1. Zbyt proste, zbyt oczywiste

Avril Lavigne – Nobody’s home

 

Przechadzała się nerwowo w tą i z powrotem po dużym, okrągłym gabinecie. Oczy dawnych dyrektorów z zainteresowaniem śledziły każdy jej krok z ram swoich obrazów. Gdzieniegdzie słyszała ich szepty, pomrukiwania.

Denerwowało ją to. Wszystko ją denerwowało. Ich spojrzenia, ich szepty, wygląd tego zamku, to, że musiała czekać. Teraz, po sześciu latach wcale nie miała ochoty tu wracać. Bo i do czego? Nie miała tu przyjaciół, zresztą nie dbała o to. O niewiele rzeczy dbała.

Może po prostu była zbyt pełna gniewu, złości, niewypowiedzianych żali i bolesnych tajemnic. Chciała po prostu odejść i zaznać trochę spokoju, ale może nie potrafiła go odnaleźć. A może po prostu nie miała dokąd odejść. Wszędzie czuła się, jak intruz, jak niepasujący element układanki.

Drzwi otworzyły się szeroko. Do gabinetu weszła starsza kobieta o surowych rysach twarzy, a za nią dziesięcioro uczniów w szkolnych sztach. Wszyscy wyglądali poważnie i odpowiedzialnie. Jak w tych wszystkich filmach o pięknych, bogatych, wpływowych i ułożonych dzieciakach. Utopijny obrazek. Czy prawdziwy? Szczerze wątpiła. Chyba, że trafiła do piekła.

– Dobry wieczór – powiedziała kobieta. – Mam nadzieje, że nie czekałaś zbyt długo?

– Możemy sobie darować wszystkie wstępy i wreszcie zacząć? – rudowłosa była wyraźnie zirytowana i zdecydowanie nie chciała być dłużej w tym miejscu. Czuła się w nim dziwnie, nieswojo, niepewnie.

– Oczywiście… – mruknęła dyrektorka z grymasem na twarzy. – Siadajcie! – zwróciła się do uczniów.

Byli prefektami. Teraz zauważyła ich błyszczące odznaki. No i oczywiście wśród nich musiał się znaleźć Albus Potter.

– Zapewne słyszeliście już, że będziemy mieli nową uczennicę. Rose uczyła się wcześniej w Beauxbatons. Co prawda w pierwszej klasie spędziła miesiąc w naszej szkole, jednakże uznałam, że ceremonia przydziału powinna odbyć się raz jeszcze.

 

- Weasley, Rose! – krzyknęła czarownica z długimi, czarnymi włosami.
Rudowłosa dziewczynka niepewnie usiadła na taborecie.

– GRYFFINDOR! – wykrzyknęła Tiara, gdy tylko dotknęła czubka jej głowy.
Podbiegła do wiwatującego stołu Gryfonów i usiadła obok Albusa uśmiechając się szeroko.

 

Prefekci kiwnęli głowami. Wyglądali co najmniej zabawnie z perspektywy Rose.

 

Jak tresowane pieski w cyrku…

 

Niektórzy z nich, nie trudno zgadnąć którzy, byli wyraźnie znudzeni tą sytuacją. Ślizgoni nigdy nie byli zainteresowani niczym, co nie dotyczyło ich bezpośrednio. A Scorpius Malfoy słyszał już wcześniej, kim jest owa nowa dziewczyna. Rose Weasley. Małe prawdopodobieństwo przydzielenia do Slytherinu. Więc po co mieliby się tym przejmować, czy interesować?

Minevra McGonagall podeszła do rudowłosej i wskazała jej ręką miejsce na starym taborecie.

Kiedy dziewczyna zajęła swoje miejsce, dyrektorka nałożyła jej na głowę Tiarę.

– Panna Weasley! Znów się spotykamy! – wrzasnęła Tiara.

Ta…. daruj sobie pogaduchy i przydziel mnie gdziekolwiek, byle nie do Gryffindoru – warknęła w myślach.

– Nie do Gryffindoru? Wciąż uważam, że to najlepszy wybór! Może jednak?

Powiedziałam, że nie chcę!

– No, dobrze… Skoro tak… Gdzie by cie tu… Hm… może Ravenclaw? Co ty na to?

Wszystko jedno…

– Wiem, co czujesz… Widzę wszystko, panno Weasley. Może najwyższy czas zapomnieć i zacząć żyć od nowa, hę? – usłyszała głos w swojej głowie.

Skończyłaś?

– Ech… Więc niech będzie, RAVENCLAAAW!

McGonagall zdjęła Tiarę z głowy dziewczyny.

– Więc od dziś jesteś Krukonką, Rose – powiedziała kobieta. – To jest Amelia Newman, prefekt Ravenclawu – dyrektorka wskazała na blondynkę o długich, lekko kręconych włosach i sympatycznym wyrazie twarzy. – To Alan Harris, drugi prefekt – wskazała na wysokiego, przystojnego bruneta z lekkim zarostem. – Chan Lee, prefekt naczelny, także z Ravenclawu – wskazała na wysokiego chłopaka o azjatyckiej urodzie. – I Anne Carroll, drugi prefekt naczelny – wskazała niską szatynkę o dużych, orzechowych oczach. – Nie ma potrzeby przestawiać ci imiennie pozostałych prefektów.

Rose wyglądała, jakby zupełnie jej nie słuchała. Profesor McGonagall zgromiła ją spojrzeniem.

– A teraz wszyscy z wyjątkiem Albusa Pottera i prefektów Ravenclawu mogą wyjść – powiedziała kobieta.

Po chwili gabinet nieco opustoszał. Drzwi zamknęły się za ostatnimi wychodzącymi i Rose poczuła się taka… zaszczuta, choć nikt jeszcze nie zdążył nic powiedzieć, ani nic zrobić.

– Zapewne zastanawiacie się, dlaczego poprosiłam was o pozostanie.

– To chyba jasne? – wtrąciła Rose. – Panna Weasley jest niezrównoważona i należy na nią uważać. Możemy już iść do wieży?

Przebywanie w gabinecie dyrektorki przez dłuższy czas nie sprawiało jej jakieś szczególnej przyjemności. Zwłaszcza, że wiedziała dokładnie jakie słowa padną. O zaufaniu, o szansie, o nadziejach.

O wszystkim, co dla niej przestało istnieć.

– Nie, panno Weasley. Nie możecie iść do wieży – odpowiedziała rozeźlona dyrektorka.

Prefekci patrzyli na Rose karcącymi spojrzeniami, ale ją niewiele to obchodziło. Nie po raz pierwszy ludzie tak na nią patrzyli, nie po raz pierwszy słyszała mające ją umoralnić przemowy i rady, o które nie prosiła.

Właściwie to nigdy o nic nie prosiła. To zawsze było poniżej jej godności, choć… Choć nawet godność odeszła w najciemniejsze zakamarki zapomnienia.

– Rose, mam nadzieję, że rozumiesz, iż pobyt tutaj, to twoja szansa. Zaufałam ci przyjmując cię do szkoły i wierzę, że nie przyniesiesz mi wstydu.

– O nic nie prosiłam – mruknęła Rose. Stara dyrektorka jej nie usłyszała. Nastoletni prefekci owszem. Kolejny raz rzucali jej karcące spojrzenia.

– Co do was – zwróciła się do prefektów. – Chciałabym was prosić, abyście opiekowali się Rose. Może czuć się nieswojo jako nowa uczennica…

Czuć nieswojo? Opiekować? Ładnie to pani ujęła, ale pozwoli pani, że powiem po angielsku – macie pilnować, żebym nie robiła głupich rzeczy, chodziła na lekcje et cetera. Możemy już iść do wieży?

Chciała pobyć sama. Miała już dość tych wszystkich starych dyrektorów i prefektów obserwujących każdy jej ruch. Nie mogła tu nawet spokojnie myśleć, bo czuła jakby wszystko prześwietlało jej umysł, jej duszę.

– Nie, Rose, nie możecie jeszcze iść do wieży. Co do robienia głupot to sama powinnaś się pilnować. To nie ty robisz nam przysługę ucząc się tutaj, pamiętaj o tym.

– Jakże mogłabym zapomnieć – odpowiedziała drwiąco rudowłosa.

– Jesteś inteligentną osobą. Jestem pewna, że rozumiesz, iż musiałam podjąć pewne kroki. Nie mogę pozwolić aby reputacja szkoły wystawiona była na szwank – powiedziała ostro dyrektorka. – To chyba wszystko, co mam wam w tym momencie do powiedzenia. Ach, zapomniałabym. Rose zamieszka w ostatnim pokoju, wiesz o który mi chodzi, prawda panno Newman? – dziewczyna kiwnęła twierdząco głową. – Możecie już iść do wieży, Rose.

Uczniowie podnieśli się jak na jakiś znak i wyszli z gabinetu mrucząc pod nosami „dobranoc”.

– I co myślisz, Albusie? – zapytała zamyślonego Dumbledoore’a, który siedział w ramie swojego portretu.

– Wciąż uważam, że słusznie postąpiłaś.

– Bzdura – mruknął Severus Snape. – Jeszcze gorzko pożałujesz, że ją przyjęłaś. Wspomnisz moje słowa.

Kobieta westchnęła cicho spoglądając na leżącą na jej biurku teczkę zatytułowaną Rose Weasley.

 

***

 

- Twoje bagaże na pewno są już w twoim pokoju – przerwała cisze Amelia uśmiechając się sympatycznie. – A tak w ogóle mów mi Mia. Gdybyś czegoś potrzebowała, będę do twojej dyspozycji.

– Nie, dzięki. Wolę chłopców – zakpiła Rose.

Blondynka zmieszała się nieco.

– Rose, mogłabyś wykazać się odrobiną dobrej woli? Mia chciała być po prostu miła – skarcił ją Al.

– Błagam o wybaczenie – powiedziała Rose teatralnie kładąc prawą dłoń na sercu. – Może po prostu jestem zła i niewychowana. Cóż, miano zakały rodziny do czegoś zobowiązuje…

– Chyba będzie lepiej, jak już sobie pójdę – mruknął Al.

Czuł się bezradny, słaby w tej walce. Tak wiele się zmieniło od czasu, gdy byli dziećmi. Kiedyś byli nierozłączni. Kiedyś była radosna. Kiedyś była otwarta i szczera.

Kiedyś... To zbyt dawno temu…

Potter skręcił w pierwszy korytarz rzucając ciche, smutne dobranoc Krukonom.

– Chyba nie przepadasz za rodziną, co? – zaśmiał się Alan.

– I co z tego? – zapytała ostro.

– Nie no, nic… Ale z tego co słyszałem są w porządku…

– Nawet jeśli, to chyba nie twoja sprawa, co?

– Chyba masz racje… – mruknął.

Nie był zmieszany przez jej ostry ton. Po prostu nie chciało mu się drążyć tematu, dalej ciągnąć rozmowy, która i tak była bezcelowa. Widział, że ona nie miała ochoty rozmawiać. Zresztą postać Rose Weasley średnio go obchodziła. Miał swoje własne kłopoty, zmartwienia i nie miał zamiaru ich sobie dokładać.

Stanęli przed dużymi, okrągłymi drzwiami bez klamki. Pośrodku znajdowała się kołatka z orlim łbem. Ptak poruszył się i spojrzał na nich.

Rozbija się, a dopiero wtedy jest całe – powiedział orzeł.

– Żeby wejść do wieży musisz odpo… – zaczęła Mia.

Namiot – przerwała jej Rose.

Drzwi otworzyły się i ich oczom ukazało się duże pomieszczenie. Przypominało nieco ogromny salon z dużą ilością starych, wygodnych sof i foteli.

Wszędzie było pełno młodzieży. Niektórzy czytali gazety, inni grali w szachy, a jeszcze inni plotkowali zdając sobie relacje z wakacji.

Rose poczuła się dziwnie. Tak dawno nie była w Hogwarcie. Panował tu gwar, hałas i beztroska, jakie nie przeszłyby w Beauxbatons. Tam zawsze było cicho. Grupki dziewczyn co najwyżej siadały w którymś z pomniejszych saloników i spokojnie, cicho, niemal szeptem rozmawiały przy herbacie na rożne poważne tematy, ignorując wszystko i wszystkich wokół.

– Na lewo dormitorium chłopców, na prawo dziewczyn – powiedział Alan, gdy stanęli przed dwoma wejściami na kamienne schody.

– Twoja sypialnia znajduje się na samym szczycie, ostatnie drzwi. Jestem pewna, że trafisz – uśmiechnęła się Mia.

– Ta… – mruknęła Rose i postawiła krok na schodach.

Przypomniała sobie, gdy stawiała pierwszy krok w wieży Gryffindoru, sześć lat temu. Czuła się wtedy tak wspaniale, tak szczęśliwa. Czuła, że to jest jej miejsce na ziemi, jej drugi dom.

A teraz? Teraz odganiała wspomnienia z grymasem na twarzy. Nie chciała pamiętać niczego, bo nie czuła się jakby była warta dobrych wspomnień. Stawiała kolejne kroki, czując się coraz dziwniej, coraz bardziej nieswojo. Z pewnością to miejsce nie było jednym z tych, których mogłaby się poczuć spokojnie, bezpiecznie.

Westchnęła cicho. Szła dalej, aż dotarła na sam szczyt schodów i odnalazła ostatnie drzwi.

 

Jak ostatni port, do którego mogłabym zwinąć. Czy ja się właśnie kończę?

 

The Goo Goo Dolls – Name

 

W głowie wciąż słyszała słowa Grega, który kazał jej o tym zapomnieć, ale nie potrafiła. W snach wciąż widziała obrazy z przeszłości, wciąż słyszała te głosy, bez jakiegokolwiek współczucia. Mimo, że minął już rok…

Bo i ona sama nie uważała, że zasłużyła na współczucie. Czuła się winna i to poczucie winy wyżerało ją od środka.

Czy się kończyła? Można tak powiedzieć. Powoli przestawała żyć, a zaczynała po prostu egzystować, funkcjonować w środowisku, które ją otaczało, ale nie było to prawdziwe życie. Tylko odruchy.

Wdech.

Wydech.

Zjeść.

Napić się.

Spać.

Pokój był całkiem duży. Prawdę powiedziawszy spodziewała się czegoś znacznie mniejszego. Tylko jego wyposażenie nie było bogate. Wąskie łóżko stojące pod ścianą, mały stolik, nieduża szafa, dwa fotele przy oknie i biurko.

Tuż przy drzwiach stała duża walizka, ta sama, która stała obok jej nóg w parku Kellerman w dniu, w którym dowiedziała się, że za swój kolejny wyczyn została wyrzucona z Beauxbatons.

Uśmiechnęła się pod nosem na to wspomnienie, ale jej mina szybko spoważniała, jakby karcąc siebie samą za to, że przez chwilę nie była przygnębiona. Nie, nie miała prawa być szczęśliwa. Nie po tym, co się stało niecały rok wcześniej w małym mieszkanku przy Rue Pergolese w Paryżu.

Te wspomnienia szybko przywracały jej twarzy poważny, posępny wygląd.


Jedno łóżko.. czyli cały pokój dla mnie… To dobrze. To bardzo dobrze.
Nie, nie będę teraz o tym myśleć…
Dwa fotele, szafa… Ładna szafa…
Okno… Widać przez nie błonia…
Tam, gdzie te drzwi pewnie łazienka…

 

Nie potrzebowała towarzystwa, może po prostu go nie chciała. Jeśli ktoś spędza z tobą dużo czasu w jednym pomieszczeniu, to ma szansę się do ciebie zbliżyć, a ona już nie chciała z nikim nic budować. Chciała po prostu to przetrwać.


Kończy się kolejny dzień… Przeminął i umiera, jak wszystko. I ja też… Może powinnam była wtedy umrzeć…
Chyba byłoby to już lepsze niż to co jest teraz.

 

Wszystkie odgłosy w zamku powoli cichły. Za oknem robiło się coraz ciemniej, aż jedyne światło na zewnątrz pochodziło od błyszczących gwiazd, które nie chciały pozwolić ciemności, by sprowadziła jakiegoś zbłąkanego wędrowca na złą drogę. Jednak ciemne, ciężkie chmury zdawały się sprzysiąc z ciemnością i okrywały błyszczące lampiony niebios srebrzystoszarą pierzyną.

Poczuła, że znów się dusi w czterech ścianach, jak każdego wieczora w Beauxbatons. Poczuła, że znów musi wyjść z pokoju, choć na chwilę, by nie oszaleć, wspominając to, co było.

Wyszła. Schodziła po schodach powoli, ostrożnie stawiając każdy krok. Może bała się, że się potknie i upadnie? A może po prostu nauczyła się, by wymykając się nocą z pokoju być bardzo cicho, być bezszelestną, być niezauważalną.

Była już poza wieżą Ravenclawu i poczuła, że znów może oddychać swobodnie. Nie pamiętała dobrze tych wszystkich korytarzy. Spędziła w tym miejscu tylko jeden miesiąc, na dodatek to było sześć lat temu. Jednak było jedno miejsce… Znalazła je wtedy przypadkiem, gdy chciała się w samotności wypłakać, kiedy rodzice oznajmili jej, że przenoszą ją do Francji.

Tak, ta wieża. Stara wieża. Opuszczona.

To było miejsce, do którego znów chciała dotrzeć. Nie wiedziała dlaczego, coś jej podpowiadało, że tam, właśnie tam…

Nie wiedziała co.

Po prostu czuła, że musi tam iść. A może po prostu chciała i szukała sobie jakiegoś usprawiedliwienia.

Krok po kroku, ostrożnie, powoli, bezszelestnie. Nie znała tego miejsca zbyt dobrze, więc musiała być ostrożna, żeby już pierwszego dnia jej nie przyłapali na łamaniu regulaminu, żeby być przygotowaną do ewentualnego odwrotu lub ucieczki.

 

Ten korytarz… Znam go…

 

W jej pamięci mignął krótki obrazek z przeszłości. Tak, szła w dobrym kierunku. Może podpowiadała jej to intuicja? Greg zawsze powtarzał, że miała dobrą intuicję, bo wybrała właśnie jego. Ale ona nigdy w to nie wierzyła. Wierzyła, że to on wybrał .

Zauważyła stary, obszarpany kamienny łuk.

 

To przejście… Znalazłam je…

 

Znajdowała się teraz w wąskim korytarzyku. Prowadził prosto do tego miejsca, wiedziała to, czuła.

W kilkunastu sekundach znalazła się w dużym okrągłym pomieszczeniu. Nie było w nim żadnych mebli, czy innych staroci. Tylko kurz.

Przez półkoliste przejście na balkon do środka wlatywało chłodne, świeże powietrze. Od razu poczuła się lepiej. Wolnym krokiem ruszyła w stronę otworu.

 

Tu, gdzie po raz pierwszy poczułam się wolna…

 

Stanęła przy balustradzie i rozejrzała się wokół. Poczuła pustkę. Ale nie było to nieprzyjemne. Nie dla kogoś, kto cały czas żył poczuciem winy i wspomnieniami, zbyt bolesnymi, by mówić o nich głośno. Popełniała błędy, które popychały ją na samo dno. Dno było czymś, co nie było jej obce.

 

Świerze powietrze… Chcę poczuć go więcej…

 

Stanęła na balustradzie, była nieco zlękniona, drżały jej dłonie. Mimo wszystko bała się śmierci, albo raczej uważała ją za nagrodę, na którą nie zasłużyła.

Wyciągnęła z tylnej kieszeni paczkę papierosów i odpaliła jednego. Zaciągnęła się powoli dymem, rozkoszując się nim.

Spojrzała w dół. Wiatr rozwiewał figlarnie jej długie włosy.

– Zamierzasz stąd skoczyć? – usłyszała za sobą.

Powoli odwróciła głowę.

Stał tam, oparty jednym ramieniem o kamienny łuk, drugą dłonią trzymając papierosa. Świdrował ją wzrokiem, czuła to, ale nie mogła zbyt wyraźnie dostrzec jego twarzy.

Odwróciła się do niego plecami i skierowała swój wzrok na Zakazany Las.

– Nie, raczej nie.

Słyszała ciche kroki, a po chwili ten nieproszony gość stanął obok niej na balustradzie.

– A wygląda jakbyś zamierzała – powiedział patrząc na nią. Mogła dostrzec jego ruchy, ale nie twarz, było za ciemno.

Ona miała skoczyć? Nie, nigdy nie wybierała najprostszych dróg. Poza tym, musiała się ukarać za to, co zrobiła.

– Nie. To byłoby zbyt proste. Zbyt oczywiste.

Wiatr, najwyraźniej ślepo zakochany w gwiazdach rozgonił na chwile ciężkie chmury.
Spojrzała na swojego towarzysza. Widziała go już dzisiaj. Przystojna twarz, blond włosy…

– Nie jesteś przypadkiem prefektem Slytherinu?

Chmury powróciły na swoje miejsce. Znów było ciemno i nawet wiatr nie mógł nic na to poradzić.

– Przypadkiem jestem – odpowiedział uśmiechając się pod nosem, jakby przypomniało mu się coś niezwykle zabawnego.

– Myślałam, że prefekci mają pilnować, żeby uczniowie nie łamali regulaminu, a nie samemu to robić – powiedziała z nutką sarkazmu w głosie.

– W przypadku Slytherinu rożnie to bywa… – na chwile zamilkł. – Ty musisz być Rose Weasley…

– Ta… Tak się złożyło…

– Więc, Rose Weasley, to moje miejsce na fajkę. Czuję się zazdrosny, zawsze miałem monopol… – zażartował.

Był zmęczony. Nie miał w tym momencie ochoty na jego słynne gierki i manipulacje. Nie dziś. Nie tego wieczora.

Zwykła wymiana zdań, to mu teraz było potrzebne. Spokojna wymiana nic nieznaczących informacji.

Kolejny raz opuszczając dom rozstawał się w gniewie ze swoim ojcem. Kolejny raz słyszał szloch matki, gdy zaczęli się szarpać. Kolejny raz miał ochotę zostawić to wszystko daleko w tyle, za sobą i nie patrzeć już nigdy wstecz.

Ale wiedział, że to niemożliwe. Zrezygnować z władzy, pieniędzy, luksusów? O, nie. Scorpius Malfoy nie należał do grupy ludzi, którzy byliby w stanie poświęcić takie rzeczy dla wyższej idei. Zresztą, jego wyższą ideą była władza, dominacja nad otoczeniem. Niczego innego nie chciał od życia, niczego więcej nie pragnął z taką namiętnością. Pieniądze ojca były skutecznym środkiem do osiągnięcia celu.

Czuł się wyjątkowy. Był młody, przystojny, bogaty. Był całkowicie bezkarny we wszystkim co robił. Wszystkich mógł kupić. Wszystkich mógł zastraszyć. Wszyscy byli pionkami w jego grze, którą inni nazywali życiem.

I nikt nie mógł go powstrzymać.

– Bardzo mi przykro, panie prefekcie Slytherinu, ale chyba właśnie go straciłeś – nie znała jego imienia i nie chciała poznać. Zero związków. Nieważne jaką miałyby mieć formę. – To chyba jedyne miejsce, gdzie nie będzie mnie ścigać ta Miss Uprzejmości… Jak jej tam… Maya… I ten przygłup… Adrian? No i oczywiście moja rodzina…

– Tak właściwie to ona ma na imię Mia, a ten przygłup, to Alan – powiedział blondyn wyraźnie rozbawiony.

– Wszystko jedno – machnęła ręką.

Skończyła papierosa i zeskoczyła z balustrady na twardą i zimną posadzkę balkonu. Wolnym krokiem oddaliła się, bez choćby jednego słowa pożegnania. Po co się żegnać, skoro to już nie miało znaczenia? Miała sprawy do dokończenia w tym świecie i być może było to jednym z kilku nielicznych powodów, które trzymały ją jeszcze przy życiu.

Ale nie chciała już niczego więcej zaczynać. A takie pożegnanie można by uznać za początek znajomości, prawda? Więc odeszła bez słowa, nie znając jego imienia.

– Czuję, że będziemy mieli z tobą niezły ubaw, Rose Weasley… – mruknął cicho pod nosem, uśmiechając się do wszechogarniającej go ciemności.

 

Już ją chyba gdzieś widziałem…

 

Przykucnął.

 

- Uważaj, jak łazisz!

 

Ale on tego nie pamiętał. I ona także nie pamiętała.

3 Komentarze

  1. Rose ma niezły charakterek :D To mi się podoba. Prawie zawsze jest przedstawiana jako potulna szara myszka, co niezbyt przypada mi do gustu.
    A tak poza tym: masz talent

    Vampi

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.