101. Dziś będę przy tobie.

Woodkid – Land of All

 

 

– Hermiona! – zawołał z kuchni, ale nie czekając na odpowiedzieć przeszedł energicznym krokiem do salonu. ­– Miona… – urwał, marszcząc brwi.Mógłby przysiąc, że jeszcze dwadzieścia minut wcześniej siedziała w fotelu przy kominku, zaczytana w jakiejś mugolskiej powieści. A przecież nie odkładała książek na bok z byle powodu.

Ścisnął kawałek pergaminu w dłoni, ruszając w głąb domu, ale Hermiony nie było ani w łazience, ani w bibliotece, ani jadalni. Ruszył schodami w górę, mrucząc niezadowolony pod nosem.

– Hermiona! – zawołał głośno na szczycie schodów.

– Jestem na strychu! – usłyszał stłumiona odpowiedź.

Zmarszczył brwi jeszcze bardziej, teraz niemal przypominając jedną powyginaną kreskę. Wyciągnął różdżkę, trzymając ją w pogotowiu przed sobą, wspinając się po stromej drabince prowadzącej na strych. Karcił się czasem w duchu za tą paranoję bezpieczeństwa, za ciągłe oglądanie się za siebie. Jednak bycie w pogotowiu nic go nie kosztowało, nic nie mógł na tym stracić, a tyle zyskać!

Opuścił różdżkę z cichym westchnieniem, kiedy wściubiając głowę przez otwór, zastał na poddaszu jedynie swoją żonę, nerwowo przerzucającą kawałki pergaminu wśród starych zakurzonych pudeł.

– Ginny przysłała list – powiedział, kiedy Hermiona nawet nie uraczyła go spojrzeniem.

– Co tym razem? Już wiem, że jesteśmy żałośnie koszmarnymi rodzicami – odmruknęła beznamiętnie, odrzucając na bok kawałek pergaminu, sięgając po następny.

– Rose urodziła dziewczynkę – powiedział drżącym głosem, niepewny, czy bardziej rozpierała go duma, czy wzruszenie. I może tęsknota, przecież najpewniej nie zobaczy dziecka w najbliższym czasie, ani swojego, ani Rose. Nie tak wyobrażał sobie narodziny pierwszego wnuka. Miały być łzy szczęścia, rodzinne odwiedziny, zabawki i rozpieszczanie, zamiast tego krótka, beznamiętna notka od Ginny. Nie powinien był kazać jej wybierać, nawet w złości, przecież obiecał sobie po wypadku z O’Donnellem, że będzie mniej zaborczy, że udowodni jej, że wcale nie musi się obawiać im zaufać.

– Co? – wydukała Hermiona, po raz pierwszy podnosząc wzrok.

– Ellme Pandora – mruknął, wywracając oczami. – Założę się, że to jego pomysł.

– Napisała, jak się czują?

Ron podniósł pergamin go góry.

Rose urodziła dziewczynkę, nazwali ją Ellme Pandora. Pomyślałam, że może chcielibyście wiedzieć. Ginny – wyrecytował.

Hermiona westchnęła głośno, spoglądając na stertę kopert i kawałków pergaminu wokół niej. Czas mknął bezlitośnie, zaledwie wczoraj otwierała te koperty przy kominku, z niecierpliwością oczekując wieści od Rose, a dziś już pokrywały się kurzem na strychu. Zaledwie wczoraj oznajmiała ciążę, zaledwie pare godzin wcześniej przyszło ślubne zaproszenie. A przecież minęły już miesiące, bezlitosne i zimne. I Boże Narodzenie, ciche i smętne.

Wspomnienia uderzyły jej oczy, jak smród soku z cebuli, niemal wyciskając łzy. Zaledwie wczoraj wypchnęła Rose na świat, dziś Rose sama została matką. Czas nie zamierzał czekać na nikogo, przesypywał się jak piasek przez palce i im było go mniej tym wyraźniej widziała, że nie zostało jej wiele czasu, by przynajmniej spróbować wszystko naprawić. Prawo, porządek i zasady musiały pójść w zapomnienie, zanim będzie za późno.

– Chcę ja zobaczyć, Ron – powiedziała cicho, drżącym głosem. – I chcę zobaczyć naszą wnuczkę. Chcę, żebyś ją przeprosił – powiedziała smutno, bez przekonania.

Ron zmarszczył brwi i otworzył usta, gotów by zaprotestować, z przyzwyczajenia bardziej niż z poczucia niesprawiedliwości. Ale widząc jedną samotna łzę spływająca po policzku Hermiony, spuścił jedynie głowę. Nie mógł dłużej udawać, że wcale nie widział jak ją to dręczyło. Jak jego upór skutecznie unieszczęśliwiał całą rodzinę odkąd Rose ogłosiła ciążę.

I Ellme, jego słodka Ellme! Czy urodziła się z kilkoma rudymi włosami? A może blond, po Lunie, lub brązowymi po Hermionie? Może urodziła się całkiem łysa? Czy była spokojna? A może była małą kulką energii, jak Grace? Czy urodziła się drobna, jak Hugo, a może z wielka głową, jak Rose?

Kiwnął ponuro głową, krzywiąc się przy tym, jakby właśnie zjadł całą cytrynę.

– Ale nie oczekuj, że będę dla niego miły – rzucił oschle.

– Ron, to jej mąż, czy nam się to podoba czy nie. Ojciec naszej wnuczki – zirytowała się Hermiona. – I chyba powinniśmy skończyć z tym niewymawianiem jego imienia. Żaden on. Lysander. Poza tym, wydaje mi się, że jeśli jest jakaś szansa, że Rose nie pośle nas do diabła, to tylko jeśli najpierw przekonam Lysandra, by ją poprosił.

Ron skrzywił się w odpowiedzi, spoglądając w bok. Hermiona miała rację. Ale gdy tylko pomyślał o typie od razu gotowała się w nim krew. Czy nie zapewniał ich, że traktuje ją jak rodzinę? Może był trochę naiwny wierząc w platoniczność ich znajomości, ale chyba łatwiej byłoby mu to zaakceptować, gdyby nie znał lub nie lubił Lysandra.

– Wiesz, widziałam ich na Pokątnej przed świętami. Wyglądali na szczęśliwych – uśmiechnęła się smutno.

– Co ty tutaj robisz, tak w ogóle? – zapytał, zmieniając temat. Nie zamierzał wybaczać Lysandrowi tak łatwo, nawet jeśli naprawdę tak bardzo dbał o Rose. I nie mógł o nim rozmawiać, bo tylko upewniałby się w przekonaniu, że to dobry facet i nie powinien się dłużej boczyć.

– Ja… – zmieszała się. – Myślałam ostatnio dużo o Rose, o nas, o naszej rodzinie… Myślałam o tym, co powiedział Harry, pamiętasz, kiedy Rose powiedziała nam o ciąży. Że może Rose miała powody, żeby nas nienawidzić…

– Miona…

– Nie, Ron – uniosła dłoń, by go uciszyć. – Dużo o tym myślałam i naprawdę próbowałam zrozumieć, co zrobiliśmy nie tak, że tak bardzo wybiliśmy ją z torów. I wszystko zawsze sprowadza się do tej przeklętej Francji. Po tym nieszczęsnym wypadku z O’Donnellem, kiedy wypuszczali ją ze szpitala… Rose powiedziała wtedy coś dziwnego… Powiedziała, że dla Hugo zawsze mieliśmy czas, zwłaszcza ja, a kiedy chodziło o nią, nawet nie czytaliśmy jej listów. Powiedziała, że błagała, żebyśmy ją stamtąd zabrali…

– Hermiona, Rose była nadal na Eliksirach, gadała bzdury…

– W tym właśnie rzecz! Nie wydaje mi się! O listach wspominała kilkakrotnie, ale przecież czytaliśmy je razem, przy kominku, razem na nie odpowiadaliśmy! Ja tylko… Może  te jej błagania, to była jakaś ukryta wiadomość od córki do matki i ja tego nie zauważyłam. Może pod jakimś wszystko okej czaiło się coś więcej, a ja tego nie dostrzegałam! Ale czytam te listy i w każdym jest niemal to samo. Francja jest cudowna. Albo to. Mam już tylu przyjaciół, najchętniej zostałabym na wakacje, ale Al i babcia Molly chyba nigdy by mi nie wybaczyli! I to. Hogwart jest świetny, ale Beauxbatons… Beauxbatons jest po prostu cudowne! – cytowała przerzucając kartki pergaminu. – Nawet jednego złego słowa. Po prostu nie rozumiem…

– Hermiona… – przerwał jej Ron, podchodząc bliżej. Przykucnął obok niej i położył dłoń na jej ramieniu. – Proszę cie, przestań. Wałkowaliśmy to setki razy. Rose nawet raz nie prosiła o powrót do domu. Czasem… Czasem myślę, że może narkotyki zrobiły jej z mózgu wióry. Może wpadła w złe towarzystwo, a reszta stała się jedynie smugą zmieszanych wspomnień, niedomówień i przekręconych zdań w kolejnych ciągach…

– Ale…

– Miona, jeśli masz choćby jedno logiczne wyjaśnienie, chętnie posłucham. Ale może czas spojrzeć prawdzie w oczy. Najprawdopodobniej nigdy się od niej nie dowiemy, o co tak naprawdę jej chodziło. O co jej nadal chodzi. Sabotuje każdą szansę na normalne życie jaką dostaje od losu. Minerva dała jej kolejna szanse w Hogwarcie, a ona co zrobiła? Przy pierwszej okazji, kiedy wpadły jej w ręce dropsy nie zawahała się ani chwili. Potem ten cały O’Donnell! Nie mówię o Delaitre’ze, nie miała wpływu na jego pracę w Hogwarcie, ale potem… Potem Malfoy… Tak, był bardzo pomocny, może aż nazbyt. I może była szczęśliwa, ale musisz przyznać, że więcej się kłócili niż rozmawiali. A potem Lysander – ostatnie słowo wypowiedział z jadem. ­– Wiem, wiem, to jej mąż, ojciec naszej wnuczki. I choć wciąż go nie cierpię, doceniam, że nie zniknął z jej życia, tak jak Albus. Harry miał racje. Przynajmniej obie są bezpieczne. Ale wiesz, mam dziwne wrażenie, że ta rodzinna sielanka nie potrwa długo. Rok, dwa, trzy. Jak myślisz, ile czasu zanim pobiegnie z powrotem do Malfoya?

– Dlaczego tak mówisz? – żachnęła się Hermiona. – Teraz jest inaczej, teraz jest matką! A Scorpius to już historia.

Otworzył usta, ale szybko je zamknął i odwrócił wzrok. Niewiedza jest nieraz błogosławieństwem, niektóre słowa są lepsze niewypowiedziane. Czy gdyby powiedział jej, że Rose niemal wróciła do Malfoya, że słyszał na własne uszy, kiedy Scorpius prosił o radę Fitzpatricka na weselu, czy byłoby jej lżej? Czy czułaby się lepiej, gdyby powiedział jej, że był tak wściekły nie dlatego, że uważał, że Rose zawiodła jego, a dlatego, że uważał, że Rose zawiodła samą siebie?

– Przepraszam. Masz racje. Może jestem ostatnio nazbyt ostry – powiedział, pocierając dłonią czoło.

 

 

***

Alice Kristiansen – Landslide(cover)

 

 

Kominek, jak dziesiątki innych obok niego stanął w zielonych płomieniach, wpuszczając kolejnego pracownika do Ministerstwa. Korytarz wypełniały pospieszne Dzień dobry!  I Chciałbym pogadać, ale naprawdę mi się spieszy!, lub Nie zapomnij o moim raporcie!. Czarodzieje przesuwali się w rożnych kierunkach, jak małe krople wody, jednostajnie do przodu, omijając z gracją przeszkody.

Lysander westchnął cicho przeciskając się w kierunku windy, zbyt zmęczony, by pracować, choć wcale jeszcze nie zaczął. Niemal zazdrościł Rose, że to ona została w domu z dzieckiem, kiedy on jedynie musiał zadowolić się popołudniami.

– Gratulacje, Scamander! – zawołał łysy czarodziej w szmaragdowej szacie, uśmiechając się szeroko, kiedy go mijał.

– Dzięki, Jones! – rzucił w odpowiedzi, wciskając się do windy.

Powrót do rzeczywistości nie był tak prosty, jak początkowo zakładał. Czy kiedykolwiek mógł zgadnąć, że ledwie dwa tygodnie wolnego zbuduje w nim taką awersję do pracy? Uśmiechnął się pod nosem, kręcąc głową. Nigdy nie oskarżyłby siebie o bycie rodzinnym, ale teraz całkiem podobała mu się perspektywa powrotu do domu, gdzie czekała na niego jego córka i żona.

Winda zatrzymała się na jego pietrze nazbyt szybko. Mogło się zdawać, że cały świat zmówił się by dotarł tam jak najwcześniej i wcale nie zdziwiłby się, gdyby w drodze do domu było zupełnie odwrotnie.

– Dzień dobry, Calliope – powiedział przechodząc obok starej, pomarszczonej sekretarki strzegącej wejścia do Biura Aurorów.

– Lysander! – kobieta uśmiechnęła się szeroko, marszcząc skórę na twarzy jeszcze bardziej. ­– Gratulacje! Harry powiedział nam, że masz cudowną dziewczynkę!

– Dziękuję. Harry u siebie?

– Jak zawsze – kobieta pokręciła głową. – Pomyślałbyś, że nieco zwolni tempa po ostatnich problemach z sercem…

Lysander kiwnął jedynie głową. Nie miał ochoty na długie bezsensowne dyskusje z sekretarką. Postawił kilka kroków do przodu, uśmiechając się smutno do znajomych scen. Dzień i godzina nie miały znaczenia, w Biurze zawsze panowało zamieszanie i chaos, wewnątrzdziałowe notki fruwały pod sufitem lub nad głowami adresatów zbyt zajętych czytaniem lub sporządzaniem raportów, by je odebrać.

– Hej! Scamander, gratulacje! – zawołał gruby czarodziej z burzą rudych włosów na głowie.

– Dzięki, McElderry!

– Sugeruję, żebyś już teraz zaczął dla niej szukać zakonu – rzucił czarodziej siedzący biurko dalej. – Ja mam trzy córy i Merlin wie ilu oblechów się koło nich kręci!

– Będę o tym pamiętał – zaśmiał się Lysander, spoglądając pobłażliwie na kolegów. Ellme miała dopiero dwa tygodnie, miał całe lata, zanim będzie musiał martwić się o niepożądanych adoratorów. I zatrzymał się nagle, marszcząc brwi. Wcale nie chciał by Ellme kiedykolwiek miała jakichkolwiek adoratorów, kiedy wszystko, co przychodziło mu do głowy to chłopcy jak James, jak Scorpius, jak on sam.

Potrząsnął głową, by przywrócić się do porządku. Miał jeszcze czas, by przygotować plan pozbycia się wszystkich delikwentów, którzy spojrzą na jego córeczkę. Teraz zamierzał się cieszyć jej niewinnym uśmiechem.

Nim się obejrzał, stał przed gabinetem Harry’ego i nie widząc sensu w dalszym zwlekaniu zapukał do drzwi.

– Proszę!

– Harry – powiedział wchodząc do środka, po czym zamknął za sobą drzwi.

– Lysander! – ucieszył się Potter. – Usiądź – dodał wskazując fotel przed biurkiem.

Scamader usiadł we wskazanym miejscu wzdychając cicho, czekając na krótką aktualizację faktów i informacji z ostatnich dwóch tygodni, starając się ze wszystkich sił, by nie wyglądał, jakby wcale mu nie zależało.

Harry sięgnął dłonią do otwartej szuflady biurka, wyciągając z niej cienką teczkę. Rzucił ją przed siebie w stronę Lysandra, a ten podniósł ją leniwie, zaglądając do środka.

– Przejdę do rzeczy, bo mam spotkanie z Kinsleyem za pół godziny. Na naszym francuskim froncie jak wiesz, żadnych wieści. Tak z innej beczki, Stevenson ma dla ciebie jakieś eliksiry, które potrzebują sprawdzenia. Znalazł je w domu pewnego entuzjasty warzelnictwa, podejrzanego o czarnoksięstwo. Lepiej zachowaj ostrożność, nie wiemy, co tak naprawdę znajduje się w tych fiolkach, mogą być niebezpieczne – powiedział Harry zamykając szufladę. – Nic istotnego nie wydarzyło się podczas twojego urlopu w Biurze, McGregory cię zbriefuje, już pewnie czeka na ciebie w Pracowni… – urwał nagle, uśmiechając się szeroko.

– Co? – zapytał Lysander, przyglądając mu się podejrzliwie.

– Masz ten wyraz wyraz twarzy – wyjaśnił Harry, uśmiechając się szerzej. – Kiedy urodził się James, a potem Albus było ciężko wrócić do pracy. Ale kiedy urodziła się Lily… Ech, córki maja chyba jakieś specjalne właściwości. Robiłem wszystko, żeby przedłużyć sobie urlop i spędzić z nią nieco więcej czasu. Ginny praktycznie wepchnęła mnie do kominka, żebym już wracał do pracy…

– Aż tak widać? – Lysander pokręcił głową, zamykając teczkę. – Nie myślałem, że będzie aż tak ciężko…

Puk! Puk! Puk!

Ale zanim Harry zdążył cokolwiek powiedzieć, drzwi otworzyły się energicznie i do gabinetu weszła Hermiona trzymając w dłoniach grubą teczkę.

– Harry, mam te dokumenty, o które… Och… – zmieszała się, gdy jej wzrok spoczął na Lysandrze.

– Dzień dobry – powiedział sztywno blondyn podnosząc się z miejsca. – Lepiej wezmę się do roboty – dodał machając teczką. – Hermiona – kiwnął sztywno głową na pożegnanie i ruszył w kierunku wyjścia.

– Lysander – Hermiona położyła dłoń na jego ramieniu, gdy ją mijał.

Blondyn spojrzał na nią zaskoczony marszcząc brwi, ale szybko złagodniał. Przynajmniej jedno z nich powinno przecież zachować się, jak osoba dorosła. Uniósł lekko w brwi dając jej znak, że wciąż czeka na powód, dla którego go zatrzymała, ale ta rozglądała się jedynie wokół, jak zwierze zamknięte w potrzasku.

Harry spoglądał zmieszany, to na milczącego Lysandra, to na zakłopotaną Hermionę. Niezręczna cisza wisiała w powietrzu, jak ciężkie burzowe chmury. Potter rozejrzał się wokół, szukając dogodnego miejsca, by się schować, tylko po to, by przypomnieć sobie, że w jego małym gabinecie nie było zbyt wiele miejsc na dogodna ucieczkę.

– Idę po kawę – powiedział w końcu, kiedy Hermiona nadal nie wypowiedziała kolejnego słowa, ale jej dłoń wciąż spoczywała na ramieniu Lysandra.

Niepewnym krokiem wyszedł z gabinetu, rzucając Lysandrowie krótkie, zakłopotane spojrzenie.

– Właściwie przyszłam tutaj, bo słyszałam, że miałeś dziś wrócić do pracy – powiedziała cicho, upuszczając dłoń. – Jak ma się Rose? – zapytała niepewnie.

– Naprawdę cię to obchodzi? – skrzyżował ręce na piersi. – Wybacz, może to głupie pytanie, ale byłem pod wrażeniem, że nie chcecie mieć z nią za dużo wspólnego.

– Wiem i przepraszam.

– To nie mi należą się przeprosiny. Rose, ewentualnie moim rodzicom. Ale skoro już rozmawiamy, to powiedz mi jedno. Podejrzewałem, że Ron nie przyjmie wieści o ciąży i o ślubie z uśmiechem na twarzy, nawet jeśli nie myślałem, że praktycznie wyrzuci Rose z domu. Ale ty? Przez ostatnie dziesięć lat wciąż słyszałem, jak zamartwiasz się o Rose, że się stacza. Potem, kiedy wróciła do Anglii stawałaś na głowie, żeby jej pomóc. I nagle puf! – pstryknął palcami.

Hermiona spuściła wzrok i przygryzła wargę. Nerwowo schowała niesforny kosmyk za ucho, otwierając usta, by coś powiedzieć, ale jej głos odmówił nagle posłuszeństwa, jej gardło tak ciasne, że nie mogłaby nawet przełknąć śliny.

– Jeśli chcesz wiedzieć co u Rose, może powinnaś sama ją zapytać, hmm? – zapytał już spokojniej.

– Nie wydaje mi się, że Rose będzie chciała ze mną rozmawiać – niemal wyszeptała.

– Oczywiście, że nie będzie! – powiedział poważnie. – A co to ma w ogóle do rzeczy? Voldemort nie chciał, żeby Harry go pokonał, ale Harry nie powiedział okej, to ja się zaszyje na Privet Drive i udam, że nie istnieję, albo jeszcze lepiej, po prostu umrę i zejdę ci z drogi. Wiesz co ja myślę? Nieważne co zostało powiedziane, wiem, że Rose was obchodzi. Rose i nasza córka.  Po prostu tchórzycie. Łatwiej jest zaszyć się w domu i powiedzieć Rose nie chce nas widzieć, kiedy tak naprawdę Ron nigdy jej nie przeprosił, a i ty jakoś niespecjalnie starałaś się odzyskać kontakt. Stawiliście czoła jednemu z największych czarnoksiężników epoki, a nie maci odwagi stanąć twarzą w twarz z własna córką?Czekałaś całe dwa tygodnie aż wrócę do pracy, żeby się dowiedzieć, co u niej słychać, zamiast po ludzku napisać lub wpaść z wizytą. I nie myśl, że nie wiem, o co ta cała rozmowa. I przepraszam, ale nie będę po raz kolejny namawiał Rose, żeby wysłała wam zaproszenie. Ostatnie dwa razy nawet nie odpowiedzieliście. Jeśli chcecie odzyskać kontakt z Rose sami musicie się o to postarać. Ja ją ewentualnie mogę poprosić, żeby nie zamykała wam drzwi przed nosem.

– To wszystko, o co proszę – zapewniła splatając dłonie, po czym przyłożyła je błagalnie do ust.

Lysander uśmiechnął się sztywno i ruszył w kierunku drzwi, ale zatrzymał się nagle spoglądając na Hermionę.

– Hermiona, zdajesz sobie sprawę, że to będzie wasza ostatnia szansa? – zapytał poważnie. – Nawet jeśli wszystko pójdzie po waszej myśli, nawet jeśli Rose wam wybaczy…

Hermiona kiwnęła głową, nie ufając własnym strunom głosowym. Nie była nawet pewna, czy wciąż miała prawo do ostatniej szansy, ale przecież musiała spróbować. Dla siebie, dla Rose, dla Ellme.

 

 

***

The National – About Today

 

 

Zimowe słonce leniwie wlewało się do jadalni, oplatając wszystko złocistą poświatą. Gdyby nie śnieg zalegający przy oknach, można by pomyśleć, że lato przyszło wcześniej w tym roku. I kiedy siedzieli przy stole niemal całą rodziną, życie wcale nie wydawało się takie złe. Czas przyzwyczajał do wszystkiego. Brak Rose przy rodzinnych kolacjach nie był niczym nadzwyczajnym. Brak Narcyzy przestał być czymś nienaturalnym.

Astoria spoglądała z uśmiechem na twarzy na wiercąca się w krześle Elaine, czując narastającą gulę w gardle. Może to upływ lat sprawiał, że stawała się coraz bardziej emocjonalna, ale mogłaby przysiąc że zaledwie wczoraj Zeus i Maria zostawili ją pod opieką Malfoyów, a już niedługo sama miała zostać matką.

– Przynieść ci jeszcze jedną poduszkę? – zapytał Draco odkładając sztućce, gotowy by się podnieść.

– Ugh – jęknęła Elaine. – Nie sadzę, że to coś pomoże. Merlinie! Nie mogę się doczekać kiedy to dziecko ze mnie wyjdzie!

– Misiek, nie przesadzaj – uśmiechnął się Frank, nakładając sobie kolejną porcję indyka. – To nie żadna choroba, której trzeba się pozbyć z organizmu, tylko nasze małe kochane dzieciątko.

– Twoje małe kochane dzieciątko nie pozwala mi spać, jeść, muszę co pięć minut chodzić do toalety i wyglądam, jak wieloryb – warknęła patrząc z odrazą na pełny talerz męża. – I niech jeszcze raz mi ktoś powie, że ciąża to najlepszy czas w życiu kobiety, to wyjdę z siebie i stanę obok normalnie!

Scorpius uśmiechnął się pod nosem, kręcąc głową. Nawet on nie miał serca jej przypomnieć, że nieprzespane noce i śmierdzące pieluchy dopiero się zaczną. Wciąż pamiętał panikę w jej oczach za każdym razem, kiedy Astoria wciskała jej Grace.

– Kochanie, Frank tylko próbuje ci ulżyć – uśmiechnęła się Astoria, a Frank pokiwał energicznie głową, jego usta zbyt pełne jedzenia, by odpowiedzieć.

– Jego trzecia dokładka wcale mi nie pomaga – wycedziła przez zęby Elaine.

– Elaine, Elaine, Elaine – westchnął Scorpius. – Musisz przyznać, że facet potrzebuje dobrze zjeść jeśli musi znosić twoje narzekanie całe dnie.

– Nizmu niemowiuem, miszek, przysiugam – wydukał Frank z pełną buzią, unosząc dłonie do góry.

Scorpius zaśmiał się głośno widząc morderczy wzrok Elaine. Był pewien, że jego przypadkowy żart będzie kosztował biedaka głowę. Spojrzał na Draco, który jedynie uśmiechał się pod nosem. Astoria otworzyła usta, najwyraźniej chcąc powiedzieć cokolwiek, co mogłoby złagodzić nieco sytuacje, ale potrzęsła jedynie głową, spoglądając na męża.

Scorpius spojrzał niepewnie na Franka, który spoglądał nieśmiało na Elaine, jakby sprawdzając, czy ta aby nie ostrzy gdzieś noża, by ukarać go za tak karygodny czyn, jak spłodzenie potomka.

– Ekhem. Zaprosiłem kogoś na niedzielny obiad – powiedział beznamiętnie Scorpius nie przerywając posiłku.

– Tylko nie mów mi, że jeszcze muszę sobie obrzydzać jedzenie Markiem i tą jego! – zirytowała się Elaine.

Ta jego, jak doskonale wiesz, ma na imię Mia. I nie, nie będą ci obrzydzać obiadu –westchnął głośno. Pewne rzeczy chyba nigdy nie miały się zmienić i nawet on sam nie mógł uwierzyć, że tyle lat po skończeniu Hogwartu, Elaine wciąż chowała do Mii urazę za wyjazd Marka.

Ale przynajmniej jego plan podziałał, dziewczyna nie rzucała już morderczych spojrzeń opychającemu się Frankowi, jej uwaga była skupiona wyłącznie na Scorpiusie.

– Zaprosiłem dziewczynę.

– Dziewczynę? – skrzywiła się Elaine.

– Tak, dziewczynę. No wiesz, homo sapiens płci żeńskiej, znana także jako kobieta… Powinnaś wiedzieć, jesteś jedną z nich.

– Naprawdę, ten sarkazm był zbyteczny – mruknął Draco podnosząc sztućce. – Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że się z kimś spotykasz, to wszystko.

– Nie spotykam się… – zaczął. – Tak właściwie to tak. Świeża sprawa.

– Znamy ją? – zapytała Astoria, wracając powoli do posiłku.

– Sesille Iverness – odpowiedział biorąc do ust kawałek mięsa. Przecież nie wypadało mówić z pełnymi ustami, więc i nie mógłby odpowiedzieć, na kolejne pytania, które był pewien, miały go zasypać, jak śnieg świat za oknem. Może wspominanie o Sessile nie było najlepszą formą odwrócenia uwagi Elaine, ale lawina ruszyła i nic nie mogło jej powstrzymać.

Astoria zmarszczyła nieco brwi, spoglądając na Draco, ale ten wrócił do posiłku i najwyraźniej nie miał nic do dodania.

– Sesille Iverness – powtórzyła z niedowierzaniem Elaine. – Jakim, kurwa, cudem?

– Elaine, język – skarciła ją Astoria dolewając sobie wina.

– Nie, ale serio, jakim cudem? Pamiętam Sesille ze szkoły. I była o wiele za mądra, żeby choćby na ciebie spojrzeć. Poza tym, czy ona nie była zaręczona z Gregorym Jamesem? – dopytywała Elaine, ale Scorpius wywrócił jedynie oczami ignorując jej pytania. – Jestem pewna, że była zaręczona z Gregorym Jamesem.

Draco uśmiechnął się pod nosem kręcąc głową spoglądając to na Scorpiusa, który uparcie wpatrywał się w swój talerz, udając, że wcale nie słyszał pytań Elaine. I na Astorię, która wzrokiem zachęcała Elaine do dalszego wywiadu, bo przecież nigdy nie chciała być wścibską matką i nie wypadało jej drążyć tematu.

– To nie twój tradycyjny typ – zauważyła Elaine. – To dobra dziewczyna.

– Za dobra, jak dla mnie? – zapytał, podnosząc wzrok.

- Dzieci… – skarcił ich beznamiętnie Draco, bardziej z poczucia obowiązku niż złudnej nadziei, że jeszcze kiedyś wyrosną z dogadywania się przy stole.

– Nie powiedziałem tego – oburzyła się Elaine, ignorując starszego Malfoya. – Po prostu się zastanawiam. Sessile jest spokojna i ułożona, z tego co się orientuję, nie szlaja się w takich miejscach, jak twoje ulubione chlejnie, a ty nie jesteś fanatykiem sztuki…

– Jesteś po prostu wścibska. Jeśli musisz wiedzieć, spotkaliśmy się na imprezie charytatywnej w Londynie i jakoś  tak wyszło. Zadowolona?

– Chodzisz na imprezy charytatywne?! – zapytali jednocześnie skrzywiona Elaine i zaskoczony Frank, który od razu spuścił wzrok pod morderczym spojrzeniem blondyna.

Scorpius spojrzał w sufit, przeklinając jakieś nieznane bóstwo za swoja własną głupotę. Mógł po prostu wysłać Astorii sowę w niedzielę rano i wcale nie musiałby się z niczego tłumaczyć. Nikt nie wypytywałby go przy Sesille. I wcale nie miał ochoty im opowiadać, że poszedł na to przyjęcie tylko dlatego, że był tam umówiony z mniej wymagającą dziewczyną. I wcale nie chciał im wyjaśniać, że pech chciał, że organizatorką przyjęcia była znajoma Astorii. I na pewno nie zamierzał im opowiadać, jak posadziła go przy stoliku z Sesille i jej znajomymi, ignorując jego protesty i zapewnienia, że nie może zostać, bo jest już umówiony. A już w szczególności nie miał zamiaru opowiadać, jak szybko ucięła jego kiepskie teksty na podryw. I to, że był zmuszony z nią porozmawiać, tak po prostu, to zamierzał zatrzymać dla siebie. I wcale nie chciał przyznawać, że spokojna i cicha Sesille sprawiła, że na chwilę zapomniał, że miał złamane serce. I naprawdę nie chciał, by wiedzieli, że po raz pierwszy od długich miesięcy nie czuł się samotny.

– Poprosiłem Scorpiusa żeby poszedł na to przyjecie, bo miał tam spotkać się z klientem – powiedział Draco, odkładając sztućce na bok, spoglądając krótko na zaskoczonego Scorpiusa. – Doprawdy, dajcież mu już spokój – mruknął spokojnie uśmiechając się pod nosem. – Przynajmniej zaprosił ją do domu, a nie do domku dla gości – dodał z przekąsem.

Scorpius otworzył usta, by zaprotestować, ale szybko zmienił zdanie. Draco skłamał, by wybawić go z opresji i równie szybko mógł się wycofać. I czyż nie miał racji?

Wszyscy zamilkli, spoglądając na Scorpiusa, Elaine z trudem powstrzymując rozbawiony uśmiech, który powoli wkradał się na jej twarz.

– Okej, na to akurat sobie zasłużyłem – powiedział w końcu uśmiechając się szeroko.

 

***

Nick Cave – To be by your side

 

 

Otworzyła powoli oczy, jęcząc z bólu, czując każdy mięsień, którym nie zdążyła jeszcze poruszyć. Jej ciało kleiło się nieprzyjemnie od potu i była niemal wdzięczna za zatkany nos, przynajmniej nie musiała znosić własnego odoru.

Zmrużyła powieki, cienka struga światła wpadająca do sypialni przez szparę między kotarami padała prosto na jej twarz. Przetarła czoło wierzchem dłoni, ścierając zebrany na nim pot. Przesunęła nieco głowę i otworzyła ponownie oczy, wzdychając ciężko. Ale nie minęła chwila, gdy westchnienie, które miało przynieść ulgę zmieniło się w napad wściekłego kaszlu, przeszywając jej mięśnie bólem z każdym kolejnym skurczem. Podniosła się do pozycji siedzącej, ignorując ból, w nadziei, że może tak wyrówna oddech.

Spojrzała na budzik stojący na stoliku obok łóżka, jęcząc cicho. Dochodziła dziewiąta, powinna była wstać godzinę wcześniej, ale na samą myśl o opuszczeniu ciepłej pościeli czuła się o wiele gorzej. Mogłaby przysiąc, że ostatni raz, kiedy czuła się tak wyczerpana, był tuż po urodzeniu Grace.

Zsunęła leniwie nogi, wzdrygając się, kiedy dotknęły zimnej posadzki.

– A ty dokąd?

Spojrzała przed siebie zaskoczona, mrużąc oczy by skupić wzrok na zarysie mężczyzny stojącego w drzwiach, opierającego się nonszalancko o framugę drzwi.

– Jamie? – zdziwiła się.

– Spodziewałaś się kogoś innego? – zapytał z zawadiackim uśmiechem.

Rozejrzała się wokół niepewnie, skupiając całą energię na rozszyfrowaniu rzeczywistości.

– Ale… – mruknęła niepewnie, zastanawiając się, czy może gorączka zaczęła płatać jej figle. – Ty… Miałeś być w Moskwie…

Zaśmiał się cicho, podchodząc bliżej. Usiadł obok niej i pogłaskał jej rozpalony policzek, przyglądając się jej ze zmartwieniem. Słabe światło wpadające z korytarza oświetlało jej twarz wystarczająco, by zauważył jej podkrążone oczy i zapadnięte policzki. Westchnął cicho, kręcąc głową.

My mieliśmy być w Moskwie. A skoro wy nie mogłyście do mnie dojechać, ja przyjechałem do was – powiedział z miną niewiniątka.

– Ale miałeś zagrać na urodzinach córki tamtejszego Ministra Magii – zauważyła niepewnie, wciąż nieufna wobec własnego rozgorączkowanego umysłu.

– Hem… Hem…. – zakasłał fałszywie, uśmiechając się słodko. – Miałem, ale po koncercie dla fanów  nagle dostałem kaszlu i nie mogę śpiewać przez co najmniej dwa tygodnie. Wiesz, muszę dbać o mój głos. To moje narzędzie pracy – wyjaśnił ze skruszoną miną, kładąc dłoń na sercu.  – Wysłałem jej kartkę z życzeniami i kwiaty – dodał znudzonym tonem.

– Jamie! – skarciła go, ale nim zdołała dodać cokolwiek innego, znów zawładnął nią napad kaszlu.

Blondyn przyglądał się ze zmartwieniem, masując dłonią jej plecy okrężnymi ruchami.

– Powinnaś się położyć – powiedział cicho.

– Muszę zrobić Grace śniadanie – wydyszała, gdy w końcu opanowała oddech.

– Willy już się tym zajął – Jamie pokręcił głową z niedowierzaniem. – Miej w nas trochę więcej wiary, co? A teraz się połóż i odpoczywaj – pocałował ją w czoło, po czym podniósł się z miejsca.

– Merlinie! – jęknęła, przykładając dłoń do czoła. – Kompletnie zapomniałam… A-apsik! To twoje urodziny!

– Tak, wiem – odpowiedział uśmiechając się szeroko.

– Wszystko zepsułam… Tak mi przykro…

– Eva… – pokręcił głową. – Jesteś chora. Zdarza się.

– Ale to twoje urodziny.

– Będę miał więcej – zaśmiał się, po czym zamyślił spoglądając w nicość. – Cóż, przynajmniej mam taką nadzieję – wyszczerzył się. – No, chyba, że zmarłbym w twoich ramionach po upojnej nocy, wtedy nie przeszkadzałoby mi nawet to, że nie dożyłem kolejnych urodzin…

Eva pokręciła głową, uśmiechając się lekko, nie ufając własnym płucom, by zaśmiać się w głos.

– No i pomyśl, jeśli się od ciebie zarażę, to będziesz się musiała mną zająć – powiedział z pełną powagą. – Może nawet skołuje ci strój pielęgniarki, żebyś lepiej wczuła się w rolę – zakołysał znacząco brwiami. ­ – A teraz się połóż! Póki co, to ty jesteś chora, więc ja będę twoim osobistym pielęgniarzem. Szczęściara. Wszystko to – wskazał na siebie dłonią – tylko dla ciebie.

– Twoja skromność jest inspiracją – uśmiechnęła się szeroko, wracając po ciepła kołdrę.

– Masz na myśli twoje wszystko, kotku – dodał puszczając jej oko. – Skoro już zamierzam się tobą zająć, to może zacznijmy od śniadania…

– Naprawdę nie jestem głodna, Jamie – przerwała mu, krzywiąc się. – Na samą myśl o jedzeniu robi mi się niedobrze.

– I tak musisz coś zjeść. Z mojego doświadczenia, poczujesz się trochę lepiej. Choćby coś małego. Poza tym, dziś w menu dostępne są tylko trzy rzeczy, których nawet ja nie potrafię zrujnować: tosty, sok i pyszna kawa. Wiec teraz ty zostaniesz grzecznie w łóżku, a ja idę na wojnę z kuchnią. Potrzebujesz czegoś tak od razu?

– Kocham cię, Jamie – wymruczała wtulając się w poduszkę.

– Ja ciebie bardziej – nachylił się i pocałował ją w czoło. Podniósł się powoli, przyglądając się jej zarumienionej od gorączki twarzy. – Okej – mruknął do siebie. – Tosty, sok, kawa. Prościzna. Nawet Grace by sobie poradziła – mruczał do siebie wychodząc z sypialni.

Uśmiechnęła się pod nosem, mrużąc oczy. I może jej rozgorączkowany umysł rzeczywiście zaczął płatać jej figle, ale mogłaby przysiąc, że sama jego obecność sprawiała, że czuła się nieco lepiej. I nawet dźwięk tłuczonych naczyń z dołu nie mógł zedrzeć uśmiechu z jej twarzy.

 

 

*********

Moje kochane,
przepraszam za opóźnienia, ale po napisaniu rozdziału stwierdziłam, że jest w ch*j zbyt depresyjny, więc napisałam go jeszcze raz. Mam nadzieje, że mi wybaczycie, na przeprosiny wrzuciłam wam na koniec trochę słodyczy w postaci Jamiego :)

xoxo

Hippie