2. 362 dni

Dolores O’Riordan – Ordinary day

Szła powoli, uważnie przyglądając się otoczeniu. Próbowała znaleźć drogę powrotną, ale nie było to już takie proste, jak dotarcie do tej wieży. Rozglądała się wokół siebie szukając jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś znajomego, czegoś charakterystycznego. Błąkała się po ciemnych korytarzach, niejednokrotnie zawracając i gubiąc drogę od nowa.

Mijały minuty, a może już godziny? Prawdę mówiąc, nie przeszkadzał jej taki stan rzeczy. Lubiła samotne spacery ciemną nocą. Wszystko było wtedy takie ciche, spokojne.

Zobaczyła w końcu znajome, okrągłe drzwi. Westchnęła cicho. Weszła do Pokoju Wspólnego nie oglądając się za siebie, ani wokół siebie. Po prostu szła swoim wolnym krokiem. Bo i po co miała się spieszyć? I tak nie mogłaby zasnąć. Znów śniłby jej się ten sam koszmar, który dręczył ją już od niemal roku.

– Rozumiem, że planujesz zrobić wszystko, aby jak najszybciej stąd wylecieć? – usłyszała za sobą.

Obróciła się. Znała ten głos. Chyba.

  – Niezły początek. Tylko wiesz, jak chcesz, żeby cię złapali, to musisz być bardziej zauważalna.

– Nawet, jeśli taki mam plan, to chyba nie twój interes? – zapytała obojętnie Rose.

– Moja. Bo przez ciebie oberwie cały dom – Mia patrzyła na nią wyzywająco.

Rose uśmiechnęła się pod nosem. Blondynka wyglądała nieco zabawnie patrząc w ten sposób. Jej bojowe spojrzenie niezbyt pasowało do jej sympatycznego wyrazu twarzy.

– Jakoś mi to zwisa –odpowiedziała w końcu ruda.

– Co tu się dzieje? – przed wejściem do dormitorium chłopców stanął chłopak o azjatyckiej urodzie.

- Nasz najnowszy nabytek urządza sobie nocne eskapady – powiedziała Mia oskarżycielskim tonem.

– Więc obawiam się, że ktoś będzie musiał odbębnić szlaban – powiedział chłopak przeciągle.

– Może damy jej szansę? – Mia spojrzała na niego prosząco.

– A co ja z tego będę miał? – zapytał żartobliwie.

– Nic – wtrąciła Rose. – Nie potrzebuję łaski.

– Spokojnie, tylko żartowałem…

– No jasne. Ale jakby ci coś zaproponowała zgodziłbyś się bez niczego. Daj mi ten pieprzony szlaban i skończmy to!

– Skoro tak bardzo chcesz, to zgłoś się jutro o 20.00 w Sali Sław… – mruknął chłopak.

Nie racząc go choćby jednym spojrzeniem ruszyła po schodach na górę.

– Widzę, że mamy parkę dla O’Donnela… – zaśmiał się Chan.

– Może lepiej nie… – zachichotała.

– A tak wracając do tematu szlabanów, to regulamin dotyczy także pani prefekt – uśmiechnął się łobuzersko.

– Ależ panie prefekcie naczelny, cały czas byłam w Pokoju Wspólnym.

– Oczywiście – zaśmiał się, ale po chwili spoważniał. – Kiedy mu powiesz?

– W odpowiednim momencie… – mruknęła odwracając wzrok.

– Mia, on i tak kiedyś się dowie, a im później, tym gorzej dla ciebie.

– Wiem, tylko… Nie było dobrej sposobności…

– Mia, sposobności było wiele. Powiedz mu, albo ja to zrobię.

– Jeśli to zrobisz, to możesz przestać nazywać siebie moim przyjacielem – powiedziała urażona dziewczyna i w mgnieniu oka zniknęła na schodach prowadzących do dormitorium dziewcząt.

Wiedziała, że miał rację, ale bała się tego. Bała się, jak on zareaguje, gdy się dowie. Bo przecież teraz wszystko oparte było na kłamstwie. Cała ich miłość, całe zaufanie, cały związek. Skłamała, by zachować go przy sobie, gdy był jeszcze tylko przyjacielem. A już wtedy bardzo nie chciała go stracić.

Bała się, bo gdzieś głęboko czuła, że to tak jakby powiedziała koniec. Koniec wszystkiego, co do tej pory zbudowali razem, między nimi. Koniec zaufania, a zatem koniec ich.

Kto by pomyślał, że prawda może przynieść tyle strachu, tyle niepewności.

Stał patrząc za odchodzącą blondynką i kolejny raz czuł w sercu ten niewypowiedziany żal. Bo prawdą było, że chciał, by powiedziała jemu prawdę tylko dlatego, że wiedział, że to oznaczałoby ich koniec, a nie dlatego, że był jej przyjacielem. Nie czuł się z tym dobrze, a jednak nie umiał tego przerwać. Chciał ją dla siebie, ale ona wciąż trwała przy kimś tak jej nie wartym. Głupim, aroganckim Ślizgonie. Co ona w nim widziała? Nigdy nie rozumiał. Dlaczego nigdy nie powiedział jej co czuje? Nie wiedział. Dlaczego to wszystko było tak cholernie trudne? Nie wiedział.

Westchnął i wolnym krokiem wrócił do swojego pokoju, by kolejną bezsenną nocą rozmyślać, jak wszystko byłoby piękne, gdyby Ślizgon nie stanął na jego drodze. A właściwie na jej drodze.

***

Unoszący się w powietrzu papierosowy dym przyjemnie drażnił jego nos i gardło. Siedział w czarnym, skórzanym fotelu popijając swoją ulubioną whisky i wpatrywał się w śpiącą na jego łóżku nagą dziewczynę o krótkich, czarnych lśniących włosach. Wydawała się być taka niewinna, taka delikatna. Jak każda inna. Bo dla niego one wszystkie wyglądały tak samo, gdy spały.

Ale nie to było głównym tematem jego rozmyślań. Jego myśli błądziły gdzieś daleko od Hogwartu, w starym, nieco obleśnym motelu w Marsylii. Pamiętał jakby to było dziś.

Dziewczyna, jakiej nie spotkał nigdy wcześniej i nigdy później. Jedyna, która mogłaby go zrozumieć. Jedyna, której nie mógł zapomnieć, choć spędził z nią tylko jedną noc…

- Powiesz mi chociaż jak masz na imię?

- Chwila. To moje imię.

- Chwila? To dość dziwne imię, nie uważasz?

- Możliwe, ale tylko to jedno do mnie pasuję. Jestem tylko chwilą w twoim życiu, tak jak byłam chwilą w życiach innych mężczyzn. I niedługo, tak jak tamci, zapomnisz o tej chwili. Żegnaj, Scorpius… – wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi.

Czasem irytowało go to, że tak dużo o niej rozmyślał. Bo ileż można myśleć o jednej dziewczynie, zwłaszcza takiej, którą już zaliczył?

Sam się sobie dziwił, ale może może zaintrygowanie przeważało nad zdroworozsądkowymi zasadami. Może ciekawość była zbyt wielka, by mógł ją w sobie zdusić. Bo jak tu nie być ciekawym takiej dziewczyny? Przyszła, zabrała go do raju, a potem zniknęła nie wyjawiając nawet swojego imienia.

Czuł z nią dziwną więź, ale nie była to miłość. Bo on nie był zdolny do miłości. To było raczej jakieś dziwne zafascynowanie, albo coś podobnego. W ciągu jednej nocy poczuł, że ktoś naprawdę go rozumie, że ktoś naprawdę podziela jego idee, jego plany, jego światopogląd.

Nawet Elaine nie do końca go rozumiała.


Kim jesteś, Chwilo? Mam nadzieje, że jeszcze cię spotkam…

Dziewczyna leżąca na łóżku przebudziła się się nieco i przewróciła na drugi bok.

Uczucia… Co to w ogóle jest? Kajdany, które ograniczają pole widzenia. Które zagłuszają zdrowy rozsadek. Które sprawiają, że ludzie stają się słabi.

A jednak czasem się przydają. Tak cudownie się na nich gra…

***


Zimne krople potu spływały po jej czole. Rzucała się niespokojnie w łóżku, to zwijając się w kłębek, to prostując się całkowicie.

Zerwała się nagle do pozycji siedzącej, ciężko oddychając, rozglądając się nerwowo dookoła, jakby chcąc się upewnić, że wróciła do rzeczywistości, że koszmar się już skończył.

Po jej policzkach popłynęły słone krople. Zwinęła się w kłębek.

Boże…Nie wytrzymam… Ile jeszcze?

Interpol– The New

W tym czasie gdzieś indziej, ktoś jeszcze nie mógł spać. Siedział samotnie, wśród ciemności przy fontannie na placu przed kościołem Saint-Germain-des-Pres. Gdzieś w oddali słyszał krzyki jakiegoś pijaka, gdzieś nieopodal przechadzała się zakochana para.

Tutaj po raz pierwszy powiedział jej kocham. To w tym miejscu po raz pierwszy usłyszał to od niej. Chociaż znali się tak krótko. A jednak wiedzieli, gdzieś tam w środku, że są dla siebie stworzeni. Ale teraz… Teraz wiedział na pewno, że była jego pierwszą wielką miłością. I kto wie, czy nie ostatnią?

A jednak… Byli gdzieś, osobno. Czy ona była szczęśliwa? Nie wiedział. Mógł się tylko domyślać. Znał ją lepiej, niż ktokolwiek inny. Zapewne popadała w coraz większą depresję w miejscu, w którym umieścili ją teraz jej rodzice. Zapewne wypłakiwała oczy nocami i wciąż rozpamiętywała, wciąż słyszała i widziała to wszystko. I on też wciąż pamiętał. Wciąż miał ten obraz przed oczami. Wciąż słyszał ten głos, bez odrobiny współczucia.

- Przykro mi, nie mogliśmy nic zrobić…

Ale to już nie miało znaczenia. Znaczenie miało to, że nie byli razem i już nigdy nie mieli być. Wspomnienia zbyt ich przerażały, zbyt bolały, za głośno krzyczały w ich głowach.

I mimo wszystko, nie potrafił o niej nijak zapomnieć. Choć minął już prawie rok od ich rozstania. A on przychodził czasem w nocy pod Saint-Germain tylko po to, by wspomnienia o niej były świeższe. I wciąż widział ją w tym w miejscu, kiedy wiatr targał jej włosy i wyglądała wtedy tak pięknie. Tylko w tym miejscu mógł ją wspominać w spokoju. W każdym innym miejscu sam wydźwięk jej imienia powodował, że znów pojawiał mu się ten koszmarny obraz przed oczami.

Próbował znaleźć jakieś dla niej zastępstwo, marną kopię, ale żadna z nich nie była wystarczająco dobra. Te wszystkie dziewczyny zawsze były nie takie. Nie tak się śmiały, nie tak przyrządzały jajecznicę, nie tak trzymały różdżkę, nie tak się uśmiechały przez sen, nie tak się z nim kochały. Może po prostu nie były nią.

Sam siebie nie rozumiał. Dlaczego nie potrafił być taki beztroski jak kiedyś? Miał dużo pieniędzy, jego ojciec był jednym z najlepszych zawodników Quidditcha na świecie. On sam był znanym graczem.

Jednak nie cieszyło go to, jak kiedyś. Coś mu na to nie pozwalało. Coś go blokowało. Są rzeczy, których nie da się tak po prostu wyrzucić z pamięci. Są rzeczy, których nie da się po prostu wybaczyć, nawet samemu sobie.

Tak bym chciał cofnąć czas… Boże, dlaczego tak się stało?Przecież my…

Spuścił głowę.

Ciekawe, jak się ma? Czy może jest teraz z kimś? Kocha kogoś? Tuli się do niego?
Nie. To nie Rose.

- Greg, musisz mi coś obiecać – powiedziała stanowczo.

- Co tylko zachcesz.

- Obiecaj, że nigdy, przenigdy nie złamiesz mi serca… I że będziesz dla mnie dobry… Nie zniosę kolejnego zawodu.

Uśmiechnął się pod nosem.

- Obiecuję.

Ale złamałem jej serce…
I sobie też… Choć naprawdę…Naprawdę nie chciałem…
To wszystko moja wina!

Wstał.

Nagle ogarnęło go dziwne przeczucie, że musi tam pójść. Musi zobaczyć jeszcze raz to miejsce, gdzie to się stało. Nie wiedział dlaczego, po prostu coś kazało mu tak zrobić, więc zerwał się z miejsca i biegł ile miał siły w nogach. Zimne powietrze przeszywało bólem jego płuca.

Ale to miejsce było bardzo daleko. Za daleko, by dostać się tam, zanim straci odwagę. Za daleko, by mógł mógł trwać w zdecydowaniu.

Już zaraz, za kilka sekund…

Czuł, że traci tę wolę, tę siłę. Więc biegł tak szybko jak mógł… I jeszcze szybciej… I tak za wolno.

Nie zdążę, chyba że…

Ukrył się w pierwszym ciemnym zaułku i z cichym pstryknięciem zniknął.

Stał na starej, ale dobrze utrzymanej klatce schodowej przed drzwiami z numerem 24.

Dotarł.

Wokół panowała niczym niezmącona cisza. Przecież był środek nocy, a tutaj mieszkali spokojni ludzie. Zapewne o wiele bardziej spokojni odkąd on się stad wyprowadził. Jednak nie sprzedał mieszkania. Dlaczego? Nie znał odpowiedzi na to pytanie. Nigdy się nad nim nie zastanawiał. Po prostu mieszkanie było jego i tak miało zostać aż do dnia, w którym zapomni.

Drzwi nadal były takie same. Mimo że minęło dokładnie trzysta sześćdziesiąt dwa dni.Wszystko było takie samo jak wtedy. Nawet przekrzywiona tabliczka przy drzwiach z numerem 25.

To miejsce go przerażało. Dlatego tu nie przychodził. Rzadko też o nim myślał, przynajmniej starał się o nim nie myśleć, z mizernym skutkiem.

Ale nigdy wcześniej nie przeszło mu przez myśl, aby tu wracać.  Wszystko było zbyt świeże. Wspomnienia wciąż nawiedzały go w snach, ale teraz, właśnie w tym momencie, w tych sekundach, minutach, miał odrobinę odwagi by się z tym zmierzyć.

Wyciągnął z kieszeni pęk kluczy. Wciąż je nosił, jakby chciał je mieć w pogotowiu. Dlaczego? Nie miał pojęcia. Może po prostu nie potrafił się z nimi rozstać. Może musiał pamiętać to wszystko, by nie popełnić starych błędów.

Włożył kluczyk do zamka i przekręcił go.

I usłyszał krzyk.

Zobaczył strach.

Znów przekręcił klucz i schował pęk do kieszeni.

Jeszcze nie teraz.

Nie dziś.

Odszedł.

Może to było stanowczo za wcześnie dla niego. Może poczucie winy nie ucichło tak bardzo jak mu się wydawało.

To miejsce…

Może kiedyś do niego wróci.

Może spróbuje jeszcze raz.

Może za kolejne trzysta sześćdziesiąt dwa dni

I może… Z nią.

5 Komentarze

  1. Wiesz.. za miast Boże mogłaś napisacć Merlinie…
    Bo w końcu oni są czarodziejami… :)
    A co do rozdziału to troche chaotyczny ale da sie ogarnąć .. jak na poczatek to piszesz dość ciekawie i tajemniczo a przede wszystkim fajnie :D

    Pozdrawiam
    Zuza

    • Cóż, w imieniu Bezczelnej mogę jedynie powiedzieć, że nie była do końca zadowolona z pierwszych rozdziałów, ale wiadomo, początki zawsze są trudne. mam nadzieję, że się całkowicie nie zraziłaś :)

      xoxo
      Hippie

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.