, a potem je straciłam! – wysyczała.

Po jej policzkach popłynęły łzy. Jej twarz była wyprana z wszelkich emocji, tylko te łzy…

- Ja też byłem zbyt naćpany, żeby zabrać cię do szpitala od razu, pamiętasz? Śmiałem się, myślałem, że to tylko faza. A ty cierpiałaś i zwijałaś się na podłodze dopóki Olivia nie wróciła z pracy. Zapomniałaś już? – teraz i on płakał.

Ona nie chciała pamiętać. Wolała obwiniać tylko siebie, bo siebie najłatwiej nienawidzić. Bo siebie najłatwiej ukarać. Bo na sobie najłatwiej jest się zemścić.

Wstał z fotela i padł przed nią na kolana.

- Wybacz mi…Wybacz mi, jeśli to kiedykolwiek będzie możliwe…. – zaszlochał.

- Nigdy cię nie winiłam, Greg. Nie mam czego ci wybaczać. Sama to sobie zrobiłam. Jedyna osoba, której nienawidzę jestem ja…

Położył głowę na jej kolanach i płakał. Płakał po raz pierwszy od roku. Płakał, bo tak jak ona nie potrafił sobie tego wybaczyć i winił tylko siebie.

Niewątpliwie to on na tym zyskał. Tak. Czuł się tak winny, że przestał brać. I przestał pić. Przestał nawet palić. I rzucił się w wir treningów. I powoli zaprzestano go nazywać synem Alana Alastaira. Z czasem zaczęto o nim mówić, to ten Greg Alastair.

A ona? Ona schudła i pobladła. Stała się skałą, równie zimną, co obojętną. Nie była radosna, nikt nie pamiętał, by choć raz się uśmiechnęła. Była zgorzkniała i rozżalona. Nie potrafiła się odnaleźć. I wpadała coraz głębiej w swoje nałogi.

- To tak bardzo boli… Widzieć cię taką… – położył głowę na jej kolanach i zapłakał głośniej. – Tak bardzo… cię przepraszam… Tak… Tak bardzo… chciałbym ci to wynagrodzić… Tak bardzo… Chciałbym…chciałbym żebyś mogła zapomnieć.

Tak, on też wciąż był załamany. Wciąż pamiętał i nie potrafił zapomnieć. Nie mógł sobie wybaczyć. Wciąż miał w pamięci krzyki, obrazy, barwy! Bo kiedy tak na nią patrzył, i kiedy tak słyszał, jak chłodna się stała, to przecież doskonale wiedział, że ją to całkowicie zniszczyło, a jego uratowało. Czy musiał zapłacić tak wysoką cenę, by stać się kimś? Bo przecież dzięki temu on stał się kimś, a ona zmieniła się w nikogo.

Ale on przecież doskonale wiedział, że tak się stanie już rok wcześniej. Wiedział, że ona tak bardzo się zmieni, choć próbował sobie wmawiać, że to tylko na chwilę. Wciąż pamiętał ten szpital i ją siedzącą na łóżku, wpatrującą się w okno nie wypowiedziawszy żadnego słowa, nie wydawszy żadnego dźwięku, przez dwa tygodnie. Tylko patrzyła w to okno. Tak… już wtedy marzyła o śmierci. Wiedział to doskonale, przecież tak dobrze ją znał…

- Greg… – zaszlochała. – Tyle… się wydarzyło… w ciągu… ostatniego…roku… Ja… sama to sobie zrobiłam…

I płakali razem. Morze, morze łez, oczyszczających, ale palących policzki.. Bo żadne z nich nie płakało od roku. Nie tak.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.